Przeklęty los selekcjonera. "Wstydżenadahańbakompromitacja"

Lata 90. były zaprawą i karnawałem piłkarskiego przegrywania. Nikt nie narzekał. Przegrywaliśmy widowiskowo i kuriozalnie. Nikt nie narzekał. Przegrywaliśmy jak zawsze, grając jak nigdy, i nikt nie narzekał. Albo wygrywaliśmy w żenujących okolicznościach i bez znaczenia strategicznego, i nikt nie narzekał. Dobra, przecież wiecie - wszyscy narzekali. I to jak! Jak pięknie narzekali!

Zapraszamy do lektury jednego z tekstów, które tworzą nasz Magazyn.Sport.pl na Euro. Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - trochę o piłce, a trochę wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.
***

Legenda głosi, że gdy rodziła się Reprezentacja Polski w Piłce Nożnej Mężczyzn, nad jej kołyską zgromadziły się wróżki chrzestne z życzeniami sportu i dobrej zabawy. Rodzice maleństwa zapomnieli jednak zaprosić na imprezę delegata PZPN ze Świętokrzyskiego, który wbił nieproszony z furią w oczach, pianą na wąsach i przeklął dziecinę słowami: "Obyś nigdy nie zaznała trwałego szczęścia w harmonijnym związku z trenerem! Oby uciekali od ciebie do średniaków Eredivisie, włóczyli za włosy po barażach, obiecywali złote góry i częste wyjścia z grupy, a przynosili tylko gole ze spalonego, kartki zamiast kwiatów, porażki ze Sri Lanką! By brali serce twoje, brali kibiców sny, a w zamian zostawiali, te łzy, gorące łzy".

Zobacz wideo Lewandowski podszedł do kibiców i się zaczęło! Totalne szaleństwo w Niemczech

Po tych słowach zrobiło się niezręcznie i cicho, mama Reprezentacji z przestraszoną miną zaproponowała wściekłemu delegatowi pełny kieliszek i pęto podwawelskiej na przebłaganie, na co on, nieco udobruchany, rzekł: "No dobrze, raz na tysiąc lat repra będzie miała Kazimierza Górskiego".

Lecz nawet on, nawet wielki Kazimierz Górski, ojciec najjaśniejszych momentów w historii polskiej piłki nożnej, musiał ustąpić przed oporem materii – ani złoty medal olimpijski z 1972 roku, ani wielki sukces na mistrzostwach świata w Niemczech dwa lata później nie przyniosły trwałej poprawy warunków uprawiania sportu – ani w zakresie infrastruktury, ani organizacji (przypomnijmy kłopoty z wyjazdami piłkarzy na Zachód). Jak pisał badacz sportu Jakub Papuczys:

Sukces piłkarzy z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych w warunkach, w jakich został osiągnięty, nie mógł więc mieć żadnych trwałych konsekwencji. Okazał się takim samym mitem, jak złuda chwilowej w gruncie rzeczy poprawy jakości życia, dokonanej przez reformy Gierka. Choć w kontekście piłki nożnej pokazał to ostatecznie rok 1978 i "przegrane" Mistrzostwa Świata w Argentynie, to już Igrzyska w Montrealu były bardzo wyraźnym symptomem powolnego rozpadu.

Górski to wiedział i jeszcze przed igrzyskami w Montrealu w 1976 roku zapowiedział swoje odejście. Wróciliśmy wtedy ze srebrem, w kraju przyjęto to jako oburzającą porażkę.

Kiedy jednak zaproponowano mi napisanie tekstu na powyższy temat, zgodziłem się, niewiele myśląc; po części dlatego, że generalnie niewiele myślę, zgadzając się na propozycje, ale przede wszystkim dlatego, że natychmiast stanęła mi przed oczyma duszy możliwość zacytowania monologu Dariusza Szpakowskiego, a każda okazja, by zamieścić monolog Szpakowskiego, jest dobra. Ale to za chwilę. Drugim powodem mojej ochoczej zgody była możliwość zamieszczenia tego zdjęcia Janusza Wójcika:

Okładka książki Janusza WójcikaOkładka książki Janusza Wójcika Fot. autor

Ech, tylko spójrzcie. "Piękny mężczyzna", powiedziałaby moja babcia. "Taki w sobie i elegancki". I jak on siedzi, dodaję już od siebie, spójrzcie tylko, jak on siedzi. Bo:

"kto ci powiedział,
kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?
kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?"

...pytał Poeta, ale Janusz Wójcik na pewno nie czytał tego wiersza, a jeśli czytał, to na pewno wyśmiał Poetę, a być może nawet nazwał go frajerem. Bo Janusz Wójcik był być może ostatnim w historii selekcjonerem reprezentacji Polski, który czuł się na gorącej ławce jak u siebie w domu. Nie był jednak ostatnim, który siedział w wygodnym fotelu, wyglądając przy tym, jakby czuł się jak u siebie w domu. W fotelu siedział też Jerzy Engel i nie stracił tak zwanego kontenansu, czyli fasonu, nawet pomimo tego, że kabaret OT.TO śpiewał mu przeróbkę "Angie".

Jerzy Engel i kabaret OT.TOJerzy Engel i kabaret OT.TO Fot. YouTube

Ale po kolei, do tego też zaraz dojdziemy.

Kiełbasy w górę!

Zacznijmy zatem od Janusza Wójcika i od roku 1992, od igrzysk w Barcelonie. Z Barcelony pamiętam jedną telewizyjną scenę: widok ludzi ustawiających się tanecznie w kolorowe wielkie koła, filmowane z lotu ptaka. Ogromnie mnie to zafascynowało, ogromnie. "Mamo, co to jest?", zapytałem, a mama odpowiedziała: "To? To jest właśnie olimpiada". No więc nie pamiętam ani brawurowego marszu naszych Orląt przez grupę, ani zwycięstwa z Włochami (tego chyba najbardziej żałuję), ani szóstki z Australią, ani ekstazy i udręki finału. Ale pamiętam opowieści o Barcelonie, pamiętam zdjęcia z Barcelony, młodziutkiego Guardiolę, "Kowala" (którego chwilę później pokocham jako klasowego wesołka Legii), jak leży na murawie w pozycji embrionalnej (później się okazało, że to wcale nie "Kowal" tak leżał, tylko Koźmiński!), plecy Gęsiora trzymającego się za głowę, ale dużo bardziej legendy o dzielnych i wesołych chłopakach z wąsami, którzy w pięknym stylu wywalczyli nam srebro na igrzyskach, gdy wokół panował kryzys, smutek, pan Łazarek i pan Strejlau, pamiętam wielkie zdziwko i ogromną konfuzję, że czemu jest tak źle, skoro jeszcze niedawno było tak dobrze.

Przypomnijmy – bo może słucha nas młodzież, jak to się ładnie mówi – że w tym samym roku, co olimpijskie srebro 1992, było przecież Euro, w którym nie graliśmy, i był to trzeci wielki turniej, na który nie awansowaliśmy – po mistrzostwach Europy 1988 i świata 1990. Dla kibiców przyzwyczajonych do regularnego wychodzenia z grupy na tego typu imprezach (nawet w uznanym za nieudany mundialu w Meksyku udało nam się wyjść z grupy, choć fuksem i strzelając tylko jedną bramkę) było to duże rozczarowanie i zasadniczy WTF, choć z perspektywy nas, mieszkających w jeziorze dzieci lat 80. i 90., to, panie, śmiech na sali, szanuj swoje porażki, bo zawsze mogą przyjść gorsze. Przypomnijmy też, że w 1992 roku wprowadzono zasadę, że w reprezentacji na igrzyska może znaleźć się tylko trzech mężczyzn powyżej 23. roku życia, co chyba jeszcze dodatkowo obniżyło rangę męskiej piłki na igrzyskach letnich (w przeciwieństwie do piłki kobiecej, gdzie jest to druga pod względem prestiżu impreza po mistrzostwach świata), ale nikt się tym specjalnie nie przejmował, kiedy to nasi szli po olimpijskie złoto. Wydawało się, a na pewno mogło się wydawać, że jak cały kraj, tak i piłkę nożną czeka przełom, otwarcie, nowoczesność, a zwłaszcza – zanotujcie to sobie, drogie dzieci, wężykiem, bo to słowo-klucz – NORMALNOŚĆ. Wiecie, "jak na Zachodzie". No, ale tak się nie stało, Wójcik nie został – jeszcze nie wtedy – trenerem dorosłej reprezentacji, wyszkolenie młodzieży rozeszło się po kościach i ogólnie wszystko jakoś siadło.

Jako zmarnowany sukces, spartaczoną szansę na nowy początek w nowej rzeczywistości, przedstawiają przygodę Wójcika i jego podopiecznych twórcy serialu "1992 Wielka gra". Wynik reprezentacji do lat 23 to nie przypadek, nie łut szczęścia, nie ułańska szarża na ostatni gwizdek, ale efekt precyzyjnie zaplanowanego programu, spokojnej, konsekwentnej pracy, nowoczesnych metod szkoleniowych, a przede wszystkim dobrych warunków organizacyjnych i – co najważniejsze – infrastrukturalnych. Jest wprawdzie rozdeptany pepeg ze Stadionu Dziesięciolecia jako wizualizacja słów Grzegorza Mielcarskiego, że "o buty było wtedy trudno", ale nie ma przesady w słowach Piotra Świerczewskiego, kiedy wspomina on porównywanie się juniorów z dorosłą kadrą. Tam: nędzne jedzenie, brak sprzętu, transport byle czym, a u młodzików: jednakowe dresy, soki, szynka, sprzęt, latanie samolotami.

Nie byłoby tego wszystkiego – przekonują nas twórcy serialu – gdyby nie kapitalizm, udany mariaż sportu z biznesem, gdyby Henrykowi Losce, "szarej eminencji" ówczesnego futbolu i "człowiekowi, który widział konieczność zmian", nie spadł na głowę Zbigniew Niemczycki z Ameryki w okularach-pilotkach, człowiek sukcesu, inwestor, Biznesmen Roku 1991. Loska miał pomysł, Niemczycki pieniądze, ale skostniałe struktury PZPN nie puszczały tak łatwo i dały im do zabawy tylko reprezentację olimpijską, z której zrobili złote, czy tam srebrne, cacuszko.

W tych warunkach Wójcikowi naprawdę wystarczało już tylko powiedzieć o goleniu frajerów, i gotowe. Energiczny szkoleniowiec zostaje tu więc przedstawiony jako nieco szalony, trochę kontrowersyjny zaklinacz gorących młodych głów, "mistrz sportowej socjotechniki", który dodaje szczyptę magii i "tego czegoś" do świetnie zorganizowanej maszyny. Oczywiście w wersji pana Janusza historia wygląda nieco inaczej: to on wpadł na pomysł kompleksowych przygotowań młodej kadry olimpijskiej, naużerał się przy tym z misiami z PZPN, a w sukurs przyszedł mu ówczesny minister Jan Szlachta, który trząsł całym Śląskiem, i dlatego na Śląsku Wójcik i jego kadra mogli robić, co chcieli. Nie do końca się wszystko w tej opowieści zgadza, bo Szlachta nie był już wówczas ministrem, a zginął tragicznie dopiero w maju 1993 roku, a nie – jak wspomina Wójcik – w trakcie przygotowań do igrzysk. Jakkolwiek by nie było – olimpijski sukces młodej kadry rozbudził oczekiwania. Postulowany przez Wójcika i chłopaków projekt "zmieniamy szyld i jedziemy dalej" nie spotkał się jednak z aprobatą działaczy. Jak opowiadał trener w książce "Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie":

Po igrzyskach olimpijskich PZPN w osobach Edmunda Zientary i Ryszarda Kuleszy zaproponował mi, żebym był dalej trenerem młodzieżówki – czyli jeszcze raz przeszedł tę samą drogę. Niedoczekanie, kurwa. Oczywiście się nie zgodziłem, bo dalej chciałem pracować z chłopakami z olimpijskiej, tylko po zmianie szyldu na "Reprezentacja A". Nie chcieli o tym słyszeć. Wiedziałem, że z zakutymi łbami z PZPN-u się nie dogadam, więc podpisałem kontrakt z Legią, która wówczas miała duże kłopoty, ale też mocno o mnie zabiegała.

A co już się tam w tej Legii (i nie tylko w Legii) działo, to "cała Polska widziała".

Dno

Jeśli lata 90. zgodnie uważa się za najczarniejszy okres w dziejach polskiej piłki reprezentacyjnej i polskiej piłki w ogóle, to najgorszym (choć jakże barwnym!) sezonem ligowym musi być sezon 1992/93, zwieńczony niedzielą cudów, zielonym stolikiem, dwutygodniowymi, pełnymi zwrotów akcji obradami PZPN nad odebraniem Legii i przyznaniem Lechowi tytułu mistrzowskiego, i małymi zamieszkami w Alejach Ujazdowskich z tej okazji, po uprzednim oblężeniu siedziby Związku. Jak jednak udowadnia Konrad Niciński w artykule "Transformacje piłki nożnej 1989–1993. Niedziela cudów jako studium przypadku", [KS2] skala korupcji i przekręciarstwa w polskiej lidze wcale nie była większa niż pod koniec lat 80. Była po prostu bardziej widowiskowa i tym boleśniejsza, że jej bohaterami byli medaliści olimpijscy.

Niciński pisał tak: "W poprzednich sezonach rozgrywki ligowe raczej nie były czystsze niż w tym. Jednak zarówno pod względem stylu gry, jak i stylu przekrętów dominowała szarość, nuda, nie działo się nic spektakularnego. Ten sezon od początku był chwalony za bardziej ofensywny styl gry walczących zespołów; […] Korespondencyjny pojedynek strzelecki między Legią a ŁKS-em [o mistrzostwie, w przypadku równej liczby punktów, decydował wtedy bilans bramkowy, a nie, jak dziś, bezpośrednich spotkań, wobec czego ŁKS wygrał z Olimpią Poznań 7:1, a Legia z Wisłą Kraków 6:0 – red.] był niewątpliwie najbardziej spektakularnym finałem ligi od sześciu lat, od niedzieli cudów z 1987 roku, której ozdobą był osławiony samobójczy gol Janusza Jojki.

Niedziela cudów miała miejsce 20 czerwca, a nieco ponad miesiąc wcześniej reprezentacja Polski wymęczyła 1:0 z San Marino po słynnym golu ręką Jana Furtoka. Tu znów Niciński: "Widok medalistów z Barcelony kompromitujących się pospołu ze starszymi kolegami z kadry podczas meczu z San Marino można chyba porównać tylko do niedoszłego na szczęście przejścia Luke’a Skywalkera na Ciemną Stronę Mocy".

Bolało nie tylko dlatego, że przed chwilą był medal olimpijski, bolało przede wszystkim dlatego, że przecież miało już być NORMALNIE. O ile trenera Wojciecha Łazarka nie ma co szkalować (zresztą remis z Cyprem w eliminacjach do Euro 1988 wypominano mu ponoć przez długie, długie lata), bo jego kadencja przypadła na sam okres przełomu, o tyle po Andrzeju Strejlale (Jezu, jak to się odmienia) spodziewano się sporo, nie tylko ze względu na jego przeszłość u boku Kazimierza Górskiego. Nagle otworzył się świat, zawodnicy z polskiej ligi nie musieli już czekać do ukończenia 29 lat, żeby móc wyjechać i grać w zagranicznym klubie (albo uciekać z kraju – jeszcze w 1988 roku zrobili tak Marek Leśniak i Andrzej Rudy), a pokolenie piłkarzy przełomu lat 80. i 90. uważa się za niewspółmiernie utalentowane w stosunku do (braku) osiągnięć reprezentacji. Tenże Jan Furtok, który strzelił ręką Sanmaryńczykom, był jednym z najlepszych strzelców Bundesligi, Jan Urban, młodziutki i piękny jak śliwka, strzelał gole Realowi na Santiago Bernabeu, Włodzimierz Smolarek brylował w Holandii, Krzysztof Warzycha w Grecji, Roman Kosecki w Turcji.

Tymczasem nie awansowaliśmy na żaden z turniejów dekady, a jeśli chodzi o drużyny z kategorii "nie ma już słabych", to nie przegraliśmy chyba tylko ze Sri Lanką, a to dlatego, że z nią nie graliśmy, o czym pouczała nas do niedawna strona reprezentacji Sri Lanki w piłce nożnej mężczyzn w polskiej Wikipedii, dodając w dziale "ciekawostki": "W filmie Tato główny bohater ogląda mecz Polski z reprezentacją Sri Lanki, który Polska przegrywa 0:4". Nie wiem, czy powinniśmy w 2024 roku wracać do filmu "Tato", ale tamta scena była, naprawdę, życiowa.

Z perspektywy kibica-dziecka (czyli mnie) dekada lat 90. wydawała się wiecznością, a legendarne sukcesy "Orłów Górskiego" czy nawet drużyny Antoniego Piechniczka (trzecie miejsce na mistrzostwach świata 1982) – historią tak odległą, że w ogóle nieprawdziwą. Nic więc chyba dziwnego, że kadrę miało się w lekkim poważaniu, a wypieki na twarzy wywoływała raczej rywalizacja Widzewa z Legią i burdy tych słynnych "szalikowców". Naprawdę mieszkaliśmy wtedy w jeziorze. Lata 90. były więc zaprawą i karnawałem piłkarskiego przegrywania. Nikt nie narzekał. Przegrywaliśmy widowiskowo i kuriozalnie. Nikt nie narzekał. Przegrywaliśmy jak zawsze, grając jak nigdy, i nikt nie narzekał. Albo wygrywaliśmy w żenujących okolicznościach i bez znaczenia strategicznego, i nikt nie narzekał. Dobra, przecież wiecie – wszyscy narzekali. I to jak! Jak pięknie narzekali!

"Kibice futbolu w Polsce zdążyli już się przyzwyczaić, że nasi piłkarze w eliminacjach mistrzostw świata i Europy nie rywalizują o awans. Stawką, o którą walczą nasi wirtuozi, jest z reguły trzecie miejsce w grupie – wyzłośliwiał się dziennikarz "Przeglądu Sportowego" w tekście pod przepięknym tytułem nawiązującym do najlepszych zasad moralnych polskiej historii: "Szans nie ma – grać trzeba. Z Gruzją… o trzecie miejsce". I dalej: "I dobrze, że Stary Kontynent trochę się w ostatnich latach rozszerzył, dzięki czemu nie jest to jeszcze lokata przedostatnia. Szkoda tylko, że z eliminacji na eliminacje konkurenci przeszkadzający w zrealizowaniu celu coraz mocniej dają się we znaki, choć wcale lepsi nie są; to raczej reprezentacja Polski równa w dół. Niestety.

Po eliminacjach Euro '96 wydawało się, że już wówczas nasza drużyna osiągnęła dno i może być tylko lepiej. Okazało się, że w dnie także może być dziura – zamiast spodziewanego, choćby minimalnego awansu w rankingach musieliśmy przeżyć gorycz kolejnego spadku notowań".

Było to w czerwcu 1997 roku, w kwietniu było jeszcze "Polska–Włochy 0:0, czyli łudź się, kto może". Wtedy udało nam się z tą Gruzją u siebie wygrać i wywalczyć owo trzecie miejsce w grupie, ale w październiku przegraliśmy na stadionie Borisa Paichadze w Tbilisi 0:3, już pod wodzą Janusza Wójcika, wybranego wolą ludu i Zbigniewa Bońska na stanowisko trenera dorosłej reprezentacji. "Wójt" dostał końcówkę przegranych eliminacji do mundialu 1998 we Francji i zadanie awansu na Euro 2000. Pałeczkę (kiełbaskę, hi hi) przejmował po Antonim Piechniczku, czyli po kolejnej nieudanej próbie wyprawy po złote runo przeszłości.

Symbolem, synekdochą i emblematem czarnej dziury reprezentacyjnych lat 90. był Henryk Apostel, choć prowadził reprę niecałe dwa lata (grudzień 1993 – listopad 1995).

 

Zapisał się w annałach męczarniami z Izraelem, porażką 1:4 ze Słowacją (po tym meczu złożył dymisję) i historycznym remisem 0:0 z Azerbejdżanem, historycznym również dla Azerbejdżanu. Po Apostelu przyszedł na cztery spotkania (dwa remisy, dwie porażki) Władysław Stachurski, wsławiony porażką 0:5 z Japonią i remisem 1:1 z Białorusią (w meczach towarzyskich, ale "niesmak pozostał"). Gdy Piechniczek przejmował kadrę, ta miała za sobą 12 meczów bez zwycięstwa. Półtora roku. Ale pan Antoni wpuścił do drużyny Marka Citkę, tego wspaniałego Marka Mostowiaka polskiej piłki, ten zaś (Citko, nie Mostowiak) strzelił bramkę Anglikom na Wembley. I jeśli głównie to pamiętacie z tych całych eliminacji do mundialu we Francji, to znaczy, że tak jak ja "polski macie paszport na piersi", lub przynajmniej polskie serce w plecaku, i posiedliście umiejętność osładzania sobie strategicznych klęsk nieistotnymi, ale widowiskowymi sukcesami.

Wiecie, możemy się podśmiewywać z krucjaty Janusza Wójcika przeciwko "misiom-działaczom", albo nieco szurskiego w wydźwięku tytułu książki Jana Tomaszewskiego "PZPN, czyli przestępcy zrzeszeni przeciw nam", ale faktem jest, że polski futbol długo zmagał się ze skostniałymi strukturami, gdy jednocześnie coraz głośniej rozbrzmiewały głosy tak zwanej opinii publicznej, dziennikarzy i kibiców, i coraz śmielej artykułowano pytanie: "czyja właściwie jest reprezentacja?". Po nieudanych eliminacjach na mundial we Francji Telewizja Polska zorganizowała coś w rodzaju plebiscytu z Antonim Piechniczkiem, Januszem Wójcikiem i Zbigniewem Bońkiem w rolach głównych. Publiczność wypowiedziała się za pomocą systemu audiotele. Co to było audiotele? Hmmm, jakby wam to, drogie dzieci, wytłumaczyć… To było generalnie coś takiego, że dzwoniło się na numer zaczynający od 0-700, płaciło milion monet za minutę, i można było zagłosować za jakąś sprawą, na przykład kto ma odpaść z Big Brothera, Tańca z gwiazdami, albo kto powinien zostać selekcjonerem reprezentacji Polski.

"Oczywiście wygrałem ze znaczną przewagą" – wspomina Wójcik, ale również oczywiście "towarzysz Marian Dziurowicz i jego banda wymyślili sobie, że po tymczasowym trenerze Krzysztofie Pawlaku nowym selekcjonerem będzie kapuściana głowa, a mianowicie Edward Lorens". Potrzebna była – według Wójcika – dyplomatyczna interwencja samego prezydenta Kwaśniewskiego. Niestety, Wójcik i potem miał pod górkę. Zyskał przydomek "trenera z audiotele", zapowiedział, że będzie robił wszystko odwrotnie niż Piechniczek, eksperymentował ze składem i taktyką. Eliminacje do Euro 2000 nie były łatwe (grupa z Anglią, Szwecją, Bułgarią i Luksemburgiem), ale Wójcik zrobił, co mógł, czyli wygrał z Bułgarią ("prezes Dziurowicz mało się nie zesrał ze szczęścia" po pierwszym meczu z Bułgarami – wspomina Wójcik) i Luksemburgiem – z tym że drugi raz po hokejowym 3:2 na wyjeździe – a z Anglią i Szwecją przegrał i zremisował. Nie starczyło na baraże.

 

Tym sposobem zakończyliśmy wiek XX. Wójcik nie byłby sobą, gdyby nie wskazał winnych nieudanych eliminacji. "Poniekąd winny był PZPN". Nie było odpowiedniej motywacji finansowej, "to trener jest od motywowania", miał powiedzieć Boniek Wójcikowi na jego apele o "kasę, misiu, kasę".

"Niestety, nic nie dali. Za bardzo obawiali się o swoje portfele. […] Przegraliśmy eliminacje, a mędrcy w PZPN-ie stwierdzili, że trzeba nowego trenera, i nie zdecydowali się przedłużyć ze mną kontraktu. Zatrudnili uzdrowiciela polskiego futbolu, czyli Jerzego Engela. I znów świat stał się odrobinę gorszy".

Otwarcia, o wszystko, o honor, czyli my na początek zero dwa z Koreirą

Być może trener Wójcik miał nieco racji, zatrudnienie bowiem Jerzego Engela i wywalczenie przezeń HISTORYCZNEGO AWANSU NA MISTRZOSTWA ŚWIATA PO 16 LATACH PRZERWY miało doniosłe i tragiczne konsekwencje w postaci piłkarskiego programu kabaretu OT.TO.

 

Była przeróbka Rolling Stonesów, był nonszalancki i prawie że "ciepły" rasizm wobec Emmanuela Olisadebe, było pompowanie balonika. Nie wiem, kto wymyślił i pierwszy raz zastosował to określenie, wiem, że do tej pory, kiedy słyszę "balonik", to myślę: "Jerzy Engel i mundial w Korei i Japonii". Bowiem tragizm losu selekcjonera reprezentacji Polski polega nie tylko na tym, że zawsze jest twoja wina, że zawsze ci wytkną zmianę minutę za późno, posadzenie na ławce ulubieńca kibiców, naturalizowanie kogoś, kto "nie zasłużył", karkołomne wymysły techniczne niedostosowane do potencjału ludzkiego, albo ich brak, ale także, a może przede wszystkim na tym, że będą cię także uwielbiać, robić ci benefisy i śpiewać żenujące piosenki.

Dla całego pokolenia kibiców mundial 2002 był pierwszym z udziałem Polaków za ich życia (albo świadomego życia). Był nowy wiek, byliśmy w NATO, zaraz mieliśmy wejść do Unii, zostawiliśmy za sobą brudy najntisów, miało być dobrze i NORMALNIE.

Miało być tak, a wyszło tak:

 

Do tej piosenki pewnie przydałby się słowniczek. "Dekodeiro" – bo turniej po raz pierwszy nie był transmitowany w całości w Telewizji Polskiej i żeby go oglądać, trzeba było wykupić jakąś satelitę czy inną kablówkę, do tej pory zardzewiałe talerze na odrapanych fasadach kamienic z wyblakłym logo nieistniejącego operatora przypominają o tamtych tragicznych dniach letnich. Miał być patos i duma, poryw i poszum husarskich skrzydeł, a wyszła gorzka lekcja, sromotna porażka, patos osunął się w śmieszność (kto wie, jakie byłyby losy piosenki Marka Torzewskiego, gdybyśmy awansowali do ćwierćfinałów?), podniosłość zmieniła w groteskę.

"My na początek zero dwa z Koreirą", czyli szok pierwszej porażki i ustalenie się paradygmatycznego scenariusza przegrywania, schematu trzech meczy: otwarcia, o wszystko i o honor (a potem, jak w popularnym dowcipie, wyjście z grupy prosto na lotnisko); "paparazzi szukają sensacji / trener mówi o aklimatyzacji / żurnaleiros propagandeiros / chcą wiedzieć, kogo teraz wystawi treneiro", czyli katalog rytualnych tłumaczeń (aklimatyzacja) i rytualnych napięć (namolni, natrętni, krytycznie nastawieni dziennikarze kontra oblężona twierdza trenera i jego piłkarzy – wątek, który wybrzmi szczególnie dotkliwie na mundialu w Niemczech).

"W akcie skruchy, desperacji i rozpaczy / treneiro wystawia pięciu nowych graczy", czyli, jeśli pamiętacie, euforia wygranego 3:1 meczu z USA, euforia gorzka, bo przecież już wtedy odpadliśmy, a jednocześnie zmiany kadrowe, jakie na ten mecz poczynił Jerzy Engel ("pięciu rezerwowych bohateiros"), były asumptem do dywagacji, czy gdyby od początku grali ci, a nie inni, to wygralibyśmy z Koreą, nie przegralibyśmy tak wysoko z Portugalią i nie wrócilibyśmy do domu tak koszmarnie poturbowani psychicznie.

I miało tak być przez następne więcej niż 10 lat. "Lata udręki przerywane krótkimi okresami niczym nieuzasadnionej nadziei" – takim hasłem Bohdan Pękacki opatruje swój blog o życiu z Legią Warszawa, ale mogłoby to być też motto każdego kibica reprezentacji, może z tą poprawką, że – na papierze – ta nadzieja zawsze wydawała się uzasadniona, tym razem miało być inaczej, powinno wyjść inaczej!

Eliminacje do MŚ w Niemczech wspominam jako pasmo szaleńczych sukcesów. Mecze eliminacyjne oglądało się w sali telewizyjnej zrujnowanego akademika, w tłumie pijanych chłopaków (przepraszam, koledzy, tak właśnie było), wygrywaliśmy z rozmachem z Austrią, z Azerbejdżanem, z Irlandią Północną, trzymaliśmy rozsądny poziom z Anglią, strzelał wpuszczany z ławki w charakterze czarnego konia "Franek, Franek, łowca bramek", gdzieś po drodze Jerzy Dudek wygrał Ligę Mistrzów, wymyślając "Dudek dance", a w losowaniu grupy na mistrzostwa trafiliśmy Ekwador, Niemcy i Kostarykę, więc już właściwie jakbyśmy wyszli z tej grupy. A nie, czekajcie, przecież w tamtej kadrze grał też Grzegorz Rasiak, pieszczotliwie zwany "Drewnem" lub "Pinokiem", adresat oskarżycielskich tyrad, wściekłych monologów i zwyczajnych obelg, ale ponieważ na mundial awansowaliśmy, nawet o Rasiaku myślało się z czułością.

 

Tuż przed turniejem pojawiły się pierwsze kontrowersje. Trener Paweł Janas, ojciec zwycięskich eliminacji, postanowił być ojcem marnotrawnym i nie zabrać do Niemiec ani Tomasza Frankowskiego, który mu te eliminacje w dużej mierze "zrobił", ani Jerzego Dudka, który ledwie rok wcześniej wygrał z Liverpoolem Ligę Mistrzów swoim widowiskowym tańcem. Zakrawało to na świętokradztwo i obrazę uczuć, ale mnie się podobało. Janas był przeciwieństwem Engela – małomówny, ponury, człowiek, co to, za przeproszeniem, nie lubi "sczempić ryja", natomiast pod kopułą swych gęstych brwi myśli na pewno na trzy ruchy do przodu niczym polski Jose Mourinho. W sobolich brwiach trenera Janasa, w jego oszczędności werbalnej, zaciętej niechęci do wypowiedzi publicznych i introwertycznej postawie, dopatrywałem się genialnych strategii i taktycznej przezorności.

Z jakąż nadzieją zatem przystępowaliśmy do pierwszego meczu z Ekwadorem… I znowu szok, jeszcze większy niż po meczu z Koreą w 2002 roku, bo przecież tym razem… I jeszcze tak głupio! Carlos Tenorio na zawsze pozostanie w smutnej pamięci, podobnie jak frazy o niedocenianiu stałych fragmentów gry i wrzutek z autu. Nastroje kibiców oddał chyba wówczas najlepiej Jerzy Pilch w felietonie dla "Polityki", chociaż bezlitosny pojazd po Jacku Krzynówku to trochę sięganie po nisko wiszące owoce:

"Jak się skończy – było widać od początku. Kiedy była gwiazda Bundesligi, człowiek, który dwa lata temu strzelił bramkę Realowi Madryt i do dziś nie może wyjść z tego szoku, zawodnik o sile bawołu i takimż umyśle Jacek Krzynówek plasowanym strzałem z rzutu wolnego przeniósł piłkę jakieś dwadzieścia metrów nad bramką – wszystko było jasne. Było też jasne, co w zupełnych sekretach, w pełnej konspiracji, na szczelnie zasłoniętym kotarami boisku trenowali gracze Janasa. Niewątpliwie trenowali oni stałe fragmenty gry. Także rzuty rożne, których parę – tak jest – krwawo wywalczyli, ale z których – poza faktem, że jak idzie o centrowanie, reprezentacja jest na poziomie lat 60. (fakt ten jak najsłuszniej Janas utrzymywał, ile się dało, w konspiracji) – nic nie wynikło. Nic to wszakże; zdradzeni, a wierni polscy kibice wiwatować będą na Okęciu na cześć tego naszego arcygracza, któremu udało się na mundialu najwięcej rogów zdobyć, a sportowcem roku może wręcz zostać snajper, co mu się na mistrzostwach świata udało trafić w słupek – tu może być nawet pewna konkurencja, już w pierwszym meczu aż dwa orły Janasa trafiły w słupek; nie traćmy nadziei, może nasza reprezentacja jeszcze jakiś słupek na tym mundialu zdobędzie".

To właśnie po tym meczu dziennik "Fakt" opublikował słynną, wykorzystywaną później wielokrotnie okładkę "Wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu". Moja wiara w trenera Janasa poddana została ciężkiej próbie, a cały kraj tyleż emocjonował się, co frustrował atmosferą wokół polskiej kadry: treningami zamkniętymi dla dziennikarzy, udziałem kucharza reprezentacji w konferencjach prasowych (w zastępstwie trenera) i ogólną mrukliwością selekcjonera.

 

W modzie były wówczas komisje śledcze, zażądano więc raportu. Raport Janasa miał wyjaśnić, co właściwie wydarzyło się w Niemczech i dlaczego. Zawierał znamienne zdanie: "Warto wspomnieć, że niektórzy zawodnicy polskiej reprezentacji po raz pierwszy w karierze (co sami podkreślali) grali mecz toczony w tak szybkim tempie". Dotyczyło to meczu z Niemcami, okrutnego i straszliwego, który przegraliśmy dopiero w 91. minucie, heroicznymi dziewięćdziesięcioma poprzednimi dając boleśnie polski wyraz zasadzie "grali jak nigdy, przegrali jak zawsze".

Na pocieszenie – zrobiła się z tego nowa świecka tradycja – wygraliśmy z Kostaryką po dwóch bramkach Bartosza Bosackiego – obrońcy, który w ogóle miał na mundial nie jechać, został powołany w ostatniej chwili w zastępstwie chorego Damiana Gorawskiego.

Kolejny raz okazało się, że nie tylko nie umiemy grać w piłkę, ale też nie wiemy, jak się w świecie wielkiej piłki zachowywać: jak budować relacje z mediami, jak tworzyć dobrą atmosferę wokół kadry, jak organizować reprezentację nie tylko jako drużynę piłkarską, ale jako instytucję kulturową (i kulturalną) na "normalnym" europejskim poziomie, do którego tak chcieliśmy w końcu doszlusować.

Step by step, heart to heart, left, right, left, we all fall down, like toy soldiers

Po tragicznym mundialu w Niemczech wszystko miało się zmienić. Ale tym razem naprawdę, o, tak dokumentnie. Potrzebna była nowa miotła, nowy oddech, nowa nadzieja.

W lipcu 2006 roku nowa nadzieja przyszła pod postacią Leo Beenhakkera, a poprzedzona była długim latem ogólnonarodowej debaty pod hasłem "trener z Polski czy z zagranicy". Debata ujawniła splot ambicji i kompleksów, pragnienie sportowych sukcesów podszyte poczuciem niższości wobec Zachodu, ale i potrzebą oddania się w profesjonalne ręce "z zewnątrz". "Niech nas ktoś w końcu poprowadzi" walczyło z "sami się poprowadzimy, choćby i do zguby". Kiedy wybór padł wreszcie na Holendra, byłego szkoleniowca Realu Madryt, Ajaksu Amsterdam i Feyenoordu, którego najświeższym osiągnięciem było wprowadzenie na mundial reprezentacji Trynidadu i Tobago, okazało się, że Polskiego Związku Piłki Nożnej na niego nie stać. W roli mecenasa, patrona i sponsora wystąpiła więc firma Tyskie, dopłacając do pensji trenera.

Choć zaczęło się od klęski, to później Leo zaczął uwodzić: swoim spokojnym doświadczeniem, swoimi cygarami i eleganckimi płaszczami, swoją filozofią "step by step", opowieściami o "international level" i "jasnej stronie księżyca", wizją futbolu totalnego, rowerami na zgrupowaniach, a przede wszystkim: dotrzymaną obietnicą stawiania na graczy z polskiej ligi. O ile ery Engela i Janasa upłynęły pod znakiem piłkarzy z zagranicznych klubów (w przypadku Janasa – raczej z ławek zagranicznych klubów), o tyle pierwsze sukcesy eliminacyjne Beenhakkera (spektakularna wygrana z Portugalią w Chorzowie) zbiegły się w czasie ze wspaniałym pochodem GKS Bełchatów przez tabelę ligową, klubu z samymi Polakami w składzie, pod wodzą Oresta Lenczyka.

Bohaterami kadry Beenhakkera zostali właśnie bełchatowianie: Radosław Matusiak, piłkarz wówczas już niemal 25-letni i właściwie nieznany, oraz jego klubowy kolega Łukasz Garguła, później gwiazda Wisły Kraków. Stawianie na graczy z polskiej ligi, nowe twarze w kadrze i sukcesy z klasowymi rywalami – to rzeczywiście było coś nowego i sprawa historycznego awansu Polaków na mistrzostwa Europy okazała się spełnioną obietnicą.

Do grupy wylosowaliśmy znowu Niemców, a oprócz tego Austrię i Chorwację. Znów poczuliśmy się pewnie, zwłaszcza po otwierającej porażce z Niemcami, która była porażką w całkiem godnym stylu. Nastroje poprawiły nam się jeszcze w 30. minucie meczu z Austrią, gdy gola na 1:0 strzelił Roger Guerreiro, ale… no właśnie. Ten mecz przeszedł do historii jako "przegrany remis", a ciągnące się długo po zakończeniu turnieju spory, dowodzenia i analizy, czy nasz jedyny gol w mistrzostwach padł ze spalonego czy nie, były chyba najlepszą miarą słabości rodzimego futbolu. W doliczonym czasie gry sędzia Howard Webb, zaskarbiając sobie wieczną antypatię Polaków, podyktował rzut karny dla Austriaków, zamieniony na bramkę przez Ivicę Vasticia – nazwisko dużo słabiej pamiętane niż nazwisko Howarda Webba.

Po meczu z Chorwacją tradycyjnie wyszliśmy z grupy na lotnisko, ale tym razem obyło się bez dymisji trenera. Przegrywanie miało się jeszcze trochę przeciągnąć, niemal do końca dekady. Kiedy bowiem wydawało się, że osiągnęliśmy już przynajmniej takie minimum cywilizacji, że będziemy się kwalifikować na wielkie imprezy regularnie (co było opowiadane jako jeden z wyznaczników postępu, normalności, zachodnioeuropejskości), choćby i po to, by odbębniać tam te swoje trzy mecze w grupie, to orły Beenhakkera zaczęły się potykać w eliminacjach do mundialu w RPA.

Remis ze Słowenią, karny dla San Marino w meczu z San Marino, nieprzyjemna atmosfera wokół pracy szkoleniowca kadry w Feyenoordzie, narastająca niechęć nowego prezesa PZPN Grzegorza Laty wobec Holendra, wreszcie porażka w Mariborze ze Słowenią, po której prezes Lato ogłosił publicznie dymisję selekcjonera. A wcześniej melancholijno-wściekle-sfrustrowanym monologiem pożegnał go Dariusz Szpakowski, zapisując się (nie po raz pierwszy) w annałach sportowego komentatorstwa złotymi myślami o "małżeństwie z musu, nie z rozsądku", rozgrzeszając piłkarzy ("to nie jest ich wina") i wzywając Beenhakkera do wzięcia odpowiedzialności za praktycznie przegrane eliminacje.

 

Szpakowski pytał, wcale nie retorycznie, czy Holender znów będzie mówił o "polskich kompleksach" i o tym, że piłkarze nie rozumieją jego stylu gry, co po raz kolejny ujawnia ten drażliwy splot poczucia niższości, pragnienia dorosłości, potrzeby samostanowienia (także piłkarskiego) i tęsknego spoglądania w stronę zachodnich wzorców. Polskie losy trenera Beenhakkera można opowiedzieć na dwa, w gruncie rzeczy podobne, sposoby, różniące się tylko rozłożeniem akcentów, i każda z tych narracji będzie jakimś wariantem prawdy. Można zatem historię Beenhakkera opowiedzieć jako bolesne zderzenie zachodnioeuropejskiego luzu, profesjonalizmu i pogody ducha z naszą wschodnioeuropejską powagą, nadęciem, węzłem ambicji i kompleksów, małym polskim piekłem. Ale można je też opowiedzieć w kategoriach protekcji i lekceważenia: oto podstarzały trener z wielkiego świata przyjeżdża z kagankiem futbolowego światła do peryferyjnego kraju, a gdy po pierwszych sukcesach okazuje się, że ludzie, zasoby, instytucje i materia stawiają opór – buduje sobie tratwę ratunkową w postaci posady w zachodnim klubie.

Ten motyw powtórzy się – wybaczcie, że zaburzam chronologię – przy okazji innych szkoleniowców zza granicy. Choć sparzono się Beenhakkerem na długo, to przecież wrócono do tego pomysłu, by znowu skończyło się podobnie, a nawet gorzej. Portugalczyk Paolo Sousa dostał w prezencie reprezentację przeprowadzoną przez eliminacje Euro 2020 przez Jerzego Brzęczka i zbyt wiele z nią nie zdziałał (ostatnie miejsce w grupie), a do awansu na mundial 2022 potrzebował baraży, być może dlatego, że bardziej zajęty był dogadywaniem szczegółów kontraktu z nowym pracodawcą – CR Flamengo z Rio de Janeiro. Brzmię jak Szpakowski, ale ta sytuacja w przykry sposób pokazywała miejsce polskiej piłki na światowej mapie – stanowisko trenera reprezentacji jako posadę pocieszenia czy przeczekania. Flamengo to przynajmniej klasowa drużyna, ale to, jak traktował pracę w reprezentacji inny Portugalczyk, to już w ogóle wstydżenadahańbakompromitacja. Trochę nie wiem, jak wyglądał proces myślowy stojący za wymianą go na Czesia Michniewicza, być może miało to jakiś związek z włosami (fryzjerem, w sensie), ale wyobrażam sobie to tak:

– Ej, mamy polskiego Mourinho, ale trzeba jakoś zatrząść tą reprezentacją.

– Dobra, to weźmy sobie może portugalskiego Michniewicza, tylko grającego jeszcze brzydziej.

– OK.

Nie chodzi nawet o wyniki sportowe Fernando Santosa, ale o jego ogólną niemiłą nonszalancję, tumiwisizm, kreatywny stosunek do prawdy, zwalanie wszystkiego na piłkarzy, działaczy, pogodę itd. Nie wypada może osądzać człowieka po minach, jakie stroi w publicznych sytuacjach, ale w przypadku Santosa miny te dopełniały tylko ogólnego obrazu. Pod koniec jego spektakularnej, lecz na szczęście krótkiej kariery w reprezentacji spekulowano już o dogadywaniu się Portugalczyka z klubem z Arabii Saudyjskiej. Zwolniono go w trakcie eliminacji, które dokończył za niego – szczęśliwie – Michał Probierz, ale Santos, którego wkład polegał na przegraniu trzech meczów eliminacyjnych, zapewnił sobie jeszcze premię za ten wyczyn.

Ku normalności!

Ale wróćmy się, bo przecież musimy omówić jeszcze co najmniej trenera Franciszka Smudę. Z Franzem wiąże się nierozerwalnie jedno hasło: Widzew Łódź, Lech Poznań, Euro 2012, do czego walnie przyczynił się, nie awansując na mundial w RPA, żeby nie wywoływać zbędnej dystrakcji. W klubach – tak w Widzewie, jak i w Lechu – Smuda potrafił tworzyć widowiska, budować napięcie, jego zespoły strzelały, trwoniły, goniły. I chyba takie z nim wiązaliśmy nadzieje, jak już przegrywać, to niech coś się dzieje, tymczasem długa kadencja trenera Smudy pełna była kuriozalnych meczów, potknięć, medialnej krytyki i gwałtownych zapaści, zakończyła się jako wariacja tradycyjnego scenariusza – czyli trzy mecze, ale tym razem aż dwa remisy i klęska, odpadnięcie z grupy na Euro 2012. Nie wiem w sumie, czy to, że było to NASZE Euro, tę porażkę osładzało, czy soliło rany. Przecież to całe Euro 2012 to była cała epopeja o docieraniu do nowoczesności i normalności, flagowe osiągnięcie rządów uśmiechniętej, proeuropejskiej władzy (wcale nie ironizuję, może tylko trochę), która wreszcie, wspólnie z UEFA i funduszami unijnymi, dała nam to, czego najbardziej potrzebujemy – autostrady i stadiony. To jednak temat na inną opowieść.

Jakoś po zakończeniu polsko-ukraińskiego Euro zaczął mi się rozjeżdżać kontakt z polską piłką, nie dlatego, żeby wyczerpały mnie porażki, tylko po prostu: starość, życie, brak czasu. Coś tam jednak do mnie docierało z czasów śledzonej jednym okiem kadry trenera Waldemara Fornalika (lipiec 2012 – październik 2013): powódź na nowiutkim Stadionie Narodowym (czyli jednak nie takie super te stadiony na Euro), a przede wszystkim najjaśniejszy punkt w historii tej kadry – dupa Koseckiego. Na mistrzostwa świata do Brazylii się nie zakwalifikowaliśmy, ale potem przyszedł Adam Nawałka.

Ulubieniec wszystkich mam – serio, nie znam mamy, która nie powiedziałaby o Adamie Nawałce: "przystojny mężczyzna" – trener, który w XXI wieku odniósł największy sukces z kadrą i wzbudził powszechny szacunek. Pod jego wodzą pozostawaliśmy przed 15 miesięcy niepokonani, pod jego wodzą nie tylko wyszliśmy z grupy na Euro – wyczyn historyczny – ale nawet doszliśmy do ćwierćfinału, gdzie ulegliśmy dopiero w karnych (a to, jak wiadomo, loteria!), i to komu – przyszłym mistrzom Europy.

Niestety, na mundialu w Rosji nie było już tak dobrze, a nawet było bardzo źle, co moim zdaniem jest słuszną karą za to, że w ogóle tam pojechaliśmy, ale tak, wiem, wszyscy jechali. O ile wynik na Euro Nawałka zrobił najlepszy w historii, o tyle na mundialu ogrywali nas rywale, którzy zdawali się na to nie tylko zasługiwać, ale i mieć z tego dużo radości, a my znowu byliśmy tymi nieudacznymi smutasami z Europy Wschodniej. Samobój Thiago Cionka w meczu otwarcia przypomniał "najlepsze lata naszego życia", a porażka z Kolumbią miała już ten perwersyjny smak wytarzania się w niej z uszami, głową i nagłówkami serwisów sportowych. Nawałka podał się do dymisji sam, mimo że Zbigniew Boniek, ówczesny prezes PZPN, chciał z nim dalej współpracować, a kiedy ten odmówił, bardzo miło go żegnał.

– Życzę Adamowi jak największych sukcesów – mówił Boniek. – Poza analizą sportową nie możemy mieć do trenera zastrzeżeń. Mieliśmy fajny sztab, fajną grupę ludzi, ale porażki się zdarzają. Żegnamy się na Stadionie Narodowym, gdzie awansowaliśmy na Euro, awansowaliśmy na mundial, pokonaliśmy Niemców, popłakałem się po tym meczu. To wszystko zdarzyło się dzięki Adamowi i naszej drużynie. To chwile, które będziemy wspominać.

Sam trener mówił zaś nieco melancholijnie: – Polska piłka zrobiła krok do przodu podczas mojej kadencji. Godnie żegnam się z drużyną, którą mogłem wprowadzić na wyżyny rankingów. To olbrzymi sukces, nie tylko mój, ale całego sztabu. Zbudowaliśmy zespół, który przynosił radość. Zainteresowanie było ogromne, odzyskaliśmy zaufanie kibiców i myślę, że nieudane mistrzostwa nie przekreślą olbrzymiej pracy wykonanej przez sztab ludzi. Czuję się odpowiedzialny za to, że na mistrzostwach nie spełniliśmy oczekiwań i naszych planów. Zawiedliśmy. Biorę pełną odpowiedzialność.

Po meczu z Kolumbią wracałam do domu taksówką. Pan na radio-taxi, czy jak się tam teraz nazywają te centrale, zamiast nazwiska poprosił mnie o hasło. "Wymyśl coś innego, wymyśl coś innego" – zaklinałem swój mózg. – Porażka – powiedziałem. Śmiechu było co niemiara. Od tamtej pory nie jeżdżę taksówkami.

Na zakończenie: wróżba. Albo omen. Dawno, dawno temu, gdy Michał Probierz był jeszcze trenerem Jagiellonii Białystok, to ja, ja, ja pierwszy nazwałem go polskim Guardiolą, bo miał taki płaszcz, brodę i ogólną aparycję. Nie mam na to dowodów, gdyż nie jest prawdą, że w internecie nic nie ginie, zginął na przykład prawie cały – istniejący niegdyś jako enfant terrible rodziny Sport.pl – Kobiecy Serwis Sportowy Ciacha.net (oprócz dupy Koseckiego na szczęście), ale do czego zmierzam: patrzcie, Pep Guardiola wygrał na igrzyskach w 1992 roku, a potem został trenerem Barcelony i zdobył z nią wszystko. Michał Probierz nie grał na igrzyskach, ale był trenerem Jagiellonii. Jagiellonia wygrała teraz mistrzostwo Polski. Polska jedzie na mistrzostwa Europy. Przypadek? Nie sądzę.

PS Przepraszam za zasugerowanie we wstępie, że Feyenoord to "średniak Eredivisie". To było w celach retorycznych.

PS 2. Przepraszam wszystkich delegatów PZPN ze Świętokrzyskiego. Wszelka zbieżność z delegatami z innych okręgów jest przypadkowa, personalia zostały zmienione.

PS 3. Wykorzystałam fragmenty swojego tekstu "Przegrywanie, frustracja, nadzieja, rozczarowanie, wstyd, żenada, hańba, kompromitacja. perspektywa osobista z 2016 roku", opublikowanego na stronie malakulturawspolczesna.org.

***

Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - o piłce i wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.

Magazyn.Sport.pl na Euro - cytat z tekstu Kornelii Sobczak o przeklętym losie polskich selekcjonerówMagazyn.Sport.pl na Euro - cytat z tekstu Kornelii Sobczak o przeklętym losie polskich selekcjonerów Marta Kondrusik

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.