Towarzyszy mu kilkanaście osób, w tym lekarka. Buty, których używa, wspinając się na Mount Everest, są unikalne. Najpierw wczepia się w nie raki, potem narty. Kiedy wejdzie na niemal 9 kilometrów, to potem zamieni się w narciarza. Szaleństwo? - Nie rzucam się na szaleństwa. Nasza działalność opiera się przede wszystkim na dobrym zarządzaniu ryzykiem - tłumaczy nam Andrzej Bargiel.
Polska wyprawa na Mount Everest (Everest Ski Challenge) idzie dobrze. W drodze do bazy na najwyższą górę świata Andrzej Bargiel zdobył jeszcze pobliski szczyt Kala Patthar (5 545 m n.p.m.). Wraz ze swoją ekipą uczestniczył też w tradycyjnej ceremonii Puja, czyli rytuale buddyjskim odprawianym przez Szerpów, mającym na celu zapewnienie bezpieczeństwa i powodzenia wyprawie. Po aklimatyzacji w Everest Base Camp i poprawie pogody cały zespół wyruszył na lodowiec Khumbu – jeden z najbardziej niebezpiecznych odcinków drogi na Everest. Celem było odnalezienie i wytyczenie bezpiecznego przejścia, które pozwoliłoby dostać się do wyżej położonych obozów. Mimo seraków i głębokich szczelin, przez lodowiec przejść się udało. Ekspedycja dotarła do pierwszej bazy. Teraz szykuje się do dalszej wspinaczki.
Przypomnijmy, że Bargiel chce wejść na szczyt i zjechać z niego na nartach, bez użycia dodatkowego tlenu. To do tej pory nie udało się nikomu na świecie. Z narciarskich wypraw na Everest, on sam zły wracał już dwukrotnie. O trzecim podejściu, ekstremalnej pasji, nowych technologiach w himalaizmie i bezpieczeństwie, rozmawialiśmy z nim przed wyprawą.
Kacper Sosnowski: Dużo było przygotowań przed tym Everestem? Lekarz wyprawy mówiła, że w trakcie ekspedycji nie spodziewa się tyle pracy, ile miała przed wylotem.
Andrzej Bargiel: Myślę, że część ekipy po prostu pierwszy raz mierzy się z taką wysokością i to przede wszystkim na nich skupiona była ta uwaga. Żeby te osoby w bezpieczny sposób mogły tam funkcjonować i by miały szansę w ogóle tam dotrzeć. Już to samo w sobie czasem jest wyzwaniem. Fajnie jest mieć lekarza na pokładzie. W kraju czasem ciężko dostać się do doktora, a my na ekspedycji mamy własnego. To jest bardzo komfortowe. Szczególnie w wysokich górach, gdzie nie można sobie zamówić takiej wizyty.
Tam zwykle każdy sam sobie jest lekarzem, ale też lekarzem dla innych.
- Tak. Na poprzednich ekspedycjach zabezpieczenie medyczne było samodzielne. Wcześniej mieliśmy szkolenia, które są stricte związane z działalnością w górach. Zawsze mieliśmy ze sobą taki mini szpital. To jest ważne. Na takich wyprawach często musisz pomagać innym. Leków, ale też zrozumienia dolegliwości wysokogórskich niestety czasem tam po prostu brakuje. Jak coś komuś dolega, to warto mieć na wszystko lek, ale też pomysł, rozwiązanie, wiedzę i jakąś procedurę. Każdy z nas ją ma, ale nigdy to nie zastąpi lekarza, który pomaga innym codziennie.
Ty jako ratownik TOPR tę część medyczną musisz mieć opanowaną znakomicie.
- Przy okazji wypraw w wysokie góry zawsze są robione szkolenia związane stricte z dolegliwościami wysokogórskimi, które występują m.in. w Himalajach. Tamto środowisko jest trochę inne niż tutaj w naszych górach. Więc takie szkolenia i wiedza to jest jakiś element, który musisz ciągle rozwijać. To nie jest tak, że to zostaje na lata, zawsze o czymś się zapomni.
A ty ze swojego doświadczenia jak oceniasz, co jest największym zagrożeniem w wysokich górach?
- Tych zagrożeń jest dużo. Musisz je zrozumieć, nauczyć się je dostrzegać, czytać sygnały, które daje przyroda. Wybierać te momenty i miejsca działalności, gdzie wszystko jest okej. A tak konkretniej, to masz pogodę, masz lawiny, seraki, szczeliny i jesteś na bardzo dużej wysokość. Masz więc problemy związane z chorobą wysokościową. Musisz zrozumieć swój organizm, żeby wiedzieć, kiedy jest gotowy na przebywanie na pewnych wysokościach. Wiatr, który tam wieje, może cię po prostu przemieścić, przewrócić, zniszczyć ci namiot. Przez ten wiatr też dużo niższa jest odczuwalna temperatura. Przy niskiej temperaturze i przy wietrze częstsze są też odmrożenia, trzeba w tym wszystkim jakoś się odnaleźć.
A jakbyś mógł wyeliminować jedną rzecz, której najbardziej w górach nie lubisz, która odbiera z nich przyjemność.
- Jeśli chodzi o warunki pogodowe to zdecydowanie wiatr. Lubię wiatr, ale jeżeli jest ciepły i w naszych górach. W Himalajach jest minus 40 stopni Celsjusza i wtedy wiatr jest super nieprzyjemny. Drugą niefajną rzeczą, na pewno są szczeliny. One się odkrywają, przesuwają i naprawdę są dużym zagrożeniem.
Kontynuując ten temat. Jak twoja żona słyszy hasło "mam pomysł na najbliższą wyprawę" to jest w domu lekkie poddenerwowanie? Zresztą od niedawna jesteś też ojcem.
- Na pewno to nie jest super łatwa pasja. Mamy jednak do siebie jakieś wzajemne zrozumienie i zaufanie. Jestem raczej odpowiedzialną osobą. Nie rzucam się na szaleństwa i nie robię rzeczy za wszelką cenę. Staram się mocno dbać o bezpieczeństwo. Dlatego też zawsze mam rozbudowany zespół i plan B i C. To bezpieczeństwo jest super ważne, a nasza działalność opiera się przede wszystkim na dobrym zarządzaniu ryzykiem.
Jak się nim mądrze zarządza, to potem jest szansa na fajne wspomnienia. Niedawno była rocznica twojego wejścia i zjazdu z K2. Też wspominałeś, czy Mount Everest będzie lepszym skalpem?
- Nie mam takiego podejścia. W sensie na K2 super było to wszystko przeżyć, ale to nie jest tak, że ja tym teraz żyję na co dzień. Cieszę się z tego, że mogę być dalej w tych górach w wyjątkowym otoczeniu. Mam super zespół, super ludzi na swoim pokładzie i myślę, że przed nami wielka przygoda. Każdy daje tej wyprawie na Everest energię.
Do trzech razy sztuka, ale pogoda i tak będzie kluczowa. Od dawna ją bacznie śledzisz?
- Nawet nie śledziłem tej pogody. To nic nie daje. Na bazie doświadczenia mogę powiedzieć, że są po prostu momenty, kiedy statystycznie ta dobra pogoda tam jest. Dlatego chcieliśmy szybko dotrzeć na miejsce i mieć szansę spróbować wejść na Everest, kiedy będzie okazja. Nie możemy sobie pozwolić na przeoczenie żadnego dnia dobrej pogody.
Jakie masz najfajniejsze wspomnienie związane z twoimi pasjami. Kiedy i gdzie najwięcej radości dawało bieganie, gdzie wspinaczka, a gdzie zjazdy?
- Wspinaczka to z wujkiem. Dowiedziałem się, że on się wspina. Zabrałem go więc na wspinaczkę na Kieżmarski Szczyt. Był super dzień, piękna pogoda, super światło, takie jesienne. Schodziliśmy później na nogach, bo nie załapaliśmy się na kolejkę. W sumie miałem też przez to okazję po prostu z nim pogadać. Niestety wujek już nie żyje, ale wtedy mieliśmy taki mega fajny dzień.
Jeśli chodzi o góry wysokie to zawsze wspominam Artura Hajzera. To była taka osoba, która pokazała mi te góry, dała szansę na to, by się w nich pojawić. On bardzo inspirował, zarażał pomysłami. Dzięki niemu zobaczyłem, że robienie tych wypraw jest możliwe z punktu widzenia organizacyjnego. On potrafił budować strukturę, robić aurę, poczucie wartości przedsięwzięcia, to było super. Jeśli chodzi o narciarstwo, to tych zjazdów było naprawdę dużo. Ciężko złapać jeden najfajniejszy. Na pewno super sobie cenię uprawianie narciarstwa z przyjaciółmi w momencie kiedy jest fajny śnieg. Wtedy również w Tatrach to jest bardzo przyjemne. Te wysokie góry to jest bardziej złożone przedsięwzięcie, taki performance. A takie zwykłe narciarstwo, gdzie jest parę minut zjazdu w dobrym towarzystwie, przyjaciół, bliskich to super rzecz. Wiele było takich momentów, gdzie wspólnie, z braćmi - Grzegorzem, który mi pokazał te góry i młodszym bratem Bartkiem - gdzieś wychodziliśmy na narty i łapaliśmy fajne momenty.
A przy bieganiu?
- Ja lubię bieganie w zachody słońca, w jakiś super wyjątkowych miejscach, gdzie nie ma ludzi. Dzięki bieganiu możesz przenieść się szybko w takie piękne lokalizacje. Teraz jesteś w domu, a nagle lądujesz gdzie indziej. Czujesz, że możesz dużo, że pokonujesz przestrzenie. Dużo takich momentów u nas w Tatrach miałem. Fajne było też wbiegnięcie na Mont Blanc w południe czy potem wieczorem.
Pod Mont Blanc spotkałeś przedstawiciela jednego ze swych obecnych sponsorów.
- Tak, to też jest fajne jak się buduje różne relacje, jak te góry łączą niezależnie od tego czym się zajmujemy na co dzień. Takie historie są super.
Powspominaliśmy, to na koniec zapytam o przyszłość. Technologia idzie do przodu, niedawno pojawiły się np. elektryczne narty, pomagające w podejściach. Jak patrzysz na takie rzeczy? Czy nowe technologie pomagają ci w wyprawach?
- Zawsze szukamy nowych rozwiązań. Ja jestem bardzo otwarty na rzeczy, które ułatwiają pewne aktywności. To czasem otwiera możliwość uprawiania sportu osobom, które fizycznie nie mają już takiej siły lub są starsze. Jak sześć czy siedem lat temu pokazałem teściowi rower elektryczny, to do tej pory codziennie na nim jeździ.
Czyli na hasło "narty elektryczne" też się nie wzdrygasz?
- To jest trochę bardziej skomplikowany sprzęt, szczególnie jak robi się stromo. Generalnie warto dbać o aktywność fizyczną. Takie zmęczenie raz na jakiś czas jest po prostu zdrowe. To nie musi być na ekstremalnym poziomie, niekoniecznie musimy wchodzić na jakieś szczyty z elektrycznymi nartami. Możemy po prostu nawet wejść do schroniska i w niedzielę z rodziną zjeść tam obiad.
A z nowych technologii oprócz dronów, które transportują leki, z czego najchętniej korzystacie? Mocno zmieniło się narciarstwo w ostatnich dekadach?
- Jak to porównam z narciarstwem sprzed 50 lat, to tak - zmieniło się. Jak przypomnimy sobie narciarstwo sprzed 20, czy 10 lat to już niekoniecznie. Na pewno sprzęt jest bardziej dostępny. Pamiętam, że ja musiałem pracować nad niektórymi rozwiązaniami, teraz po prostu wszystko możesz kupić. Sprzęt jest lżejszy, bardziej komfortowy. Bardzo dużo dzieje się i zmienia z punktu widzenia bezpieczeństwa, tworzą się procedury. Jest coraz większe zrozumienie tych górskich aktywności. Jest mnóstwo fachowców, którzy analizują wypadki, różne groźne sytuacje, tłumaczą je. To jest dużą wartością. Narzędzia do komunikacji czy nawigacji też się rozwinęły, widać to choćby przy tym jak teraz wygląda czytanie i prognozowanie pogody.
Ale twój plecak na Everest waży ok. 12 kg. To tyle ile na wyprawy brałeś kilkanaście lat temu?
- On waży różnie, w zależności od etapów wyprawy, czasem nawet 20 kg, a czasem 6 kg. Czyli rzeczywiście tak jak kilkanaście lat temu. Natomiast puch w rzeczach, które zabieram, dalej waży tyle samo (śmiech). Materiały trochę się zmieniły. Buty są kompozytowe, ale w zasadzie są już takie od 20 lat. Może różnice widać w ocieplaczach, jakiś doraźnych ogrzewaczach, które teraz bardziej pomagają. Ja mam np. takie ogrzewające wkładki w butach. To jest rzecz, która daje jakąś wartość.
Kończę prozaicznie. Życzę pogody, bo z resztą sobie poradzisz...
- Dzięki wielkie. Trzymajcie kciuki.