Pjongczang 2018. Weronika Nowakowska: Za dwa tygodnie chciałabym radośnie opowiadać, jak doszło do tego, że zdobyłam medal

- Na pewno nie będzie długiej rozmowy z dziećmi, bo to by mnie rozmiękczyło - mówi Weronika Nowakowska przed swoim pierwszym startem na igrzyskach w Pjongczangu. Srebrna i brązowa medalistka MŚ z 2015 roku wróciła do biathlonu po urodzeniu bliźniaków. Jej synowie mają po 1,5 roku, a ona ma ostatnie wielkie, sportowe marzenie - olimpijski medal. - Jeśli zdobędę ten krążek w Pjongczangu, to myślę, że to będzie najpiękniejsza historia, bo nie można sobie wymarzyć lepszej niż taka, że ktoś dwa razy się ociera i za trzecim razem w końcu staje na olimpijskim podium - mówi Weronika. Sprint w sobotę o godz. 12.15, relacja na żywo w Sport.pl
Weronika Nowakowska Weronika Nowakowska Fot. Szymon Sikora / PZBiath

Łukasz Jachimiak: Igrzyska jeszcze się dla Pani nie zaczęły, ale chyba już ma Pani za sobą to, co najtrudniejsze - wyjazd z domu oznaczający najdłuższą rozłąkę z półtorarocznymi bliźniakami?

Weronika Nowakowska: Dzień przed wyjazdem był bardzo trudny, bo i pakowałam torby, i próbowałam jak najlepiej, jak najaktywniej spędzić czas z dziećmi. A później przyszedł jeszcze trudniejszy poranek, kiedy trzeba było opuścić dom. Ale wiedziałam, że tak będzie, więc staram się nie marudzić, tylko widzieć cel, który mam przed sobą. Oczywiście jestem rozdarta, tęsknię za dziećmi, często mnie nie ma i wiem jak to jest na przykład korzystać w domu z łazienki przy otwartych drzwiach, bo jeśli je zamknę, to chłopcy się dobijają. Teraz nasza rozłąka jest bardzo długa, najdłuższa, nie będziemy się widzieli od 1 do 26 lutego.

Jak bardzo Pani wierzy, że warto? Pytam wprost, bo sama Pani mówi, że wróciła po urodzeniu dzieci po to, żeby spróbować zdobyć olimpijski medal.

- Jeżeli byłam piąta na igrzyskach olimpijskich w Vancouver i szósta w Soczi, to co mogę mówić? Że chcę powtórzyć te wyniki? Chcę się poprawić, taka jest idea sportu. Moje marzenie o medalu olimpijskim jest realne do spełnienia. I indywidualnie, i w drużynie. Ostatnia sztafeta w Pucharze Świata pokazała, że stać nas na to. Do zwyciężczyń, Niemek, straciłyśmy zaledwie 24,5 sekundy, do podium brakowało nam dwóch długości nart [7,3 s straty do trzecich Szwedek].

Indywidualnie najlepiej czuje się Pani w sprincie, czyli dużych emocji możemy się spodziewać już w pierwszym starcie, w sobotę?

- Tak, najbardziej lubię dystans sprinterski. Ale nie wykluczam możliwości powalczenia o medal w innych konkurencjach. Sprint akurat jest pierwszy na tych igrzyskach, co nie do końca mi odpowiada. Chcę się dobrze nastawić, dlatego nie myślę "albo sprint, albo nic". Wierzę, że jak biathlonista jest dobrze przygotowany, to świetne lokaty może wywalczyć w każdym starcie.

Dlaczego wolałaby Pani na początek taką konkurencję, w której Pani szanse są teoretycznie mniejsze niż w sprincie? Chodzi o potrzebę oswojenia się z trasą, ze strzelnicą, o uspokojenie nerwów?

- O wszystko, a zwłaszcza o przyzwyczajenie się do mrozu. W Europie w tym sezonie jest bardzo ciepło, mrozy po 15 stopni to lekki szok dla organizmu. Do tego starty będą wieczorami, więc biorytm trochę inaczej pracuje. Dlatego wolałabym mieć sprint później, kiedy już się w pełni przyzwyczaję do wszystkiego. Sprint jest nie tylko moją ulubioną konkurencją, ale też najważniejszą, bo ma wpływ również na bieg pościgowy, a te dwa starty są superważne w kontekście zbierania punktów uprawniających do startu w biegu masowym. Ale nie mówię, że jeżeli nie uda się zdobyć medalu w sprincie, to później już będzie to niemożliwe.

Pierwszy start 10 lutego, a 2 lutego mieliście lot do Pjongczangu. Wszystko było dokładnie wyliczone, żeby aklimatyzacja przebiegła jak najlepiej?

- Liczyliśmy, że będziemy mieli siedem pełnych dni na miejscu przed pierwszym startem. Wystarczająco dużo. Zwłaszcza że starty są zaplanowane na wieczory, a my postanowiliśmy, że nie będziemy się do końca przestawiać na lokalny czas. Uznaliśmy, że najlepiej będzie jeść śniadania około godziny 11-12. Gdybyśmy się chcieli całkowicie przestawić na czas koreański, to o godzinie 21 musielibyśmy gonić zmęczony organizm, cały dzień funkcjonujący w stresie, spalający energię. Późniejsze wstawanie pozwala trochę oszukać biorytm, organizm będzie działał jakby startował o godzinie 17, a nie 21. A 17 to jeszcze w miarę normalna pora, żeby się wysilić.

Jak się Pani podobają trasy w Korei? W Soczi były dla Was bardzo trudne, te chyba też są wymagające?

- Jeżeli chodzi o samą konfigurację, to jest podobnie jak w Soczi. Najlepiej dla mnie było w Vancouver, tam się wspaniale czułam. Soczi się bałam, mówiłam, że trasa nie pode mnie, a jednak byłam w stanie wywalczyć szóste miejsce z rundą karną. Gdyby nie ta runda, byłby medal. Skoro tam się dało, to i w Pjongczangu się da, bo dobrze przygotowany zawodnik powinien sobie poradzić wszędzie.

Nauczyła się Pani trochę języka koreańskiego, czy nadal wygląda to jak na filmiku Polskiego Komitetu Olimpijskiego?

- Ha, ha. Raczej ciągle jestem na tym etapie. Jestem fanką nauki języków obcych, ale w przypadku koreańskiego mogę nauczyć się najwyżej kilku najważniejszych słów. "Proszę", "dziękuję", "przepraszam", "gratulacje".

Te gratulacje to chyba ma Pani raczej odbierać niż składać innym?

- Mam taką nadzieję.

Część Waszych startów, jak choćby ten pierwszy, zaplanowano na te same dni, co konkursy skoków narciarskich. To dobrze, że możecie się trochę schować w cieniu naszych głównych kandydatów do medali?

- Polska żyje skokami i nie ma co się dziwić, bo chłopcy od wielu lat prezentują wspaniały poziom. Oczywiście wszystko zaczęło się od wielkiego Adama Małysza, teraz już bardzo długo świetnie się prezentuje Kamil, świetna jest drużyna, więc to nic dziwnego, że Polacy czekają szczególnie na skoki i w nich liczą na krążki. Fani biathlonu będą nas oglądać na pewno, ale z mediami czasami jest tak, że wolą informować nawet o nieudanych startach skoczkach niż o naszych udanych. Jednak to są igrzyska, impreza na tyle szczególna, że nam Waszej uwagi też nie zabraknie.

Na skoki w sobotę na pewno się Pani nie wybierze, ale generalnie ma Pani plan coś zobaczyć, komuś pokibicować, czy jest pełne skupienie tylko na biathlonie, na swoich startach?

- Na igrzyskach byłam już dwa razy, w Vancouver nie widziałam na żywo niczego, żadnej konkurencji. W Soczi długo się wahałam, ale w końcu pojechałam na skoki narciarskie i zobaczyłam z trybun pierwsze złoto Kamila Stocha. Było super. Ale czy teraz coś zobaczę? Mam określony cel, nie sądzę, żebym miała wiele czasu na chodzenie po różnych arenach, choć takie oglądanie igrzysk na pewno byłoby wspaniałym doświadczeniem. Ale kibicować na pewno będę wszystkim naszym olimpijczykom. Całym sercem. Igrzyska są wyjątkowe, my w środku ekipy czujemy biało-czerwony klimat, wszyscy się nawzajem wspieramy, obserwujemy kto danego dnia biegnie, skacze, kto startuje. Jest wyczekiwanie na pierwsze medale, na pierwsze miejsca w "10", jest wspólna radość. Na to się czeka, trzyma się kciuki za kolegów i koleżanki. Tu na pewno też tak będzie. A może w końcu jakieś zawody zobaczę, bo wioska olimpijska jest bardzo blisko obiektów sportowych, czyli jest większa szansa, żeby gdzieś chociaż na chwilę pójść i komuś z naszych pokibicować na żywo.

Nie jest Pani debiutantką, a na zimowych igrzyskach pewnie nie ma tak niedostępnych gwiazd, jakimi na letnich są np. koszykarze NBA, ale może ma Pani nadzieję spotkać kogoś konkretnego w wiosce, spróbować porozmawiać albo zrobić sobie wspólne zdjęcie?

- Faktycznie większość wielkich sportowców już miałam okazję widzieć, rozmawiać z nimi, wziąć sobie autograf, jeśli od kogoś chciałam.

Od kogo Pani wzięła?

- Na przykład od naszych, polskich olimpijczyków. W Vancouver byłam olimpijką po raz pierwszy, pojechałam tam jako wielka fanka Adama Małysza i Justyny Kowalczyk. To była dla mnie wielka rzecz, że razem jesteśmy w olimpijskiej kadrze. A kiedy Adam zdobył srebro, chwilkę porozmawialiśmy i mogłam obejrzeć medal, to było to dla mnie wielkie, naprawdę wielkie wyróżnienie. Teraz na pewno będzie mnie ciekawiła reprezentacja zjazdowa, bo jej nie miałam okazji się poprzyglądać, a oni są dla mnie w pewien sposób wyjątkowi.

"Reprezentacja zjazdowa"? Brzmi jakby Pani mówiła o polskich alpejczykach, ale chyba nie o nich chodzi?

- Raczej miałam na myśli światowe gwiazdy. Shiffner, Hirschera, ludzi wygrywających seryjnie.

Wróćmy do Pani pierwszych igrzysk. Po piątym miejscu w biegu indywidualnym w Vancouver na stwierdzenie "Gdyby nie to jedno pudło, byłby srebrny medal", odpowiedziała Pani: "A gdybym spudłowała jeszcze trzy razy, zajęłabym 64. miejsce. Biathlon to idealny sport do mówienia gdyby". Rozumiem zdenerwowanie tuż po biegu, ale czy myśl "gdyby" nie przychodziła Pani do głowy w następnych latach kariery?

- Powiem panu zupełnie szczerze: jeżeli będziemy rozmawiać za dwa czy trzy tygodnie i ja będę miała krążek z igrzysk olimpijskich w kieszeni czy w swojej gablotce, to być może powtórzę tamte słowa. Natomiast jeżeli w Pjongczangu, na moich ostatnich igrzyskach, nie uda się tego osiągnąć, to na pewno będę miała poczucie, że dwa razy - bo później jeszcze i w Soczi - byłam szalenie blisko, ale nie wykorzystałam szansy. Natomiast w dalszym ciągu uważam, że piąte miejsce w Vancouver było dobrym wynikiem jak na jedną z młodszych zawodniczek naszej olimpijskiej kadry, jak na debiutantkę. Wtedy to był sukces. Ale gdyby to był medal, dzisiaj byłaby inna perspektywa. Tylko że jeśli zdobędę ten krążek w Pjongczangu, to myślę, że to będzie najpiękniejsza historia, bo nie można sobie wymarzyć lepszej niż taka, że ktoś dwa razy się ociera i za trzecim razem w końcu zdobywa ten medal. Mam nadzieję, że za dwa-trzy tygodnie będę mogła Panu radośnie opowiadać, jak doszło do tego, że w końcu ten medal zdobyłam.

O jeden strzał w Vancouver, o jeden strzał w Soczi, ale w styczniu w Oberhofie Pani chyba żartowała, mówiąc, że po raz pierwszy w karierze strzeliła Pani na czysto? Pamiętam, że choćby na MŚ w Kontiolahti w 2015 roku miała Pani srebro w sprincie bez błędów na strzelnicy.

- To nie był żart. Faktycznie w Kontiolahti strzelałam na czysto, ale proszę sobie wyobrazić, że przy czterokrotnym strzelaniu ja nigdy w życiu nie strzeliłam na zero. Zawsze gdzieś tam jedną-dwie kary złapałam. I to zawsze mnie przesuwało poza podium. Co tu dużo mówić, gdybym w swojej karierze częściej strzelała na czysto, tak jak w Kontiolahti, to medali miałabym na koncie znacznie więcej. W Pjongczangu na pewno potrzebuję bezbłędnego strzelania, żeby myśleć poważnie o krążku.

Przed tym sezonem trenowała Pani strzelanie dużo więcej, zupełnie inaczej?

- Inaczej. Nie powiedziałabym, że poświęciłam więcej godzin treningowych, natomiast trochę zmieniły się jakość i styl treningu strzeleckiego. Za sprawą nowego szkoleniowca bardzo dużo strzelań wykonywałyśmy w stresowych warunkach, mini mass starty robiłyśmy, żeby cały czas być w emocjach. Strzelanie na zawodach to połączenie umiejętności strzeleckich z chłodną głową. Emocje zabierały mi medale na różnych imprezach, wierzę w to, że dzisiaj jestem silniejsza, bardziej doświadczona, bardziej opanowana, że lepiej potrafię zapanować nad stresem. Mam nadzieję, że to pozwoli mi wykonać bezbłędne strzelania w Pjongczangu.

Wytrzyma Pani ostatnie strzelanie, wiedząc, że jest szansa na medal? Czegoś takiego w warunkach treningowych jednak nie da się zainscenizować.

- Oczywiście nie da się tego wytrenować w stu procentach, ale sam fakt, że na treningu przybiegam na strzelanie nie sama, tylko w towarzystwie czterech-pięciu koleżanek jest bardzo pomocny. Jedne strzelają szybciej, inne wolniej, jest trochę hałasu, to wszystko powoduje, że głowa się adaptuje do stresowych warunków.

Czyli ze strzelaniem może być tak dobrze, jak jeszcze nie było, a jak jest z Pani formą biegową po ostatniej mocnej pracy wykonanej trzy tygodnie przed igrzyskami na zgrupowaniu w Ruhpolding?

- Zgrupowanie było trudne, byłam bardzo zmęczona po powrocie do domu, jeszcze jadąc do Korei czułam, że nie mam tej świeżości, jaką chciałabym czuć. Ale czasu w Pjongczangu jest wystarczająco dużo, żeby wykonać kilka treningów tempowych i poświęcić się regeneracji. Te ostatnie, drobne szlify przed startami powinny dać to, co trzeba.

Jest Pani spokojna, nie myśli Pani, że może gdzieś uciekła i nie wróci forma, która na początku stycznia w Oberhofie pozwoliła zająć szóste miejsce w sprincie i czwarte w biegu pościgowym?

- Obawy zawsze są, to naturalne, że się człowiek zastanawia czy coś nie uciekło przez te tygodnie. Ale staram się nie stresować dodatkowo, bo wiem, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby się przygotować jak najlepiej. Staram się ze spokojem podejść do pierwszych startów. Na pewno sprint będzie odpowiedzią na część pytań, ale - jak już powiedziałam - biegów będę miała dużo i w każdym będę się starała wypaść jak najlepiej.

Zaczynaliśmy od pytania o dzieci, to na koniec proszę powiedzieć czy w sobotę przed startem będzie Pani miała z nimi wideorozmowę, czy to jednak mogłoby Panią za bardzo rozmiękczyć?

- Kontaktujemy się codziennie, bez względu na to czy mam starty, czy nie, ale w dni startowe zazwyczaj kontaktuję się z dziećmi na krótko albo tylko dostaję wiadomości wideo od mamy albo od mojego Szymona. Na pewno nie będzie żadnych wielogodzinnych rozmów, bo to by faktycznie rozmiękczyło, a tego mi nie trzeba.

Starty Polek na igrzyskach w Pjongczangu:

10 lutego, godzina 12.15 - sprint na 7,5 km

12 lutego, godzina 11.10 - bieg pościgowy na 10 km

14 lutego, godzina 12.05 - bieg indywidualny na 15 km

17 lutego, godzina 12.15 - bieg masowy na 12,5 km

22 lutego, godzina 12.15 - sztafeta 4x6 km

Transmisje w Eurosporcie i TVP, relacje na żywo w Sport.pl