Starcie kolosów. Czy Chelsea zatrzyma Barcelonę

Barcelona urzeka cały świat, ale w Lidze Mistrzów swoją prawdziwą wartość poznajesz dopiero wtedy, gdy wpadasz na przeciwnika z Anglii. Dziś w półfinale piłkarze z Katalonii zmierzą się z Chelsea. Początek meczu o 20.45. Relacja Z czuba i na żywo na Sport.pl

Od czasów Realu Madryt obwołanego ze względu na liczbę megagwiazd "galaktycznym", nie było drużyny, która wywoływałaby tak zgodny zachwyt.

Lider ligi hiszpańskiej nokautuje rywali zwłaszcza na swoim stadionie, blisko stutysięcznym Camp Nou. I to niezależnie od ich klasy. W poprzednich rundach LM odprawił mistrza Niemiec Bayern Monachium (4:0) i mistrza Francji Olympique Lyon (5:2), w kraju rozjechał Sevillę (4:0), Malagę (6:0), Numancię (4:1), Deportivo La Corunię (5:0), Valencię (4:0), Valladolid (6:0), Almerię (5:0), Atletico Madryt (6:1). Wygrana 4:0 nad naszą Wisłą, od której Barcelona rozpoczęła sezon, wygląda dziś na całkiem przyzwoity wynik krakowian. Chelsea - Barcelona to starcie lisa Hiddinka z niedoświadczonym Guardiolą

Niemal wszystkie zwycięstwa mogły mieć jeszcze bardziej imponujące rozmiary. Gwiazdy debiutującego w roli trenera Josepa Guardioli większość goli strzelają do przerwy, potem - na szczęście dla otumanionych przeciwników - zwalniają. Na własnym boisku nie wyglądają na ludzi, którzy porywają się na krańcowy wysiłek, żeby okazać się lepszymi w starciu z innymi atletami. Przeciwnie, świetnie się bawią, czarują od niechcenia, czasem trudno przypuścić, że w ogóle się spocili.

Pomyślne czasy dla małych ludzi

Długa lista ich ofiar ma jeden feler. Nie znajdziemy na niej drużyn angielskich, o których nie można napisać, że nie przegrywają w Lidze Mistrzów z nikim z jednego tylko względu - przegrywają z innymi drużynami angielskimi. Odczuła to również Barcelona - zeszłej wiosny wyeliminował ją Manchester United. I niełatwo byłoby znaleźć drugiego przeciwnika, któremu Katalończycy przez 180 minut gry nie zdołali strzelić gola.

Pod koniec maja miną dwa lata od dnia, w którym po raz ostatni Europa nie dała się pobić wyspiarzom. Milan pokonał wówczas w finale Liverpool.

Bieżący sezon jest kalką poprzedniego. Wyspiarze rozbijają się po boiskach całego kontynentu, do półfinałów dopuścili tylko Barcę. Przekonali się o ich sile również Hiszpanie. W 1/8 finału Real, w krajowej lidze śrubujący serię wszech czasów (wygrał 17 z 18 ostatnich meczów), został wprost zmiażdżony przez Liverpool.

Teraz na Camp Nou przylatuje Chelsea, czyli najmocniej tęskniący za europejskim triumfem spośród wyspiarskich kolosów. Roman Abramowicz pompował w klub setki milionów funtów głównie w celu wygrania Ligi Mistrzów. Jego gwiazdy - oraz mentalni przywódcy: John Terry, Frank Lampard i Didier Drogba - chorują na to samo trofeum. Mistrzostwo Anglii zdobyli dwukrotnie, prymat na kontynencie wciąż im się wymyka. Rok temu przegrali finał po rzutach karnych.

Dziś trafiają na drużynę uchodzącą za twór doskonały, niewiele goli tracący i zatrzęsienie strzelający. Rezerwowy rozgrywający londyńczyków, ściągnięty z Barcelony Deco zdołał wypatrzyć u byłych kolegów tylko jedną wadę. Wskazał na ich mierny wzrost i przypomniał, że Chelsea umie zdobywać bramki z powietrza. Tak rozbroiła zresztą w ćwierćfinale Liverpool - dwa razy głową piłkę do siatki wepchnął serbski obrońca Branko Ivanović.

Katalończycy rzeczywiście ledwie odrośli od ziemi, kilku z kluczowych graczy uzbierało trochę mniej lub trochę więcej niż 170 cm od stóp do głów. Deco zapomniał jednak, że w piłce nastały pomyślne czasy dla małych ludzi. Wystarczy zerknąć na gabaryty ubiegłorocznych mistrzów Europy Hiszpanów.

Hiddink już wygrał

Tak czy owak, londyńczycy nie będą mieli alternatywy i spróbują przeciwstawić drobnym rywalom siłę Lamparda, Drogby czy Michaela Ballacka. Ufają też przebiegłości Guusa Hiddinka. Holenderski trener w poprzedniej rundzie wspaniale zneutralizował atuty Liverpoolu (np. nakazując swoim skrzydłowym Maloudzie i Kalou blokować bocznych obrońców przeciwnika Arbeloę i Fabio Aurelio), choć było mu o tyle łatwiej, że nie szukał sposobu na grupę składającą się wyłącznie z wirtuozów. Teraz przysięga, że znów doskonale wie, co robić. Opowiada, że w głowie rozegrał już dwa mecze z Barceloną. W obu ponoć zwyciężył.

Dziś wystawi najsilniejszy skład, z jednym tylko defektem - zdyskwalifikowanego lewego obrońcę Ashleya Cole'a zastąpi prawy obrońca Jose Bosingwa. To kluczowy rejon boiska, tam biega Leo Messi - główny pretendent do tegorocznej nagrody dla najlepszego piłkarza na świecie. Fenomen Barcelony polega jednak na tym, że nawet nieobecność największej gwiazdy niekoniecznie znacząco obniża moc jej ofensywy. Sevillę, bądź co bądź trzecią drużynę ligi hiszpańskiej, stłukli w środę Katalończycy bez Argentyńczyka. Zastępujący go Andres Iniesta zagrał tak, jakby i on przymierzał się do nagród dla najlepszych.

Niepokój w Katalonii wywołał dopiero sobotni, wyjazdowy remis z Valencią. Remis ocalony pięć minut przed końcem, blisko sąsiadujący z porażką. Niepokój jest uzasadniony, bo Barcelonę czeka teraz seria najcięższych wyzwań w stężeniu na granicy ludzkiej wytrzymałości - w sobotę jedzie do Madrytu na szlagier z Realem, w środę leci na rewanż z Chelsea, po czym podejmuje w lidze arcymocny Villarreal. Okrucieństwo futbolu polega na tym, że nawet drużyna zjawiskowa, która pojawia się raz czy dwa na dekadę, może w kilkanaście minut zaprzepaścić dorobek całego niesamowitego sezonu.

Guus Hiddink: W głowie dwa razy grałem już z Barceloną. I wygrałem czytaj tutaj ?

Więcej o: