Być może to nie Kacper Tomasiak jest największym wygranym igrzysk w Mediolanie i Cortinie, ale prezes PZN Adam Małysz i trener reprezentacji skoczków Maciej Maciusiak. Nastolatkowi nikt nie powiedziałby złego słowa, gdyby wyjechał z Włoch bez medalu.
Stwierdzenie Adama Małysza przed telewizyjnymi kamerami, że musi się "opić" z trenerem kadry, oddaje skalę euforii i ulgi, które przeżywa prezes Polskiego Związku Narciarskiego, po tym, co wydarzyło się na skoczniach w Predazzo. Trzy medale olimpijskie, wywalczone niespodziewanie przez Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska, zamieniły ekipę polskich skoczków w największych wygranych tych igrzysk.
Hat-trick medalowy Nikaido i Tomasiaka
Oczywiście reprezentanci Słowenii, Norwegii i Japonii częściej stawali na podium na skoczniach w Predazzo niż Polacy, ale w przypadku pierwszych i drugich na lwią część sukcesu zapracowały kobiety. Norweżka Anna Odin Stroem i Słowenka Nika Prevc – każda z nich zdobyła po trzy medale. Wśród mężczyzn takimi gigantami okazali się tylko Japończyk Ren Nikaido i nastolatek z Polski Kacper Tomasiak.
Tomasiak zostanie zapamiętany jako największe objawienie tych igrzysk. Po Irenie Szewińskiej, Otylii Jędrzejczak i Justynie Kowalczyk jest dopiero czwartym polskim sportowcem, który na jednych igrzyskach trzykrotnie stawał na podium.
Nikaido to skoczek dojrzały, jest trzeci w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Do Predazzo przyjechał jako jeden z głównych faworytów, obok Słoweńca Domena Prevca. Tomasiak mógł wszystko, ale nie musiał niczego. Gdyby w konkursach indywidualnych w Predazzo wywalczył na przykład dwa dziesiąte miejsca, wszyscy poklepaliby go po plecach. To i tak byłby świetny wynik, jak na nastoletniego debiutanta. Zwiastujący wielką przyszłość. Tomasiak wolał być jednak teraźniejszością niż przyszłością. W sporcie to odróżnia wybitnych od dobrych.
Wyobraźmy sobie jednak, że Tomasiak wstrzymałby się z eksplozją talentu. Rozczarowaniem, frustracją, poczuciem porażki, poniesionej na skoczniach w Predazzo duża część kibiców obciążyłaby Maciusiaka i Małysza. To z pewnością nie Tomasiak odpowiada za stan polskich skoków.
Nie trzeba szukać winnych
Skłonni do poszukiwania winnych fani uważają, że za porażkami kryją się konkretne imiona i nazwiska. Z pewnością zadaliby pytanie: co robili prezes PZN i trener kadry, aby ich uniknąć? Dzisiaj nikt takich pytań stawiać sobie nie musi. Wydaje się oczywiste, że Maciusiak i Małysz musieli pomóc kadrze skoczków w osiągnięciu sukcesu na najważniejszej imprezie ostatnich czterech lat.
Już po drugim miejscu Tomasiaka w konkursie na skoczni normalnej, trener kadry przyznał, że od dawna jest ofiarą ataku hejterów. – Nie biorę sobie tego do serca, piszą to ludzie sfrustrowani, którzy sami niczego w życiu nie osiągnęli – powiedział. To chyba najostrzejsza wypowiedź, jaka padła z ust stonowanego z natury Maciusiaka.
W 2022 roku, gdy Małysz zastanawiał się nad kandydowaniem na prezesa PZN, jego rodzina była przeciwna. Żona z córką odradzały mu stanowczo, kryzys w polskich skokach właśnie się zaczynał. Zimą 2023 roku Piotr Żyła obronił w Planicy tytuł mistrza świata na skoczni normalnej, dla Dawida Kubackiego to był ostatni wielki sezon. Potem nastały trzy edycje Pucharu Świata, w których polscy skoczkowie stawali na podium ledwie cztery razy. Małysz musiał słuchać, że skoczkiem był co prawda wielkim, ale prezesem jest kiepskim. Szef PKOl Radosław Piesiewicz rzucił mu to w twarz tuż przed igrzyskami.
Olimpijski sukces Tomasiaka i Wąska daje Małyszowi i Maciusiakowi chwilę wytchnienia. Przez jakiś czas będą mogli pracować w spokoju. Oczywiście presja w sporcie jest nieustanna, nawet mistrzowie muszą potwierdzać pozycję w kolejnych zawodach. Za 10 dni Maciusiak zabierze swoich skoczków na Puchar Świata w austriackim Bad Mitterndorf. Jeśli nawet Tomasiak nie weźmie udziału w zawodach na mamucie Kulm, wróci do rywalizacji w Lahti (6-8 marca). Ten weekend skończy rywalizacja duetów, która w olimpijski poniedziałek w Predazzo była dla Polski tak cudownie szczęśliwa.