W kadrze nie ma już kontuzjowanego Jeremy'ego Sochana, ale jest ktoś, kto może wejść w buty lidera koszykarskiej reprezentacji. Jordan Loyd, Amerykanin, który Polakiem jest ledwie od dwóch tygodni, może dać nam sukces na zbliżających się mistrzostwach Europy. Loyd udowodnił to w czwartkowym sparingu reprezentacji Polski z Gruzją, który wygraliśmy 94:89.
Dla Jordana Loyda to był dopiero trzeci mecz w kadrze. Amerykanin miał stworzyć zabójczy duet z Jeremym Sochanem. Ale wiemy już, że ta historia się nie spełni. Sochan jest już w San Antonio, wrócił do domu, aby leczyć kontuzję łydki i na mistrzostwach Europy nie zagra.
Tym większa odpowiedzialność spoczywać będzie na 32-letnim Loydzie, który polski paszport otrzymał dopiero na początku sierpnia i z kadrą jeszcze się zgrywa oraz szuka boiskowego porozumienia. Ale już w niedzielnym meczu ze Szwecją widać było, że to gracz z wyższej półki, który potrafi zrobić coś z niczego — w 19 minut zdobył aż 20 punktów, pudłując ledwie jeden rzut z gry na dziewięć prób.
Koszykarska poezja Loyda
Gra, rzucanie, kreowanie sobie pozycji — to wszystko przychodziło mu z niezwykłą łatwością. Przypadku oczywiście nie ma, kadra wiedziała, komu wręcza paszport. Loyd to były gracz NBA (w 2019 r., choć miał w tym niewielką rolę, to zdobył mistrzostwo z Toronto Raptors), od lat występuje na poziomie Euroligi w AS Monaco. Zna się z Mateuszem Ponitką z czasów wspólnej gry w Zenicie Sankt Petersburg.
Tę renomę Loyd potwierdził w czwartkowym sparingu z Gruzją — rozgrywanym równo dwa tygodnie przed pierwszym meczem EuroBasketu ze Słowenią. Rywale już wiedzą, że Loyd to wybitny strzelec. W meczu z Gruzją był atakowany od pierwszej akcji, ale umiał to wykorzystać — wymuszał faule, a później zdobywał łatwe punkty z linii rzutów wolnych.
Zresztą... wszystkie zdobyte przez Loyda punkty wydają się "łatwe". Nowy reprezentant Polski porusza się z piłką z niezwykłą gracją, kozłuje tak, że zachwycać się mogą nie tylko koszykarscy puryści. To, co innym przychodzi z trudem, w jego przypadku wygląda niczym poezja. Koszykarska poezja.
W meczu z Gruzją pierwsze dwa rzuty spudłował, ale potem poszło z górki. Celna trójka, a już w drugiej kwarcie: dwa punkty po indywidualnej akcji, kolejne dwa po świetnym wejściu pod kosz, celne rzuty wolne.
A do tego niesamowity spokój w rozegraniu piłki. Bo Loyd — jeśli akurat odcięci od piłki są Mateusz Ponitka, Andrzej Pluta czy Kamil Łączyński — może zamienić się w playmakera. I widać, że ta rola również przychodzi mu z łatwością. Na finiszu drugiej kwarty Loyd wykreował pozycję dla Michała Michalaka, którą ten zamienił na celną trójkę.
W sumie Loyd zdobył 15 punktów i dołożył cztery asysty w 20 minut. W zaciętej końcówce wszedł dopiero na ostatnie trzy minuty. Od razu wykreował pozycję dla Tomasza Gielo, po którego trójce odskoczyliśmy na 87:82. Potem to samo uczynił, podając do Kamila Łączyńskiego, który także trafił za trzy! A mecz domknął dwoma celnymi rzutami wolnymi. I ostatecznie wygraliśmy 94:89.
Loyd nie zagrał z Gruzją wiele, ale i nie musiał. Nie wrzucił jeszcze wyższego biegu, choć zarazem widać, że na zbliżającym się EuroBaskecie przyjdzie mu to z łatwością.
Półka wyżej niż Slaughter?
Przez ostatnią dekadę — co już samo w sobie jest wyjątkowe — miejsca dla gracza naturalizowanego zajmował w kadrze A.J. Slaughter. I przez lata zasłużył się na tyle, że śmiało można go nazwać wybitnym reprezentantem Polski. Wspaniałe mecze na mistrzostwach świata w 2019, kapitalny EuroBasket 2022...
Ale jego następca wydaje się graczem z jeszcze wyższej półki. Jest wyższy, silniejszy, z łatwością zdobywa punkty. Jako że próbka jest niewielka — to na razie raptem trzy mecze — możemy krótko napisać, że Loyd może dać nam co najmniej tyle dobrego, co przez lata czynił Slaughter.

