Mundial 2018. Polska - Japonia 1:0. Łukasz Fabiański: - Ten mecz to mały plus przy wielkim minusie, jakim były nasze mistrzostwa. Dzięki zwycięstwu nie jesteśmy totalnym obciachem

- Za to co się działo w ostatnich minutach meczu powinno być jedno wielkie "sorry" z naszej strony. Japonia miała jakąś wiedzę na temat wydarzeń z Senegal-Kolumbia, ale to nie znaczy, że my mieliśmy się tak zachowywać - mówi Łukasz Fabiański o zwycięstwie nad Japonią 1:0.

Fabiański przyszedł do strefy wywiadów z bluzą z meczu, przygotowaną już by zbierać na niej podpisy kolegów z drużyny. Po wakacjach zaczyna nowy rozdział w klubowej karierze, przenosi się ze Swansea do West Ham, z mundialu jedzie do Walii, by spakować się przed przeprowadzką do Londynu. Mundial kończy, jako jeden z niewielu piłkarzy kadry, z podniesioną głową. Zagrał dopiero w ostatnim meczu grupowym, spisał się znakomicie. Fabiański to jedyny polski piłkarz, który był na mundialach w 2006 i 2018 roku ("Miały te mundiale podobny koniec ,tak je mogę porównać"). W obu był rezerwowym bramkarzem, podobnie jak w Euro 2008. Pierwszym mógł być w 2012, ale mistrzostwa uciekły mu na ostatniej prostej, przez kontuzję barku na zgrupowaniu. A w Euro 2016 to on z kolei wszedł do bramki dzięki kłopotom zdrowotnym pierwszego bramkarza: po pierwszym meczu z Irlandią zastąpił Wojciecha Szczęsnego i bronił do końca, zostając m.in. bohaterem dogrywki w 1/8 finału ze Szwajcarią.

Nadzieje były rozbudzone po Euro 2016, a dwa lata później drużyna żegna się z wielkim turniejem już po rundzie grupowej.

Łukasz Fabiański: - Cel był zupełnie inny, a to zwycięstwo nad Japonią to tylko mała osłoda na koniec. Takie minimum, żeby nie być totalnym obciachem i mieć jakieś punkty. Mały plus przy wielkim minusie.

Musiał pan prosić trenera o ten występ?

- Moje proszenie to ciężka praca na treningach. Zawsze niezależnie od tego w jakiej sytuacji byłem, starałem się przede wszystkim  pracować należycie. I sobie, myślę, zapracowałem na to minimum, czyli wyjście w meczu o honor. Trener już dzień po meczu z Kolumbią mi powiedział, że zagram. Miałem dziś trochę pracy przy strzałach, trochę gry na przedpolu.

Łukasz Fabiański Łukasz Fabiański KUBA ATYS

Jak pan oceni sytuację z ostatnich minut meczu, gdy obie drużyny stały, a Japończycy podawali sobie piłkę, bo wynik meczu i meczu Kolumbii z Senegalem dawał im awans?

- Moje prywatne zdanie jest takie, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca na mistrzostwach świata. Zdaję sobie sprawę że drużyna Japonii miała pewnie jakąś wiedzę na temat tego co się wydarzyło w drugim meczu, natomiast to nie oznaczało, że my mamy się tak zachowywać. I dlatego za ostatnich kilka minut powinno być z naszej strony jedno wielkie "sorry".

Baliście się, że jeśli nie wygracie, zostaniecie zapamiętani jako najgorsza polska kadra w mundialach?

- Tak. Rozmawialiśmy o tym, że nie można dać jakiejś totalnej plamy. Cieszymy się, że nie daliśmy. Ale co z tego, gdy odpadamy?

Co się stało z tą grupą piłkarzy, że straciliście impet z ostatnich lat właśnie w mundialu?

- Może nie udźwignęliśmy tej imprezy? Pierwszy mecz miał ogromny wpływ na to wszystko. Senegal nie zagrał super meczu, a pozwoliliśmy mu wygrać. To nas mocno wybiło z planu. Usztywniło nas to jak ten mecz się potoczył. Były oczekiwania, że to my będziemy prowadzić grę, były jakieś wizje tego meczu. A mecz ułożył się zupełnie inaczej i wygrała go drużyna, która po prostu była bardziej cierpliwa. Trudno się potem z tym pogodzić. Daliśmy ciała. Może to nas dodatkowo zmotywuje przed tym nowym etapem. Żeby już nigdy ciała nie dać i odbudować zaufanie kibiców i wszystkich ludzi związanych z reprezentacją. Zaczynamy od nowa pracować na wizerunek. I na jakość w kadrze. A czy potrzebna jest tutaj jakaś rewolucja, to już nie do mnie pytanie. Moim zdaniem jest tu grupa zawodników z jakością. I ta grupa musi zawsze mocno pracować. Ja tak podchodzę do piłkarskiego życia: trzeba ciężko pracować, a jak pracujesz, to cię życie dobrze zweryfikuje. I wynagrodzi.

Nie myśli pan o pożegnaniu z reprezentacją?

- Jeśli zdrowie będzie dopisywało, to nie widzę powodu. Po co mówić na gorąco coś, po czym się można obudzić i pomyśleć: co ja palnąłem? Zaczynam nowy rozdział w klubowym życiu, jestem podekscytowany. Będę Młotem z West Ham. Polish Hammer, jak Marcin Gortat. Jest nas już dwóch.