Śląsk Wrocław otrzymał w styczniu 30 mln z od miasta, które od lat utrzymuje klub przy życiu. Jeden z wrocławskich dziennikarzy oskarżył jednego z piłkarzy Śląska o brak ambicji, bo nie chce zrezygnować z pieniędzy, które mu się należą. To jednak pokazuje, jak dużą patologią są kluby utrzymywane przez miasta - pisze Aleksander Bernard ze Sport.pl.
Śląsk Wrocław to jeden z największych beneficjentów, jeśli chodzi o wsparcie ze środków publicznych. W styczniu br. wrocławscy radni przyznali klubowi 30 mln zł na dalsze funkcjonowanie, a od 2018 r., czyli początku kadencji Jacka Sutryka w roli prezydenta Wrocławia, do klubu trafiło 170 mln zł.
By zaoszczędzić jeszcze więcej, Śląsk zrezygnował z prowadzenia sekcji kobiecej i przyciął koszty w akademii. Nie było też pieniędzy na zorganizowanie zimowego zgrupowania za granicą, więc zespół Ante Simundzy przygotowywał się do drugiej części sezonu na swoich obiektach.
"Śląsk Wrocław wciąż jest jednym z najgorzej zarządzanych klubów w Polsce, który żyje tylko dzięki pieniądzom z miasta. W obecnym układzie nigdy nie będzie normalnym klubem. Śląsk to ucieleśnienie patologii, która trwa od lat" - pisał Konrad Ferszter na Sport.pl w styczniu.
Jeśli wierzyć danym zebranym przez analityka Karola Michalaka, więcej pieniędzy publicznych w Polsce od Śląska w latach 2018-2024 otrzymał tylko Chrobry Głogów.
W połowie lutego Śląsk znów rozwścieczył opinię publiczną, kiedy w odpowiedzi na pismo stowarzyszenia Sieć Obywatelska Watchdog Polska poinformował, jakie miesięczne pensje (brutto) otrzymują piłkarze i sztab szkoleniowy. W grudniu 2025 r. Śląsk miał wydać blisko dwa mln złotych na wynagrodzenia.
Największe wymienione kwoty to 133 tys., 123 tys. i 99 tys., które mają miesięcznie trafiać do trenera Ante Simundzy, a także do Petra Schwarza i Piotra Samca-Talara. Tak duże pensje w I lidze, zwłaszcza w klubie, który nie jest prywatny, można nazwać patologią.
Piłkarz kontra dziennikarz. Populizm ponad rozsądek
Jednym z piłkarzy Śląska, któremu oberwało się publicznie za to, ile zarabia, jest Miłosz Kozak, który trafił do klubu w sierpniu zeszłego roku z Ruchu Chorzów. Kozak zagrał 15 meczów, a potem został zesłany do drużyny rezerw i dostał zielone światło na znalezienie nowego pracodawcy. Marcin Torz, dziennikarz Ujawniamy.com, podał na portalu X, że Kozak zarabia ponad 60 tys. zł miesięcznie.
Jego kontrakt ze Śląskiem jest ważny do czerwca 2027 r. i jest w nim zawarta opcja przedłużenia o dodatkowy rok, jeśli Śląsk w tym czasie awansuje do Ekstraklasy. Internauci już wyliczyli, że Kozak zarobi niemal milion złotych brutto, jeśli wypełni kontrakt do końca. Torz podał, że Śląsk przedstawił piłkarzowi ofertę rozwiązania umowy - zaproponował wypłatę kilku miesięcznych pensji.
Kozak odniósł się do tych plotek w oświadczeniu. W pierwotnej wersji napisał, że "do dnia dzisiejszego nie padła żadna konkretna propozycja rozwiązania umowy", a podawane informacje są niezgodne z prawdą. W drugiej wersji oświadczenia zniknął akapit ze wspomnianą propozycją, a Torz stwierdził, że "piłkarz kłamie tak samo, jak gra" i czeka na pozew.
Jeżeli kogoś w tej sytuacji należy winić, to tylko władze Śląska, które dały Kozakowi tak wysoki kontrakt. Piłkarz w niczym tu nie zawinił. Warto zaznaczyć, że osoby, które podpisywały kontrakt z Kozakiem - przede wszystkim dyrektor sportowy Dariusz Sztylka - już w Śląsku nie pracują.
Moim zdaniem krytyka piłkarza, wieszczenie "końca jego kariery", bo nie przyjął propozycji klubu, która dla niego oznaczałaby ogromną finansową stratę, to zwykły populizm. Łatwo rozporządza się cudzymi pieniędzmi i pisze, jak piłkarz powinien się zachować w danej sytuacji.
Jeszcze przed wydaniem oświadczenia próbowałem się skontaktować z Kozakiem, by zapytać o jego punkt widzenia. Odpowiedzi jednak nie otrzymałem.
Jeżeli Kozak wypełni kontrakt ze Śląskiem, później raczej jeszcze będzie grał w piłkę - w momencie wygaśnięcia kontraktu będzie miał 30 lat. Może nikt mu już tyle nie zapłaci, ale po epizodzie we Wrocławiu raczej będzie ustawiony na długie lata.
Miejskie kluby to patologia. Sprawą zajęła się prokuratura
Przykład Kozaka i całego Śląska Wrocław przypomina, jaką patologią w naszym kraju jest fakt, że tak wiele klubów dostaje miejskie "kroplówki". Śląsk nie jest jedyny, wystarczy wymienić takie drużyny jak Chrobry Głogów, Wisła Płock, Piast Gliwice, GKS Katowice i Ruch Chorzów. A to tylko kilka z wielu przykładów.
Zobacz też: Gwiazdor trafił do Feyenoordu i od razu zobaczył Modera. Takie słowa o Polaku
Na tym procederze cierpią podatnicy, a niekiedy konkursy na dotacje są rozpisane w taki sposób, by mógł zgłosić się tylko jeden klub. Tak było chociażby w Chorzowie. Zwykle dzieje się tak pod hasłem "promocji miasta i regionu poprzez sport".
Pozostając przy Ruchu - sprawą zainteresowała się Prokuratura Okręgowa w Katowicach, która postawiła zarzuty "niekorzystnego rozporządzania mieniem". W przypadku wyroków skazujących w tej sprawie być może doczekamy się zmian w finansowaniu klubów przez samorządy.
Nie zapowiada się, by Śląsk przejął prywatny właściciel. Przez ostatnie tygodnie pojawiały się pogłoski, że Mariusz Iwański, przedsiębiorca z branży nowych technologii mieszkający w Monako, może wykupić większościowy pakiet akcji, ale ostatecznie jego oferta nie została przyjęta z powodu "nieprzedłożenia gwarancji finansowych" i "braku zgody na sankcyjny wykup akcji".
Śląsk musi teraz przede wszystkim wyjść ze sportowego dołka, którym niewątpliwie jest seria siedmiu ligowych meczów bez zwycięstwa. Wrocławianie w I lidze zajmuje dziewiąte miejsce z 31 punktami i tracą pięć do Wieczystej Kraków, znajdującej się na drugim miejscu, ostatnim dającym bezpośredni awans do Ekstraklasy.