- Chciałbym wrócić do Europy i zagrać w lidze z jej top 5. Robię wszystko na boisku, aby tak było. W USA nie mam na co narzekać, ale jesteśmy daleko od naszego kraju i to nam doskwiera. Mój menedżer rozmawia z różnymi klubami, są propozycje m.in. z włoskiej Serie A - mówi Sport.pl Karol Świderski, napastnik Charlotte FC i reprezentacji Polski. W piątek jego drużyna zmierzy się w ćwierćfinale Leagues Cup z Interem Miami Leo Messiego.
Joker w reprezentacji Polski i lider grającego w MLS Charlotte FC - takie dwie role pełni w ostatnich dwóch miesiącach polski napastnik Karol Świderski. W oczekiwaniu na wrześniowe mecze eliminacyjne kadry z Wyspami Owczymi i Albanią, Świderskiego czeka duże wyzwanie - najpierw w ćwierćfinale Leagues Cup, a następnie w pierwszym meczu ligowym po przerwie będzie mógł się zmierzyć z Leo Messim i jego Interem Miami. Podobnie zresztą jak inni Polacy z Charlotte FC - Kamil Jóźwiak i Jan Sobociński. W rozmowie ze Sport.pl Świderski opowiada jednak nie tylko o swoim dobrym sezonie za oceanem, ale też o aktualnych problemach reprezentacji Polski.
Jakub Seweryn: 11 sierpnia, Miami, ćwierćfinał Leagues Cup Inter Miami – Charlotte FC. Na grafice twojego klubu reklamującej to spotkanie jest dwóch piłkarzy – Świderski i Messi. Dwie świetne lewe nogi.
Karol Świderski: Haha, można tak powiedzieć, choć ta Messiego jest chyba troszeczkę lepsza.
Ale i ty ostatnio regularnie strzelasz i asystujesz. Forma dopisuje.
- Na szczęście to prawda. Jest naprawdę dobrze.
I oby tak dalej, bo już za miesiąc kluczowe mecze reprezentacji Polski z Wyspami Owczymi i twoją ulubioną Albanią. W ostatnich dwóch meczach z tym rywalem zdobywałeś zwycięskie bramki.
- Warto podtrzymać tę serię. Po kompromitacji w Kiszyniowie [z Mołdawią 2:3 - red.] nie mamy już nawet najmniejszego marginesu błędu, trzeba zacząć regularnie wygrywać.
Od meczu w Kiszyniowie minęło półtora miesiąca. Jesteś w stanie powiedzieć, co tam się wydarzyło?
- Ciężko… Prowadziliśmy 2:0, kompletnie zdominowaliśmy rywala, mieliśmy mecz pod kontrolą. To, co się w drugiej połowie… Coś takiego nie miało prawa się nam przytrafić. To ogromny wstyd. Ciężko to inaczej określić. Długo trzeba będzie zmywać tę plamę, ale musimy mieć świadomość, że totalnie daliśmy ciała. Wierzę jednak, że najbliższe zgrupowanie rozpocznie naszą dobrą serię, która pozwoli nam seryjnie wygrywać mecze do końca eliminacji. Tylko tak możemy odbudować zaufanie kibiców. Wiem, że najłatwiej się tak mówi, ale musimy już patrzeć tylko do przodu, bo nie możemy w zbliżających się meczach rozmyślać o tym, co przytrafiło się przeciwko Mołdawii, tylko trzeba wyjść na boisko i zapieprzać z całych sił, by się odbić od dna.
Te eliminacje miały być dla was szybkie, łatwe i przyjemne, tymczasem w rzeczywistości macie w nich niemałe problemy. Czy wy w drużynie czujecie, że po mistrzostwach świata coś się popsuło?
- Na pewno mamy świadomość naszych ostatnich wyników, ale też jesteśmy świadomi tego, że nasza kadra ma naprawdę dużo jakości. My po prostu musimy wywalczyć awans na to Euro, nie możemy nawet rozpatrywać innego scenariusza i nie dopuszczamy do siebie innej myśli. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że zawaliliśmy, ale damy z siebie wszystko, żeby na tych mistrzostwach się znaleźć.
Przychodzi do was trener, który zdobywał mistrzostwo Europy, ale na razie zaliczacie wtopę za wtopą. A mogło być jeszcze gorzej, gdybyś nie uratował meczu z Albanią na Narodowym. Niezbyt dobrze zaczęliście współpracę z Fernando Santosem.
- Tak, ale to na razie początek naszej wspólnej drogi. Zarówno selekcjoner, jak i my potrzebujemy czasu, by przebudować ten zespół. Głęboko wierzę, że koniec końców pójdziemy wspólnie w dobrym kierunku, a za tym pójdą znacznie lepsze wyniki. Z tak doświadczonym trenerem i tak doświadczonymi zawodnikami, jakich mamy, nie może być inaczej. My zawodnicy też doskonale wiemy, jakie popełniliśmy błędy w ostatnich meczach. Mam nadzieję, że kolejnymi spotkaniami, poczynając od tych wrześniowych, będziemy się pozytywnie nakręcać i iść do przodu.
Jak zareagowaliście na te doniesienia, że Fernando Santos może w stylu Paulo Sousy „uciec" z reprezentacji Polski do Arabii Saudyjskiej?
- Każdy wie, jaki jest teraz rynek i co się dzieje w Arabii. Takie spekulacje zawsze będą się pojawiać. Z tego, co mówił prezes Kulesza, trener zostaje i nigdzie się nie rusza. Nie wiem, czy coś było na rzeczy, to wszystko wie tylko sam trener. Widać jednak, że Arabowie teraz chcą praktycznie każdego, kto odnosił jakieś sukcesy, a Fernando Santos jest doświadczonym trenerem, który z Portugalią wygrał mistrzostwo Europy i Ligę Narodów. Dlatego też nie może nikogo dziwić, że takie zainteresowanie mogło się pojawić. A czy to prawda, też tego do końca nie wiemy.
Pojawiły się też informacje, że piłkarze reprezentacji specjalnie by za Fernando Santosem nie płakali i mówiliście sobie, że jego odejście byłoby dobre dla wszystkich zainteresowanych. To prawda?
- Widziałem te doniesienia i nie chce mi się w to wierzyć. Nic mi na ten temat nie wiadomo i wątpię, żeby ktokolwiek z drużyny wypuszczał takie informacje. Myślę, że nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością.
A jak ty oceniasz początek współpracy z Fernando Santosem? Widać, że przyszedł do was trener, który zdobywał mistrzostwo Europy?
- Na pewno! Widać, że to bardzo doświadczony selekcjoner, który wie, co chce nam przekazać, jaką mentalność chce nam wpoić. Wierzę, że ta współpraca będzie się układała nam bardzo dobrze. Mamy wspólny cel, ale wiadomo, że najważniejsze będą w tym wszystkim wyniki, które decydują o ocenie pracy selekcjonera i zawodników. Na razie za nami dwa krótkie zgrupowania i nie ma co wyciągać daleko idących wniosków. Trener nie miał jeszcze zbyt wiele czasu na pracę z nami, ale jestem zdania, że z każdym kolejnym zgrupowanie będzie tylko lepiej.
W twojej karierze reprezentacyjnej powtarza się to, że strzelasz dla kadry ważne gole i gdy grasz, to spisujesz się naprawdę dobrze, a mimo to w kolejnych meczach i tak siadasz na ławce rezerwowych. Tak było także teraz, gdy uratowałeś mecz z Albanią, a w czerwcu i tak nie wyszedłeś ani razu w podstawowym składzie. Nie denerwuje cię to?
- Trudno mi tu coś mądrego powiedzieć. To są decyzje selekcjonerów, którym staram się podporządkować i dawać z siebie maksa wtedy, kiedy pojawiam się na boisku – niezależnie, czy w wyjściowym składzie, czy z ławki rezerwowych. Każda szansa gry w koszulce z orzełkiem na piersi to dla mnie zaszczyt i ogromne wyróżnienie. Z każdej minuty na boisku czerpię największą radość. Staram w każdy sposób robić wszystko, aby pomóc tej reprezentacji. Chcę jej dawać jak najwięcej oraz strzelać dla niej jak najwięcej goli, bo nie ukrywam, że gole dla kadry nakręcają mnie podwójnie. Myślę, że dla piłkarza nie ma nic lepszego niż gol w reprezentacji, dlatego staram się korzystać z każdej minuty, którą dostaję od selekcjonera.
Jak wygląda w ogóle atmosfera w reprezentacji Polski? W ostatnich miesiącach dużo się działo zarówno wewnątrz, jak i wokół niej. Premie za mundial, ostatnie wyniki, afery wokół PZPN. Jak to wszystko na was wpływa?
- Myślę, że o premiach już nie ma nic mówić, Robert Lewandowski jako kapitan w odpowiednim momencie to wszystko wyjaśnił i zamknął ten temat. Tak też jest u nas w zespole. Ale wiadomo też, że gdy reprezentacja nie ma wyników, to w Polsce atmosfera nie może być dobra, bo zbyt dużo osób tutaj interesuje się piłką nożną. Takim meczem, jak te z Czechami i Mołdawią, sami dajemy pretekst kibicom, by nas krytykować. Sami wywołujemy ten pożar.
A jak to wygląda wewnątrz drużyny?
- Wbrew pozorom uważam, że wewnątrz ta atmosfera jest naprawdę dobra. Nie ma konfliktów, nie ma złej krwi i dobrze nam się spędza wspólnie czas na zgrupowaniu. Pod tym względem nie ma na co narzekać.
To czego w takim razie brakuje, byście i na boisku byli dobrym zespołem?
- Może to zabrzmi banalnie, ale zwycięstw. Nawet w meczu z Mołdawią, po stracie bramki kontaktowej, widać było duży brak pewności siebie w naszych zagraniach. Tego nie da się zmienić inaczej niż wygrywając kolejne mecze. Seria zwycięstw pozwoli nam czuć na boisku coraz pewniej. A gdy przyjdą zwycięstwa, to i atmosfera wokół kadry będzie inna, stworzy się pozytywny klimat pomiędzy zawodnikami a kibicami.
Wspomniany Kiszyniów to nie tylko wasz fatalny mecz, ale też afera z waszym samolotem powrotnym. Czy to prawda, że musieliście się zmagać z pijanymi gośćmi PZPN?
- Nieeeee… Nie wiem, po co media wymyślają takie rzeczy. Po meczu krótko porozmawialiśmy z prezesem Kuleszą po starej znajomości, ale żeby wygłaszał jakieś przemowy w samolocie? Nie no, bez żartów. Nie widziałem też, żeby ktokolwiek tam był pijany i nam w jakiś sposób przeszkadzał. Wiadomo, że po takim meczu najlepiej założyć słuchawki i spuścić głowę w dół, by się od wszystkiego odciąć, od tego całego wstydu, który sami sobie przynieśliśmy, ale nie dostrzegłem, żeby jakieś sceny się działy w samolocie.
Na mundialu osiągnęliście naprawdę dobry wynik, jakim jest awans do najlepszej szesnastki na świecie. Czy sami nie żałujecie, że ten fakt przykryły inne sprawy, które sprawiły, że ludzie szybko o tym niezłych wyniku zapomnieli?
- Na pewno tak. W dodatku ja też nie ukrywam, że chciałem grać więcej. Ale nie dość, że szybko skończyłem sezon w MLS i miałem kilkutygodniową przerwę w grze, to jeszcze tuż przed zgrupowaniem zatrułem się tatarem i ten mecz towarzyski z Chile mi nie wyszedł. Mimo wszystko to są dla mnie super wspomnienia, w końcu zagrałem na mistrzostwach świata i to przeciwko późniejszym mistrzom świata – Argentynie.
Cieszę się, że byłem w Katarze i mogłem pomóc tam reprezentacji. Jeśli chodzi o zespół, to wiadomo, że styl mógł być lepszy, ale osiągnęliśmy dobry wynik, trudno byłoby wywalczyć coś więcej. Musielibyśmy albo w grupie być lepszymi od Argentyny, albo pokonać w 1/8 finału Francję, a to przecież dwie drużyny, które potem doszły do finału. Myślę też, że to właśnie z Francją zagraliśmy nasz najlepszy mecz na turnieju, ale to wciąż było za mało, by ją pokonać.
Niemniej jednak, mundial zakończył się aferą z premiami i kolejną zmianą selekcjonera. Jak podchodzisz do kolejnych roszad na tym stanowisku?
- To się zdarza w piłce, a ja jestem tylko zawodnikiem. Cieszę się jednak, że każdy kolejny selekcjoner widzi we mnie coś, co sprawia, że chce mnie w swoim zespole. Poczynając od Paulo Sousy przez Czesława Michniewicza po Fernando Santosa. Nie mam na co narzekać, a bez względu na to, kto jest selekcjonerem, dla reprezentacji zawsze daję z siebie maksa.
To pewnie trudno będzie od ciebie uzyskać odpowiedź, z którym z selekcjonerów ci się najlepiej współpracowało…
- Bo i trudno to mi określić, ale to Paulo Sousa był tym selekcjonerem, który dał mi szansę. To u niego zadebiutowałem i potem grałem praktycznie w każdym spotkaniu – czy od pierwszej minuty, czy z ławki rezerwowych. Dlatego jeśli kogoś miałbym wskazać, to wybór jest dość oczywisty, ale na relacje z każdym selekcjonerem ogólnie nie mogłem narzekać. Niemniej, to u Paulo Sousy dostałem tę pierwszą szansę i to u niego grałem najwięcej.
Przejdźmy do twojej gry w klubie. Jak się czujesz w Charlotte? Rzeczywiście masz wrażenie, że jesteś największą gwiazdą zespołu?
- Nie mi to określać. Trudno powiedzieć. Mamy kilku naprawdę dobrych piłkarzy, nasz skład wygląda dużo lepiej niż przed rokiem. Mamy m. in. dwóch zawodników z przeszłością w Premier League – Ashleya Westwooda i Scotta Arfielda, jest też dwóch piłkarzy z Championship – „Józio" i prawy obrońca grający obecnie na lewej stronie Nathan Byrne. Czekamy też na nowego zawodnika, który ma do nas dolecieć z Toulouse – doświadczonego Belga Brechta Dejaegere. Już jest podpisany, tylko czekał na wszystkie dokumenty i lada chwila ma do nas dołączyć. Rywalizacja w drużynie będzie naprawdę duża i wierzę, że za tym pójdą nasze wyniki. Jeszcze w tym sezonie chcemy awansować do playoffów.
Nie macie dużej straty do miejsc dających ten awans. To tylko cztery punkty.
- Dokładnie. A to dopiero drugi sezon tego klubu w MLS. Wyniki może dotąd nie były najlepsze, ale teraz dobrze radzimy sobie choćby w Leagues Cup – w pucharze, w którym grają drużyny z MLS i ligi meksykańskiej. Wygraliśmy grupę, wyeliminowaliśmy silny meksykański Cruz Azul i Houston Dynamo [nowy klub Sebastiana Kowalczyka – red.], jesteśmy w ćwierćfinale. Wierzę, że gdy wróci liga, to ta nasza dobra forma się utrzyma i będziemy regularnie punktować.
Nie mamy jednak łatwego terminarza. Tak jak do tej pory prawie każdy zdobywał punkty na Interze Miami, tak teraz po przyjściu Messiego, Busquetsa czy Alby będzie ich pokonać znacznie trudniej. Zagramy z nimi jeszcze dwukrotnie, w tym w pierwszym meczu po przerwie – 20 sierpnia. Będzie to debiut tej trójki w MLS.
Spróbujecie zepsuć to święto?
- Wierzę, że to nam się uda. Ciekawe, czy zdołają się jeszcze włączyć do walki o playoffs. Stratę mają sporą, ale kto wie. W piątek zagramy w Miami w ćwierćfinale Leagues Cup i na własnej skórze zobaczymy, czego będziemy mogli się spodziewać 20 sierpnia.
Ten mecz z Interem Miami z Messim, Busquetsem i Albą rzeczywiście działa na wyobraźnię w waszej drużynie?
- Aż tak to raczej nie, bo byliśmy skoncentrowani na ostatnich meczach. Wygraliśmy z Houston Dynamo, a poprzedniego meczu z Cruz Azul nie mogliśmy rozgrywać u siebie z powodu koncertu Beyonce, musieliśmy jechać do Dallas, ale i tak przeszliśmy dalej. Nie spodziewaliśmy się, że zmierzymy się z Miami aż tak szybko, w pucharze, ale chcemy zajść jak najdalej, udowadniając naszą dobrą formę.
I faktycznie grasz w tym sezonie w środku pola Charlotte?
- I to niemało! Trener nieraz mnie ustawiał w tym roku na takiej pozycji 8/10, co na pewno nie jest dla mnie optymalnym rozwiązaniem. Niemniej jednak, jestem takim zawodnikiem, który będzie starał się grać jak najlepiej niezależnie od tego, gdzie mnie trener ustawi. Raz to wyglądało lepiej, raz gorzej, ostatnio grałem w ataku, bo nasz napastnik Argentyńczyk Enzo Copetti, który też jest „designated playerem", złapał kontuzję. Sam jestem ciekaw, jak to będzie, gdy on na dobre wróci do zdrowia i formy. Myślę, że widać było różnicę, gdy mogłem wrócić do ataku – wróciła regularność w strzelaniu goli, a moja gra wyglądała zdecydowanie lepiej. Staram się dawać maksa niezależnie od pozycji, ale od dziecka grałem z przodu, więc wiadomo, że tam się czuję najlepiej i z tego jest większa korzyść dla drużyny.
Mogłeś się poczuć jak Messi – lewa noga, środek pola… A tak poważnie, czułeś się nieswojo w tym miejscu boiska czy może traktowałeś to jako nowe, ciekawe doświadczenie?
- Na pewno było to nowe doświadczenie, a nawet były takie mecze, po których myślałem: „Kurczę, może to rzeczywiście jest pozycja dla mnie?", po czym bywały też takie, że byłem zły, że nie gram na swojej pozycji, w ataku. Wiele więc zależało od mojego występu w danym meczu. Klub sprowadził tego trzeciego „designated playera", który może grać tylko i wyłącznie jako środkowy napastnik, a że gramy systemem na jednego napastnika, to czasami trochę czuję, jakby brakowało dla mnie miejsca. Nie wiem, jak to teraz będzie, gdy Copetti lada moment wróci do gry po kontuzji, bo ja też chciałbym zostać na mojej nominalnej pozycji, na której czuję się najlepiej. Wtedy też gra mnie zdecydowanie bardziej cieszy. Jeśli będzie z tym problem, to trzeba będzie wraz z klubem znaleźć odpowiednie wyjście z tej sytuacji. Być może najlepsza będzie dla mnie zmiana otoczenia.
Myślisz o odejściu z Charlotte?
- Nie ukrywam, że chciałbym wrócić do Europy i zagrać w lidze top 5. Robię wszystko na boisku, aby tak było. Oczywiście, nie mam na co narzekać, bo warunki mamy tu bardzo dobre i niczego nam nie brakuje, ale jesteśmy daleko od naszego kraju i to nam doskwiera. To też jest uciążliwe w kontekście zgrupowań reprezentacji Polski, dlatego myślę o powrocie do Europy.
A masz jakieś oferty z kierunków, które cię interesują?
- Mój menedżer Mariusz Piekarski rozmawia z różnymi klubami. Są propozycje m.in. z włoskiej Serie A, ale o transfer będzie teraz niełatwo, bo okno transferowe w MLS już się zamknęło i klub nie będzie mógł już pozyskać nikogo w moje miejsce. Nie napalam się na transfer już w tym oknie, ale rozmowy jakieś trwają. Zobaczymy, co się wydarzy jeszcze tego lata. Być może klub jednak zdecyduje się mnie sprzedać do końca sierpnia, bo ma dwóch równorzędnych napastników na jedno miejsce w składzie. Trudno coś wyrokować.
Jak w ogóle oceniasz siłę MLS?
- Kurczę, wszystko zależy od tego, jaki masz zespół. Są drużyny, które potrafią dominować, grać dobrze w piłkę i w takich zespołach gra się na pewno dużo łatwiej. Wprawdzie Messi poszedł do jednej ze słabszych drużyn, ale po tym jak do Miami trafili on, Busquets, Alba czy nawet ten młody Argentyńczyk Farias, jest to już zupełnie inny zespół. Z pewnością Messi zadziała też jak magnes, że zawodnicy będą zdecydowanie chętniej przychodzić do Interu niż do innych drużyn MLS.
W tej lidze są takie mecze, że czasami po nich schodzisz szczęśliwy, że w pełni kontrolowałeś grę i wygrałeś, a czasami jest wręcz przeciwnie. Mieliśmy dwa miesiące, w trakcie których nie mogliśmy wygrać choćby jednego meczu. Wtedy tylko chodzisz z głową spuszczoną w dół i o tym ciągle rozmyślasz. Na pewno jest to liga mocno zróżnicowana, ale też ciekawa. W dodatku mocno się rozwija, trafia do niej coraz więcej dobrych zawodników, także takich młodych, jeszcze na dorobku, jak chociażby 22-letni Thiago Almada z Atlanty, który z Argentyną zdobył w grudniu mistrzostwo świata, czy też Riqui Puig w LA Galaxy, który niedawno jeszcze grał w Barcelonie. Takie jednostki z dużym potencjałem też dają tej lidze bardzo wiele.
Wspomniałeś o Messim. Trzeba przyznać, że on już tam u was czaruje.
- Faktycznie, na razie można mówić, że Messi strzelił już siedem goli w czterech meczach Leagues Cup, a Sergio Busquets może sobie zapalić cygaro w środku pola i tylko rozrzuca piłki. To tak zazwyczaj nie wygląda, bo ja też miałem wrażenie, że obaj mieli w tych pierwszych meczach niewiarygodnie dużo miejsca. Być może pierwsi rywale po prostu podchodzą do nich ze zbyt dużym respektem i ta liga musi się jeszcze do nich przyzwyczaić. Nie sądzę, żeby tak było przez cały czas i myślę, że mimo wszystko mogą oni mieć problem z odrobieniem tej straty do playoffów. W przeciwnym razie to by oznaczało, że z tą ligą coś faktycznie jest nie tak.
Jeśli byś został w Charlotte, to prawdopodobnie to będzie dla ciebie najlepszy sezon klubowy w karierze. Już teraz masz we wszystkich rozgrywkach 10 goli i sześć asyst w 26 meczach, a duża część sezonu jeszcze przed wami. Stawiasz sobie jakieś cele indywidualne?
- Nie myślę o tym, ale rzeczywiście te ostatnie tygodnie są fajne w moim wykonaniu. Tak jak mówiłem, przyczynił się do tego powrót na moją nominalną pozycję. Dzięki temu liczb z mojej strony jest więcej. Jeśli zostanę w Charlotte do końca roku, będę się starał, aby było ich jak najwięcej i aby to pomogło drużynie awansować do playoffów. Jeśli to się nie uda, to i mi może być wtedy trudniej o zimowy transfer, gdyż skończę sezon w połowie października i w styczniu już nie będę w rytmie meczowym.
Dlatego też będzie mi zależało, aby nasz sezon trwał jak najdłużej, a pokazaliśmy już w nim, że potrafimy grać przeciwko każdemu. Jak unikniemy prostych błędów, to możemy być bardzo solidnym zespołem w tej lidze.
Chciałbym jeszcze zapytać o twojego dobrego kolegę – Kamila Jóźwiaka. Nie miał on dobrego wejścia do waszej drużyny. Brakowało liczb, śmiali się z niego nawet kibice Charlotte, nazywając go najgorszym „designated playerem" w MLS. Teraz jest pod tym względem lepiej?
- W zeszłym sezonie Kamil przyszedł do nas z kontuzją, którą leczył bardzo długo, bez okresu przygotowawczego. Do tego przenosił się z Anglii, a gdy w Anglii latem jest przerwa, tutaj trzeba było ciągle grać w dużym upale. Myślę, że na jego problemy na początku wpływ miało wiele czynników, ale ta kontuzja była kluczowa, bo w obecnych rozgrywkach spisuje się już naprawdę dobrze. Prezentuje w MLS to, co potrafił pokazać choćby w meczach reprezentacji Polski na Euro 2020, gdy był ważnym piłkarzem kadry, choćby w meczu z Hiszpanią. Wierzę, że to utrzyma.
Trzymam za niego kciuki, żeby notował gole i asysty dla Charlotte, bo tego się od niego wymaga. Nawet w tamtym sezonie zdarzały mu się mecze na dobrym poziomie, ale zupełnie nie miał szczęścia do liczb. Nie strzelał goli, a nawet gdy potrafił komuś dograć „na nos", to ten ktoś wtedy nie trafiał. A szczególnie w Stanach te liczby są najważniejsze, nie tylko w piłce nożnej. W tym sezonie jest już lepiej [cztery gole i pięć asyst Jóźwiaka – red.]. Zarówno on się dokłada do lepszej gry w ofensywie, jak i lepsza gra naszego ataku sprawia, że Kamil czuje się w niej lepiej.
Byliście z pewnością blisko jako rodacy oraz koledzy zarówno z młodzieżowej, jak i seniorskiej reprezentacji Polski. Jak on odbierał tę krytykę?
- Wiadomo, jak to jest. Po każdym słabszym meczu ktoś może coś napisać. Mi też zdarzyły się dwa-trzy słabsze mecze i mogłem przeczytać, że wraz z Kamilem powinienem się pakować i wracać do Polski. Jesteśmy jednak na tyle obyci w świecie piłki, że potrafimy sobie z tym radzić. Kamil również dawał sobie radę. Cieszę się, bo myślę, że teraz kibice mogą być z niego zadowoleni i oby tak pozostało.