Zazwyczaj srebrna na igrzyskach w Tokio sztafeta kobiet 4x400 metrów, zwana potocznie "Aniołkami Matusińskiego", była na lekkoatletycznych imprezach polskim pewniakiem do medalu. Tym razem jednak było inaczej, bo podczas gdy Natalia Kaczmarek jest w życiowej formie, to jednak z różnych powodów w Budapeszcie zabrakło aż czterech "podstawowych" zawodniczek - Justyny Święty-Ersetic, Anny Kiełbasińskiej, Igi Baumgart-Witan oraz Małgorzaty Hołub-Kowalik. Ale Biało-Czerwone i tak spełniły swoje zadanie.
W polskiej sztafecie bieg rozpoczęła Alicja Wrona-Kutrzepa i osiągnęła czas lepszy od swojego rekordu życiowego (52.53), to Polki po pierwszej zmianie były na odległej pozycji. Niezły bieg Mariki Popowicz-Drapały (50.96) plasował Biało-Czerwone na szóstym miejscu, ale z niewielką stratą do kolejnyc pozycji.
Dopiero Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka w duecie z rywalką z Holandii zdołała wyprzedzić ekipy Kenii oraz Francji, co dało Polkom czwartą pozycję, a gonitwa Natalii Kaczmarek za świetną Femke Bol sprawiła, że Biało-Czerwone wprawdzie nie dały rady awansować wyżej, to jednak uzyskały bardzo dobry czas 3:24.05, który już w tym momencie praktycznie zapewniał finał. Półfinał z udziałem Polek wygrały Jamajki przed Kanadyjkami i Holenderkami.
W drugim półfinale nieznacznie lepsze czasy uzyskały reprezentacje USA, Belgii, Wielkiej Brytanii i Włoch, co dało Polkom awans do finału. A że jeszcze zdyskwalifikowane zostały jedne z głównych faworytek - Amerykanki, to ostatecznie Biało-Czerwone znalazły się w finale z siódmym czasem. Czasy jednak mogą trochę mylić, bo różnice między najlepszą w półfinałach Jamajką (3:22.74) a siódmą Polską to tylko 1,3 sekundy.
Finał z udziałem polskiej sztafety odbędzie się ostatniego dnia mistrzostw w Budapeszcie - w niedzielę o godzinie 21:50.