Szymon Kołecki: Faktycznie, polskiego medalobrania nie będzie. Chociaż uważam, że nasi trenerzy i sami zawodnicy zbyt asekuracyjnie podchodzą do zawodów. Mówią o miejscach czwartych, szóstych, a może być lepiej. Mamy rok poolimpijski, w nim w poszczególnych kadrach dochodzi do zmian, dlatego przy dobrym zbiegu różnych okoliczności według mnie możemy zdobyć nawet dwa medale. Dla kadry bez znanych nazwisk byłby to ogromny sukces.
- Na Damiana Kuczyńskiego i Kornela Czekiela. Wiem, że to nieznane nazwiska. Zdaję sobie sprawę z tego, że Damian niedawno zmienił kategorię wagową z 69 na 77 kg i lepiej będzie przygotowany na październikowe mistrzostwa świata, a już naprawdę dobrze na przyszłoroczne mistrzostwa Europy i świata. Wtedy będzie już jednym z najlepszych, ale teraz może sprawić niespodziankę. Natomiast Kornel w międzynarodowych zawodach już kilka razy startował, choć bez większych sukcesów. Miał medal mistrzostw Europy do lat 23. W kategorii seniorów nic nie wywalczył. Szczerze mówiąc jego wysoka forma jest dla mnie niespodzianką. Nie liczyłem na niego, ale w ligowych zawodach pewnie osiągnął w dwuboju wynik 400 kg [na igrzyskach w Londynie taki rezultat dałby mu szóste miejsce], widać było, że jeszcze ma zapas, dlatego zacząłem w niego wierzyć.
- Tak, obiecywałem to, wszystko pamiętam. Jak pan zapyta Adriana Zielińskiego, to on potwierdzi, że się tak umawialiśmy. Na mistrzostwach Europy w Tiranie mieli startować i on, i Marcin Dołęga. Niestety, Adrian dosyć późno wyleczył mikrourazy po igrzyskach olimpijskich, uporał się z tym nie na koniec września, tylko dopiero na koniec listopada. To spowodowało, że nie zdążył się do tych mistrzostw przygotować. Zwłaszcza że przyplątała mu się kolejna kontuzja - przeciążenie więzadła. Lepiej było to wyleczyć, nie forsować się. Podobnie było z Marcinem Dołęgą. On też w ostatnich tygodniach miał problemy ze zdrowiem i musiał z mistrzostw zrezygnować. Wiem, że obaj chcieli w tych zawodach startować, i wiem, że w przyszłości z ich startami nie będzie żadnych problemów. Może z większą wyrozumiałością trzeba będzie traktować Marcina, bo on jest jednak już w zaawansowanym wieku. Plan jest więc taki, że dobrze wystartuje jesienią w mistrzostwach świata, a w przyszłym roku będzie odpoczywał. Trzeba mu na to pozwolić, żeby mógł ładować akumulatory do igrzysk w Rio w 2016 roku. Nasi pozostali najlepsi zawodnicy od przyszłego roku powinni już startować we wszystkich ważnych zawodach.
- W przypadku Bartka wszyscy wiemy, jak jest, on ma głowie trudne sprawy osobiste [opiekuje się chorą córką]. Natomiast Arsen do grudnia się leczył i dopiero od niedawna trenuje z kadrą. Nie jest w formie, nie miał po co jechać na mistrzostwa. Powiem szczerze, że osobiście wolałbym, żeby nawet nie trenował za ostro pod kątem mistrzostw świata. Do naszej imprezy powinien spokojnie się przygotować. Jeśli wyjdzie mu dobry start, to OK, ale jeśli nie, to też nic złego się nie stanie. Arsen miał w ostatnim czasie największe problemy zdrowotne z całej naszej grupy. Na igrzyskach startował z naderwanymi więzadłami rzepki w obu kolanach. One były naderwane w prawie 30 procentach. Tego nie da się szybko wyleczyć, trzeba mu dać czas. Wiem, że jest nastawiony na mistrzostwa świata, że do nich się przygotowuje, ale szczerze mówiąc, liczę na to, że przekonam go, żeby się za mocno nie napinał.
- Ten żart nie był ze mną konsultowany. Kiedyś nasz rzecznik taki pomysł rzucił, ale powiedziałem: "Marek, weź, wymyśl coś lepszego, bo na to się nikt nie złapie". Wydawało mi się, że temat upadł, aż nagle usłyszałem od swojego syna: "Tato, na Facebooku jest informacja, że będziesz startował". Włączyłem, przeczytałem i uznałem, że nikt w to nie uwierzy, bo nie da się zrobić 395 kg w dwuboju bez treningu.
- Dziękuję za komplement, ale naprawdę myślałem, że nikt się nie nabierze. Zdziwiłem się, kiedy się okazało, że nawet w naszym ciężarowym środowisku ta informacja narobiła zamieszania. Wspominany już Adrian zadzwonił do mnie i pytał, czy naprawdę będę startował na mistrzostwach. Paru innych zawodników i trenerów też w ten żart uwierzyło, choć oczywiście byli i tacy, którzy od razu pisali i dzwonili do mnie, śmiejąc się z tego pomysłu.
- Nie mogę dźwigać, bo mam uszkodzoną nogę przez operację, jaką przeszedłem jesienią 2008 roku. Po niej nie mogę nawet robić przysiadów. Prawda jest taka, że gdyby ktoś wyleczył moją nogę, to od jutra zacząłbym się przygotowywać do igrzysk w Rio i nie miałbym problemu z przyszykowaniem dobrej formy.
- Podczas operacji z listopada 2008 roku pogorszono stan mojego zdrowia na tyle, że teraz chodzę na siłownię, ale robię tylko mięśnie brzucha i wyciskam na ławce, żeby krew lepiej krążyła w organizmie. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić. Długo miałem nadzieję, że to się zmieni. Po tamtej feralnej operacji miałem sześć czy siedem operacji poprawkowych i nic. Teraz myślę już tylko o kierowaniu związkiem. To duża odpowiedzialność. Swoim zdrowiem już się nie zajmuję, bo ono dla samej dyscypliny nie jest ważne. Obecnie najważniejsze są nasze mistrzostwa świata.
- Będziemy dyskutować nad możliwością przeniesienia mistrzostw do Wrocławia, ale z Warszawy do końca nie rezygnujemy. Urząd Miasta Warszawy nie chce nas wesprzeć, ale na Mazowszu mamy ogromną przychylność marszałka Struzika, więc jest z kim te zawody organizować. W Taszkiencie dużą część kongresu zajmie dyskusja, gdzie imprezę zorganizować. Przedstawię warunki dotyczące obu miast, a kongres zadecyduje, gdzie odbędą się zawody.
- Pewnie dopiero po mistrzostwach Europy, bo w poniedziałek wrócę z Taszkientu, ale nie zdążę zrobić konferencji prasowej, a to dlatego, że już w środę polecę do Albanii. W czwartek będzie startował Damian Kuczyński. Jego występ chcę zobaczyć na żywo. W Tiranie zostanę do końca mistrzostw. W międzyczasie będę chciał przygotować tę konferencję, żeby się odbyła jak najszybciej. Jej miejsce będzie uwarunkowane od decyzji światowej federacji, możemy ją zrobić we Wrocławiu, możemy w Warszawie. Pewne jest, że teraz w Taszkiencie zapadnie decyzja, bo na sześć miesięcy przed mistrzostwami musi być jasne, gdzie je zrobimy.
- To jest kwestia nie tylko pieniędzy, ale też chęci. Kiedy rozmawiałem z innymi miastami, bo nie tylko Wrocław był alternatywą, to oprócz pieniędzy, którymi miasta czy województwa mogłyby wesprzeć imprezę, ważna była przychylność, gotowość do wskazania kontaktów z lokalnym biznesem i innymi jednostkami, które mogą pomóc w organizacji. Nie zawsze chodzi o pieniądze, ważna jest też logistyka. W różnych miejscach ludzie chcą zawodów, w Warszawie tego się nie czuje.
- Nie chcę mówić, że to niechęć. To jest raczej brak pełnej przychylności. Prawda jest taka, że w zeszłym roku urząd, tworząc swój budżet, nie wiedział, że w mieście odbędą się mistrzostwa świata. W 2011 roku ze związku poszło pismo do Wiesława Wilczyńskiego, ówczesnego dyrektora biura sportu w Warszawie, on wsparł organizację mistrzostw i z dokumentacji wynika, że tylko on o zawodach wiedział. Z tego, co prześledziłem, wynika, że w 2012 roku ze związku zostały wysłane jedynie trzy pisma do pani minister sportu z prośbą o zabezpieczenie środków finansowych. Do urzędu miasta takiego pisma nie wysłano, dlatego temu miastu do końca się dziwić nie mogę, że teraz ma problem. Przecież w Departamencie Sportu jest dwa razy mniej pieniędzy niż dwa czy trzy lata temu, bo z 50 mln zł zrobiło się tylko trochę ponad 20. Dlatego nie mogę mówić o niechęci, a jedynie zwracać uwagę, że niektóre sprawy dałoby się załatwić bez wydawania pieniędzy.
- Powiem szczerze, choć głupio mi się do tego przyznać, że ta forma promocji dyscypliny nie była przez nas zaplanowana. Na szczęście w Eurosporcie ktoś mądry pomyślał, że warto na czas mistrzostw Adriana zagospodarować, z czego bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że dzięki takiemu komentatorowi więcej Polaków będzie mistrzostwa oglądać i że koledzy trochę Adrianowi pomogą, zdobywając jakiś medal. Kiedyś dostałem od żony książkę z myślami wielkich ludzi, któryś z nich [Arthur Schopenhauer] powiedział: "Nie masz żadnej szansy, ale ją wykorzystaj". My przed tymi mistrzostwami teoretycznie żadnej szansy nie mamy, ale czuję, że jakąś jednak wykorzystamy. A nawet jeśli nie, to gromy na trenerów nie spadną, bo medale mają być w październiku i później już na każdej dużej imprezie.