Izraelsko-polskie różnice w ataku. Strzelec, który do kosza rzucał cegłami

Jakub Garbacz miał fatalne 2/17 z gry, ale bardziej zawiedli najstarszy i najbardziej doświadczony gracz kadry. Największy plus dla absolutnego debiutanta Michała Kolendy, znowu ciekawy występ unikalnego Aleksandra Balcerowskiego - spostrzeżeniami po meczu Izrael - Polska w eliminacjach MŚ koszykarzy dzieli się Łukasz Cegliński ze Sport.pl.

Oceniając mecz chłodnym okiem, właściwie wszystko było w nim spodziewane. Faworytem, z wielu względów, był Izrael: bo ma lepszych, bardziej doświadczonych graczy, bo ostatnio zwykle z Polską wygrywa, bo grał u siebie. I faworyt wygrał — 69:61, prowadząc przez większość meczu.

Ale też zgodnie z oczekiwaniami biało-czerwoni zaprezentowali nowy pomysł na grę. Debiutujący selekcjoner Igor Milicić, nie mając czasu na pracę z totalnie przemeblowanym zespołem, postawił na fizyczność, agresję i obronę, które miały wywoływać chaos w drużynie rywali. Polacy mieli Izrael zaskoczyć - i zaskoczyli.

Pod koniec pierwszej kwarty było 21:6, bo biało-czerwoni blokowali rzuty i przechwytywali piłki, a z dobrej obrony brał się entuzjastyczny atak. Ale efekt zaskoczenia trwał jedną kwartę, potem górę wzięła jakość przeciwnika. Izraelczycy byli mądrzejsi, skuteczniejsi, mieli lepszych liderów. Wygrali zasłużenie.

Ale i polskie harpagany - tak również określa swoich koszykarzy Milicić - zasłużyli na słowa pochwały.

Różnica w organizacji ataku

Koszykarzom Milicicia należy się plus za walkę do końca. W połowie czwartej kwarty przegrywali 49:61, ale potem - po zrywie, w którym były bloki, zbiórki, przechwyty, kontra i celne trójki - było już tylko 61:63 na 45 sekund przed końcem. Rywale zamienili jednak nasze faule na punkty i utrzymali przewagę.

Gdzie były największe różnice? W grze w ataku. I nie chodzi tylko o skuteczność - Izrael trafił słabe 36 proc. rzutów z gry, Polacy jeszcze gorsze 28 proc. - co o jej przyczynę. Po biało-czerwonych widać było, że ich atak tworzył się na treningach w chaosie wywołanym pracą nad obroną. Akcje były nieskładne, podania do niczego nie prowadziły, a rzuty w ostatnich sekundach bywały rozpaczliwe.

Ponad połowę rzutów Polacy oddali z dystansu (fatalne 7/36, czyli 19 proc.), podczas gdy Izrael częściej grał pod kosz (30:22 w punktach z pola trzech sekund). Gospodarze byli lepiej zorganizowani, piłka w ich akcjach krążyła szybciej i mądrzej. Widać to było choćby w połowie trzeciej kwarty, w zrywie 10:0, który miał duży wpływ na końcówkę.

Michał Kolenda na plus, Jakub Garbacz na minus

W przegranym meczu trudno szukać bohaterów, ale słowa uznania należą się Michałowi Kolendzie. Absolutnemu debiutantowi w reprezentacji, który pod nieobecność Mateusza Ponitki, Michała Sokołowskiego i Michała Michalaka wyszedł w pierwszej piątce i rozegrał 22 minuty.

I to jak rozegrał! Zdobył 16 punktów, miał 6/10 z gry, w tym 3/5 za trzy. Trafiał z dystansu, potrafił wejść pod kosz, dobić piłkę po niecelnym rzucie kolegi. A do tego dobrze bronił. I na całym boisku, jak i w sytuacjach pomocy. Miał też cztery zbiórki.

Kto zawiódł? W oczy rzuca się najbardziej nieskuteczność Jakuba Garbacza, urodzonego strzelca, MVP ostatniego finału play-off w ekstraklasie. W Izraelu Garbacz zdobył 10 punktów, ale miał fatalne 2/17 z gry, w tym nieprawdopodobne 0/12 za trzy. Rzucał cegłami, po prostu. 27-letni gracz jest jednak typem strzelca, który nigdy nie przestanie wierzyć w swój rzut. Miał pozycje, to próbował - taka jego rola. Skuteczność do zapomnienia i wymazania, ale styl gry - absolutnie.

Zawiedli najstarszy i najbardziej doświadczony

Ale czy bardziej nie zawiedli Tomasz Gielo i Jarosław Zyskowski? Pierwszy jest najbardziej doświadczonym graczem tej reprezentacji. Drugi jest jej najstarszym zawodnikiem. Tymczasem obaj uciułali razem osiem punktów i cztery zbiórki, popełnili cztery straty i siedem fauli. Mieli ledwie 3/12 z gry. Ich proste błędy, takie jak powtarzające się kroki, irytowały. Mieli pełnić ważniejsze role, a zagrali tak, jakby ich nie było.

Z trójki rozgrywających najsłabiej wypadł Łukasz Kolenda, który ustawiany był też na pozycji nr 2 i grał tak, jakby nie mógł się momentami odnaleźć w pożądanym przez Polskę chaosie. Spędził na parkiecie dziewięć minut, raczej bezbarwnych.

Co innego Marcel Ponitka i Jakub Schenk. Ich chwalić za całokształt trudno, ale preferowany przez Milicicia styl gry najwyraźniej im odpowiada. Zadziorność, agresja, zdecydowanie w indywidualnych wejściach - to było widoczne, nawet jeśli nie było skuteczne. Ponitka zdobył po pięć punktów, zbiórek i asyst, Schenk miał o punkt mniej, pozostałe liczby się zgadzają. Różnica? Z Ponitką na boisku zespół miał bilans -3, z Schenkiem - aż -14.

Aleksander Balcerowski - rzadki okaz

Na osobny fragment zasługuje największy w zespole Aleksander Balcerowski. 21-latek był szalenie aktywny. Zdobył 11 punktów, zebrał siedem piłek, zablokował sześć rzutów. Miał też dwie mądre asysty i przechwyt.

O Balcerowskim od lat mówimy, że to gracz unikalny, ale on wciąż potrafi zaskoczyć - tak, jak w końcówce drugiej kwarty, kiedy podwajając rywala z piłką przy linii środkowej, rzucił się na parkiet. On, środkowy mierzący 219 cm wzrostu - to widok rzadki. Akcja skończyła się ostatecznie błędem rywali.

W obronie było bardzo dobrze - sześć bloków to świetny wynik! - niedosyt mógł pozostawić atak. Balcerowski miał 4/8 z gry (1/3 za trzy) i 2/2 z wolnych - można się zastanawiać, jaki miałby wpływ na grę zespołu, gdyby częściej dostawał piłkę. Ale znów - póki co Balcerowski nie jest graczem, który regularnie punktuje grając tyłem do kosza. Lepiej czuje się w odegraniach wchodzących pod kosz kolegów.

Kolejny sprawdzian odświeżonej reprezentacji w niedzielę w Lublinie. W drugiej kolejce eliminacji MŚ rywalem będą Niemcy, którzy w czwartek dość sensacyjnie przegrali u siebie z Estonią 66:69. Stawką niedzielnego meczu będzie więc uniknęcie bilansu 0-2 i ostatniego miejsca w grupie.

Więcej o: