Opinia

Klamka zapadła, Wrocław okrył się hańbą. 170 milionów złotych w błoto

Konrad Ferszter
Śląsk Wrocław wciąż jest jednym z najgorzej zarządzanych klubów w Polsce, który żyje tylko dzięki pieniądzom z miasta. W czwartek wrocławscy radni przegłosowali kolejny przelew dla klubu, który kilkukrotnie przewyższa roczne budżety jego ligowych rywali. Patologia na Dolnym Śląsku trwa w najlepsze.
Jacek Sutryk
Fot. Krzysztof Zatycki / Agencja Wyborcza.pl /

W czwartek po południu Wrocław, decyzją rady miasta, przyznał Śląskowi 30 mln złotych. To kolejna miejska dotacja dla klubu, który od listopada otrzymał od miasta 45 mln złotych. Jak wyliczyła wrocławska "Wyborcza", od początku kadencji prezydenta Jacka Sutryka magistrat przekazał klubowi już 170 mln złotych! Śląsk, którego właścicielem jest miasto, od lat może liczyć na pieniądze, o których większość polskich klubów może tylko pomarzyć.

Zobacz wideo Mocne spięcie na linii Kosecki-Skorża. "Ty się, k***a, to przedszkola nadajesz!"

"Cel jest jeden: awans do ekstraklasy w tym sezonie. Śląsk musi tam być, jeśli ma być normalnym klubem" - napisał dziennikarz Marcin Torz na portalu X. Problem w tym, że w obecnym układzie Śląsk nigdy nie będzie normalnym klubem. Śląsk to ucieleśnienie patologii, która trwa od lat.

Wrocławska patologia

Na początku wyjaśnijmy, o jakiej rywalizacji i pieniądzach rozmawiamy. Śląsk, który po rundzie jesiennej I ligi zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli, potrzebuje 30 mln złotych, by rywalizować nie tylko z Wisłą Kraków i Wieczystą Kraków, ale też Polonią Bytom, Pogonią Grodzisk Mazowiecki czy Chrobrym Głogów. Ostatnia trójka, która wyprzedza Wrocławian w tabeli, o takich pieniądzach nawet nie śniła. 

- 10 mln złotych to jest budżet dla nas nieosiągalny i dużo do niego nam brakuje - w rozmowie ze "Sportem" mówił dyrektor sportowy Polonii Tomasz Stefankiewicz. Nie znamy dokładnych budżetów pierwszoligowców, ale w podobnych warunkach finansowych funkcjonować musi Chrobry, którego budżet trzy lata temu oscylował w okolicy 5-6 mln złotych. W najtrudniejszej sytuacji jest Pogoń, która sama przedstawiała się jako najbiedniejszy klub I ligi i opisywała, że finansowo wciąż jest bardziej na poziomie III ligi, w której grała jeszcze dwa lata temu.

Teoretycznie, w sytuacji, gdy jeden klub z dnia na dzień otrzymuje od miasta pieniądze kilka razy większe niż całoroczny budżet przeciwników, nie powinno być tu mowy o wyrównanej sportowej rywalizacji. Ale na szczęście to tylko teoria. Na szczęście dla biedniejszych, bo dla Śląska to kompromitacja i powód do wstydu. Wrocławianie, którzy w minionym roku spadli z Ekstraklasy, należą bowiem do najgorzej zarządzanych klubów w Polsce. Na szczeblu centralnym trudno o podobną patologię.

Jak wynika z raportu Finansowa Ekstraklasa przygotowanego przez ekspercką firmę Grant Thornton, Śląsk w poprzednim sezonie wyleciał z najwyższej klasy rozgrywkowej, mimo że na pierwszą drużynę wydał 27,8 mln złotych. Był to siódmy najwyższy budżet płacowy w lidze, a Wrocławian wyprzedziły tylko Legia Warszawa, Lech Poznań, Raków Częstochowa, Zagłębie Lubin, Jagiellonia Białystok i Pogoń Szczecin.

Liczby wyglądają jeszcze gorzej, gdy spojrzymy na udział wynagrodzeń w przychodach klubu. W przypadku Śląska było to aż 75 proc. Z klubów grających wtedy w Ekstraklasie gorzej wypadły jedynie Radomiak Radom, Zagłębie Lubin i Puszcza Niepołomice, która tak samo jak Wrocławianie spadła do I ligi. Jak dobrze zarządzać klubem pokazała Jagiellonia, której wynagrodzenia stanowiły tylko 37 proc. przychodów klubu. Mimo to Białostoczanie poprzedni sezon zakończyli na trzecim miejscu, a rok wcześniej sięgnęli po mistrzostwo Polski.

Mistrzostwo, o które Jagiellonia do końca biła się ze Śląskiem. W tym samym czasie Pogoń Grodzisk Mazowiecki wygrywała swoją grupę w III lidze! Dziś oba kluby rywalizują na jednym poziomie i przed rundą wiosenną nie można jednoznacznie stwierdzić, że to Śląsk jest faworytem w wyścigu o awans do Ekstraklasy.

Sceny jak z filmów Barei

A mimo to radni Wrocławia nie mieli problemu z przyznaniem Śląskowi kolejnych milionów złotych. Z 37 uprawnionych do głosowania, za dotacją dla klubu było aż 27 radnych. Zresztą na czwartkowej radzie miasta działy się rzeczy, które spokojnie mogłyby znaleźć się w filmach Stanisława Barei. 

Nowy prezes Śląska - Remigiusz Jezierski - który funkcję pełni od kilkunastu dni, przedstawił prognozę finansową klubu na najbliższe 12 miesięcy. Wynika z niej, że klub skończy 2026 r. z... 30 mln złotych na minusie. Przypadek? Nie sądzę. "Radni mieli zobaczyć 30 milionów i zobaczyli 30 milionów. Jakby w rachunkach miał wyjść słoń, to by wyświetlono zdjęcie słonia. Nie idźmy w logikę w przypadku Śląska" - napisał na X dziennikarz Michał Zachodny, który od lat przygląda się sytuacji Śląska.

Była to odpowiedź na wpis współwłaściciela i prezesa Wisły Kraków Jarosława Królewskiego, który przyjrzał się wyliczeniom przedstawionym przez Jezierskiego. Wynika z nich, że w tym roku Śląsk wygenerowałby zaledwie 16,6 mln złotych przychodu. "Tam ktoś to pracy w ogóle chodzi? 2 złote dofinansowania na każdą wygenerowaną złotówkę? Nie ma szans by te dane były prawidłowe bo to byłaby absolutna kompromitacja" - napisał Królewski, który ujawnił, że przychód Wisły szacowany jest na 51 mln złotych.

W liczby przedstawione przez Wrocławian rzeczywiście trudno uwierzyć. Raport finansowy I ligi za poprzedni sezon plasowałby Śląsk pod tym względem dopiero na siódmym miejscu. Dla porównania kluby o wiele mniejszym potencjale jak Miedź Legnica i Stal Rzeszów miały odpowiednio przychody 32,65 mln i 26,52 mln złotych! Śląsk otrzymuje kolejne miliony i nawet nie kryje się z tym, że te pieniądze podatników zostaną po prostu przejedzone lub spalone w transferowym piecu.

Niegospodarność Śląska jest porażająca. "Nie licząc niepewnych transferów, Śląsk Wrocław jest w stanie wygenerować w 1. lidze 12.6 mln zł (!) przychodów przy wydatkach na poziomie 46 mln zł. Pokrycie na poziomie 27.4%. 72.6% budżetu to deficyt" - napisał na X Kuba Szlendak, który zajmuje się finansowymi analizami w futbolu.

Nawet zoo wspierało Śląsk

To sedno problemów Śląska. Kiedy miejscy radni przekonują, że kolejne pieniądze mają klubowi pomóc, one tylko ciągną go na dno. We Wrocławiu nie rozwiązują bowiem największych problemów Śląska, które leżą w jego zarządzaniu, tylko zasypują kolejne finansowe dziury wygenerowane przez nierentowny klub. 

Żaden prywatny klub nie mógłby pozwolić sobie na taki komfort, bo gdyby funkcjonował jak Śląsk, w końcu by zbankrutował i upadł. Śląskowi to nie grozi, bo każdą czerwoną rubrykę w excelu pokryje kolejna miejska dotacja. Klub już dawno stał się polityczną zabawką, w którą bez ładu, składu i sensu pompowane są kolejne miliony złotych. I nie trzeba uderzać w populistyczne tony o tym, że pieniądze mogłyby zostać przeznaczone na przykład na szpitale, komunikację, drogi czy edukację, by układ, w jakim funkcjonuje Śląsk i Wrocław oburzał. Niektórzy nawet śmieją się przez łzy, przypominając 13 mln złotych, jakie w 2023 r. trafiło do klubu z miejskiego zoo. 

Warto jednak przypomnieć, że Śląsk to niejedyny klub piłkarski w Polsce w rękach miasta. Tylko w Ekstraklasie w takim samym układzie funkcjonują jeszcze Górnik Zabrze (mowa o rychłej prywatyzacji), Piast Gliwice i Wisła Płock. Gliwiczanie na przyszły rok dostali od miasta 18 mln złotych! To kwota podobna do tej, jaką w poprzednim roku otrzymała od Płocka Wisła. Do tego grona możemy dołożyć Zagłębie Lubin, którego właścicielem jest KGHM, czyli spółka skarbu państwa.

"Kiedy miasto przez lata pompuje miliony w jeden klub sportowy, jednocześnie odmawiając jego sprzedaży, umarzając długi i konwertując pożyczki na akcje, przestaje to być 'właścicielstwo', a zaczyna być systemowym podtrzymywaniem projektu, który bez kroplówki nie oddycha" - na portalu igol.pl napisał Piotr Potępa.

Śląsk żyje tylko dzięki kolejnym kroplówkom. Utrzymywanie pacjenta w takim stanie - nawet jeśli awansuje do Ekstraklasy - nie ma żadnego sensu, bo potrzeby będą tylko rosnąć. Studnia bez dna w końcu musi zostać zamknięta, ale pytanie czy tego samego naprawdę chcą politycy, rozdający bez mrugnięcia okiem pieniądze podatników. Zabranie pieniędzy Śląskowi oznaczałoby jego upadek, a w efekcie dziesiątki, a może nawet setki tysięcy niezadowolonych kibiców-wyborców.

Konrad Ferszter
Więcej o: