Natalia Kaczmarek bez słowa oddałaby kosmiczny rekord. Za jedną rzecz

Agnieszka Niedziałek
- Dla mnie to abstrakcja - mówi bez wahania Natalia Kaczmarek na pytanie o pobicie rekordu świata w biegu na 400 m. Na razie wynikiem 48,98 s w rewelacyjnym stylu poprawiła 48-letni rekord Polski legendarnej Ireny Szewińskiej. W rozmowie ze Sport.pl będąca w świetnej formie biegaczka twierdzi, że bez słowa wymieniłaby swój historyczny wyczyn, ale tylko na jedną rzecz.

- Oglądałam powtórkę trzykrotnie, ale pewnie zrobię to jeszcze wiele razy. Pod względem techniki i realizowania założeń był to właściwie bieg idealny - przyznaje Natalia Kaczmarek, wspominając swój popis w finale biegu na 400 m mistrzostw Europy. Poprawiła wtedy - mimo przeziębienia - dotychczasowy rekord Polski aż o 0,3 sekundy i uzyskała trzeci najlepszy wynik na świecie w tym roku. Rzym już podbiła, teraz przed nią najważniejszy tegoroczny start - igrzyska w Paryżu. Ale, jak sama mówi, nie da się wciągnąć w konkretne deklaracje. Tuż po powrocie do kraju pobiegła do lekarza, a Sport.pl opowiedziała też m.in. o stanie zdrowia.

Zobacz wideo Wielki bieg Natalii Kaczmarek na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy. Reprezentantka Polski zdobyła złoty medal w biegu na 400 metrów

Agnieszka Niedziałek: Trochę pani nastraszyła kibiców, gdy po finale sztafety komentatorzy TVP poinformowali, że potrzebowała pani pomocy medycznej. Co się stało?

Natalia Kaczmarek: Miałam problemy oddechowe, które były spowodowane prawdopodobnie chorobą. 

Nadal czuje się pani gorzej niż przed tamtym startem?

Nie, to były chwilowe kłopoty.

Dla pewności - gorsze samopoczucie to efekt przeziębienia?

Tak. Z tego co słyszałam, to sporo osób u nas w kadrze się z tym zmagało. W innych ekipach był ten sam problem, więc zakładam, że pojawił się po prostu jakiś wirus. A gdy łapie się formę, to jest się bardziej podatnym na wszelkie infekcje. Za mną były już dwa biegi, jeden po drugim, to też osłabia organizm. Myślę, że dwa dni odpoczynku i wszystko będzie w porządku. Nie wszystkie leki można brać, nie wszystkie nawet sama chciałam zażywać podczas mistrzostw, bo mogłoby to wpłynąć na moje samopoczucie przed startem. Myślę więc, że jak teraz je wezmę i prześpię się trochę [Rozmowa odbyła się, gdy lekkoatletka szykowała się do podróży do Polski. Tuż po powrocie do kraju była na wszelki wypadek u lekarza, który potwierdził, że nic poważniejszego jej nie dolega - red.], to na spokojnie dojdę do siebie.

Sztafeta - mimo pani szarży na początku ostatniej zmiany - skończyła na szóstym miejscu. Dubletu medalowego nie było, ale wróciła pani i tak nie tylko jako mistrzyni Europy, ale przede wszystkim zawodniczka, która w wielkim stylu pobiła mający niemal 50 lat rekord Polski. Trener Marek Rożej mówił potem, że potrzebuje kilku dni, a nie godzin, by dojść do siebie emocjonalnie po tym wyczynie. Pani również?

Wiedziałam, że przede mną jeszcze jedno zadanie w postaci startu w sztafecie, więc starałam się nie dać ponieść się tym emocjom. Do tego doszło to przeziębienie, więc chciałam trochę odpocząć, dojść do siebie i uspokoić się, żeby ponownie się zmotywować i powalczyć z dziewczynami. Myślę więc, że tak na dobre dopiero teraz, po powrocie, zacznę się z tym oswajać.

I poświętuje nieco?

W Rzymie nie było na to czasu, bo rano ruszyliśmy już w podróż powrotną, a i samopoczucie nie pozwoliło zbytnio. Może rzeczywiście po powrocie, ale akurat mistrzostwa Europy są w środku sezonu i niedługo wracam do treningu, przede mną też kolejne starty. Więc to też, niestety, nie jest moment na świętowanie.

Kolejne starty niedługo, czyli kiedy?

Za tydzień będę w Bydgoszczy, zaraz potem są mistrzostwa Polski. Następnie wracam do treningu, a potem kolejne starty, tym razem takie bardziej treningowe. Będę po intensywniejszych przygotowaniach, więc nie spodziewałabym się wtedy tak szybkiego biegu jak w Rzymie.

Ile razy oglądała pani już powtórkę tego rekordowego startu? Czy to po kątem emocjonalnym, czy też dla analizy.

Trzy, ale pewnie jeszcze wiele razy obejrzę. Pod względem techniki i realizowania założeń był to właściwie bieg idealny. Bo ruszyłam mocno i trzymałam cały czas prędkość, od początku do końca.

Ile razy w życiu może się zdarzyć taki idealny bieg?

Zobaczymy (śmiech). W Rzymie nie miałam osiągnąć docelowej formy, wyższa ma być w sierpniu w Paryżu. Wiadomo, że nie można założyć ze stuprocentową pewnością, że tak będzie, bo wiele się może wydarzyć po drodze, ale taki jest cel. I mam nadzieję, że jak będzie zdrowie, to właśnie tak to wtedy będzie wyglądało. Niekoniecznie jednak na igrzyskach będzie lepszy wynik niż teraz - czekają mnie tam trzy mocne biegi indywidualne, a do tego jeszcze sztafety. To będzie dużo bardziej wymagający występ. Ogółem czuję się bardzo dobrze i mam nadzieję, że przesuwam swoje granice. Liczę, że w Paryżu zbliżę się do nowego rekordu życiowego albo i go poprawię.

Przed finałem w Rzymie podobno chciała pani uzyskać 49,23 s, było 48,98. Takich "pomyłek" życzy sobie chyba każdy.

Czułam, że jestem w stanie pobić rekord Polski, bo dobrze biegałam na treningach, były dobre warunki pogodowe, a ja byłam dobrze przygotowana i wypoczęta. Fakt, nieco martwiło mnie to przeziębienie. Nie wiedziałam, jak organizm zareaguje, bo to jednak zawsze niepewność. Ale wiedziałam też, że nie powinno mi to przeszkodzić w samym biegu, bo wtedy - można powiedzieć żartobliwie - tak naprawdę za dużo nie oddychamy. Na szczęście rzeczywiście nie wpłynęło to na organizm. Spodziewałam się rekordu kraju, ale na pewno nie takiego wyniku. Ale - jak mówiłam - to był bieg idealny. No i nie można zapomnieć o Irlandce...

Nie wiem, czy się panie prywatnie znają dobrze i lubią, ale na pewno trzeba oddać Rhasidat Adeleke, że ma swój wkład w historię polskiej lekkoatletyki.

Była bardzo mocna i to, jak mnie nacisnęła na końcu, pomogło. Gdybym na ostatniej prostej miała dużą przewagę, to nie osiągnęłabym takiego wyniku. Zawsze jak dodatkowo odpieramy czyjeś ataki, to jest dodatkowa motywacja, bo zmęczenie już daje się we znaki. Bez tego jest na końcu dużo, dużo ciężej. Gdyby więc nie Adeleke, to ten wynik byłby słabszy.

Trener Rożej mówił, że przed ME zmniejszył intensywność treningów, by zyskała pani nieco świeżości. Ale to nie była impreza docelowa w tym sezonie. Ile mniej więcej - powiedzmy procentowo - mogło brakować do optymalnej formy?

Nie chcę tego w ten sposób określać, bo trudno takie rzeczy tak przeliczać. Zwłaszcza na takim poziomie. Czułam się dobrze i mam nadzieję, że tak samo będzie podczas igrzysk. Ale nie sposób określić, na ile ta forma może być jeszcze wyższa. Podejrzewam, że teraz coraz trudniej będzie się poprawiać, nawet o setne sekundy.

Pani szkoleniowiec podobno stwierdził, że bieg w Rzymie pokazał, iż u pani wszystko jest możliwe. Zbliżenie się do rekordu świata (47,60 s) jak najbardziej też. Co pani na to?

Dla mnie to jeszcze abstrakcja! Jest lepszy o ponad sekundę.

Sama przed ME napisała pani w mediach społecznościowych, że pobiła wtedy treningową życiówkę. Ile ona wynosi?

Na treningu nie biegam 400 m i tego też nie da się tak liczyć na ten dystans oraz porównać.

W Rzymie pokazywano duże wzruszenie pani taty i wielką radość reszty rodziny. Często pojawiają się na trybunach podczas ważnych startów?

Kiedy tylko mogą, to jeżdżą. Byli np. rok temu w Budapeszcie, teraz też było dość blisko. Fajnie, gdyby byli również w Paryżu, ale jest problem z biletami. Zobaczymy, jak wyjdzie. Ceny biletów i noclegów są kosmiczne! Bardzo się cieszę, gdy się pojawiają na trybunach, bo w domu jestem bardzo rzadko, więc mamy dodatkową okazję wreszcie zobaczyć się na żywo.

Po tym rekordowym biegu powiedziała pani: "Dojrzałam do sukcesów. Wiem, po co tu jestem. Wiem, że jestem w tym dobra". To oczywiście proces, ale pamięta pani, kiedy mniej więcej dostrzegła w sobie tę dojrzałość?

Myślę, że to kwestia budowania doświadczenia, udziału w zawodach coraz wyższej rangi i w imprezach rangi mistrzowskiej. To buduje się latami i licznymi startami.

Wśród gratulujących historycznego wyczynu była m.in. Iga Świątek. Jakieś inne "duże" nazwisko zwróciło pani uwagę?

Tych gratulacji było bardzo, bardzo dużo i nie byłam nawet w stanie jeszcze wszystkich przejrzeć i odpisać, bo musiałam się skupić na starcie w sztafecie. Ale jest to bardzo miłe. Wynik zrobił szum, rozniósł się głośnym echem i stąd gratulacje od tylu osób.

Pół żartem, pół serio - po tym sezonie wniosek będzie taki, że już nigdy więcej hali?

Nie, akurat na przyszły rok ją planuję. To są na razie luźne założenia. Teraz ją odpuściłam, nie chcąc ryzykować kłopotów zdrowotnych. Oczywiście, jeśli w przyszłości coś się wydarzy, to będziemy reagować, ale na pewno nie jest tak, że nie będę już nigdy biegać w hali.

Po swoim poniedziałkowym wyczynie podobno z trenerem rzuciliście do obecnych w Rzymie dziennikarzy, że wreszcie skończą się pytania o rekord Polski. Czy w którymś momencie to pytanie rzeczywiście zaczęło już irytować?

Nie, tak sobie tylko zażartowałam, bo faktem jest, że dostawałam je bardzo często po dobrym wyniku czy ustanowieniu "życiówki". Teraz więc pomyślałam, że dziennikarze nie będą mieli o co pytać.

Ale może pani trafić z deszczu pod rynnę - nie będą już pytać o rekord Polski, ale może zaczną zamiast tego o rekord świata lub medal olimpijski.

Przed każdą imprezą dostaję pytanie o medal, więc to nic nowego. A co do rekordu świata, to - tak jak już mówiłam - to tak abstrakcyjne, tak odległe, że ja o tym na pewno nie będę myśleć.

W jednym z niedawnych wywiadów została pani zapytana o tegoroczne lato i odpowiedziała tylko, że będzie wtedy startować w Paryżu, unikając jakichkolwiek deklaracji. Nie da się jednak ukryć, że po ostatnim wyczynie nadzieje kibiców towarzyszące pani startowi w tych igrzyskach zapewne wzrosną.

Na pewno nie dam się wciągnąć w takie rzeczy. Oczywiście, jestem szybka, ale jest jeszcze kilka innych szybkich zawodniczek, które też szykują formę na igrzyska. A medale są tylko trzy i na pewno nie będzie łatwo.

Trener Rożej, spytany w Rzymie po rekordowym biegu, czy brak medalu w Paryżu będzie dla niego rozczarowaniem, odpowiedział, że to trudne pytanie.

Bo takie jest. Wiele zależy od okoliczności. Można dać z siebie wszystko i to dalej nie wystarczy. Ale jeśli dam z siebie maksimum, to wtedy nie będę miała do siebie pretensji.

A oddałaby pani ten tak cenny rekord Polski za medal olimpijski?

Tak.

Tuż po tym, jak pobiegła pani te 48,98 s, to ruszyły analizy dotyczące najgroźniejszych rywalek w Paryżu. M.in. wspominano, że z występu w tej konkurencji zrezygnuje Holenderka Femke Bol. Pani też analizuje potencjalną stawkę?

Nie. Poza tym trochę dziwi mnie to pisanie o Bol, bo przecież ona na największych globalnych imprezach nie biega indywidualnie płaskich 400 m. Ale sama tego wszystkiego nie analizuję. Rywalki na pewno będą mocne, może ktoś zaskoczy. Skupiam się na tym, bym sama była w najlepszej możliwej formie i zaprezentowała się jak najlepiej.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.