Zagrali na nosie supermocarstwu. Tysiące zakazanych flag

Michał Kiedrowski
Prezydent USA Donald Trump i przywódca Chin Xi Jinping
Fot. Daniel Torok/ The White House/flickr.com (United States government work)

Wystarczyły niecałe trzy miesiące bieżącego roku, abyśmy się przekonali, że nie ma już w międzynarodowym sporcie dużej międzynarodowej imprezy, na której cieniem nie położyłaby się polityka. Po igrzyskach olimpijskich, Pucharze Świata w krykiecie, igrzyskach paralimpijskich mamy kolejne zawody - rozgrywane po dwóch stronach Pacyfiku - na których polityka też zaznaczyła swoją obecność.

Zanim jeszcze sportowcy stanęli na starcie zawodów w Cortinie d'Ampezzo i Mediolanie, w innej części świata już rozpoczęły się polityczne spory związane z Pucharem Świata w krykiecie. Turniej zaplanowany był w Indiach i Sri Lance. Najpierw Międzynarodowa Rada Krykieta zdecydowała, że Pakistan nie będzie grał swoich meczów w Indiach, bo oba kraje są ze sobą w konflikcie, który od czasu do czasu przybiera formę otwartych starć zbrojnych.  

Zobacz wideo

Krykiet. Odmówili gry w meczu wartym setki milionów dolarów

Tego samego przywileju zażądał Bangladesz, który z Indiami stosunki ma wrogie, od kiedy z kraju uciekła - i znalazła schronienie u sąsiada - była premierka Sheikh Hasina. ICC żądań Bangladeszu nie spełnił, więc drużyna z tego kraju na turniej w geście protestu nie pojechała. Została zastąpiona przez Szkocję.  

Jakby tego było mało, Pakistan zapowiedział, że w geście solidarności z Bangladeszem nie zagra meczu z Indiami. Traf chciał, że obie drużyny zostały przydzielone w I rundzie do tej samej grupy. Dopiero po długich negocjacjach mecz, którego wartość komercyjna dla nadawców i reklamodawców oscyluje w granicach 300-350 mln dolarów, doszedł do skutku (wygrały Indie).  

Potem na igrzyskach olimpijskich mieliśmy dyskwalifikację ukraińskiego skeletonisty Władysława Heraskewycza za kask. Ukrainiec miał na nim wizerunki sportowców zabitych przez Rosjan podczas inwazji, która trwa właściwie od 2014 roku, a w 2022 roku przybrała formę pełnoskalowej wojny. Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie pozwolił mu na ten gest i spotkał się z lawiną krytyki ze strony liberalnych mediów na całym świecie.  

To jednak było niczym w porównaniu do tego, co się stało podczas igrzysk paralimpijskich, podczas których Rosjanie występują pod swoją flagą i po zdobyciu złota wysłuchują swojego hymnu. Ich udział doprowadził do tego, że szesnaście krajów ogłosiło bojkot ceremonii otwarcia igrzysk.

Zakazane flagi na trybunach w Japonii  

W tym samym czasie po drugiej stronie świata rozpoczęły się mistrzostwa świata w baseballu, które noszą dość dziwną nazwę World Baseball Classic. Turniej wzbudził polityczne kontrowersje jeszcze przed  startem. Chodziło o atak sił amerykańskich na Wenezuelę i uprowadzenie prezydenta Nicolasa Maduro. Ostatecznie jednak napięcie między obu krajami zostało rozładowane po przejęciu władzy przez nową prezydentkę Delcy Rodriguez i Wenezuelczycy – jedna z najlepszych baseballowych reprezentacji świata – biorą udział w World Baseball Classic. 

Politycznych manifestacji nie uniknięto jednak drugiej stronie Pacyfiku. Japonia była gospodarzem meczów jednej z grup pierwszej rundy. I już podczas inauguracyjnego meczu ochrona miała co robić. Grupa tajwańskich aktywistów wykorzystała turniej, który jest bardzo popularny w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie, czyli w krajach, gdzie baseball jest sportem numer 1. Przed meczem z Australią setki kibiców manifestowały przed Tokyo Dome, krzycząc "Go Taiwan" i "Team Taiwan". Drużyna z wyspy, którą Chińska Republika Ludowa uważa za swoją zbuntowaną prowincję, występuje oficjalnie pod nazwą Chińskie Tajpej. Nazwa Tajwan i narodowa flaga tego kraju są zakazane na sportowych arenach, na mocy porozumienia międzynarodowych organizacji sportowych z ChRL.  

Kibice postanowili jednak zagrać na nosie azjatyckiemu supermocarstwu. Każdemu fanowi, który przed wejściem do Tokyo Dome krzyknął "Go Taiwan", dawali małą flagę. W ten sposób na trybunach znalazło się przeszło cztery tysiące chorągiewek w tajwańskich barwach, którymi kibice zaczęli machać w jednym momencie. Zgodnie z zasadami ochrona musiała interweniować i odebrać kibicom zakazane flagi. 

Kubańczycy protestują przeciw decyzji USA

Politycznych kontrowersji nie uniknięto również w odległym o 13 tys. km od Tokio San Juan w Portoryko. Tam odbyła się rywalizacja w innej z czterech grup World Baseball Classic. O awans do ćwierćfinału obok Portoryko grały Kolumbia, Panama, Kanada i Kuba. I właśnie ta ostatnia drużyna miała problem. Ponieważ Portoryko ma status terytorium stowarzyszonego z USA, obowiązują tam amerykańskie przepisy wizowe. I na mocy tych przepisów ośmiu Kubańczyków, którzy wybierali się do San Juan, nie zostało tam wpuszczonych. Wśród nich było siedmiu działaczy (m.in. prezes krajowego związku i sekretarz generalny) i jeden z trenerów drużyny.  

"Podkreślamy dyskryminujący, polityczny i nieetyczny charakter decyzji o odmowie przyznania wiz ośmiu członkom naszej delegacji, ale nie wycofamy się z zawodów, w których uczestniczyliśmy od ich powstania" - napisała kubańska federacja baseballowa w specjalnym oświadczeniu. W pierwszym World Baseball Classic w 2006 r, Kuba przegrała w finale z Japonią. W tym roku jednak już nie należy do faworytów.  

Milczący protest poruszył cały świat

Polityczne zawirowania dotarły również do odbywającego się w Australii Pucharu Azji kobiet w piłce nożnej. Regionalny turniej zwrócił na siebie uwagę światowych mediów z powodu reprezentacji Iranu, który w ostatnich dniach padł ofiarą ataków ze strony sił zbrojnych USA i Izraela. Iranki przed inauguracyjnym meczem z Koreą Południową nie śpiewały hymnu swojego kraju, co zostało odebrane jako niemy protest przeciwko władzom ich kraju. W Iranie kobiety są pozbawione podstawowych praw, zobowiązane m.in. do przestrzegania surowych norm dotyczących stroju i wyglądu.  

Jak napisał na Sport. pl Dawid Szymczak: "Protest usłyszał cały świat, dlatego przed kolejnym grupowym meczem te same piłkarki nie dość, że głośno swój hymn odśpiewały, to jeszcze podczas niego salutowały". 

Iranki odpadły z turnieju już po rozegraniu trzech meczów. Pięć zawodniczek odmówiło powrotu do kraju i zostało objętych ochroną przez australijską policję. Losem reszty zainteresował się nawet prezydent USA, Donald Trump, który zwrócił się do premiera Australii Anthony'ego Albanese.  

"Australia popełnia straszliwy humanitarny błąd, pozwalając irańskiej reprezentacji na powrót do Iranu, gdzie [kobiety] najprawdopodobniej zostaną zabite. Proszę tego nie robić, panie premierze. Proszę dać im azyl. Stany Zjednoczone je przyjmą, jeśli pan tego nie zrobi" - napisał Trump w serwisie społecznościowym. 

Według prasowych doniesień piłkarki, które chciały pozostać w Australii mogą jednak zdecydować się na powrót do kraju, z powodu obaw o bezpieczeństwo swoich rodzin.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...