Polacy wygrali, a Grbić ruszył na trybuny. Pokazał swoją prawdziwą twarz

Jakub Balcerski
Nikola Grbić
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Jasne, że w wyśnionej sytuacji Nikola Grbić odbierałby medal igrzysk jako trener Serbów. Ale jego historia przywiodła go właśnie tu, do Polski. I wielu powie, że krążek zdobyty z Polakami bardzo by do niego pasował. Do człowieka, który kocha siatkówkę tak samo jak wtedy, gdy z bratem przebijał piłkę przez stojący za domem trzepak, a ich całym światem była mała serbska wioska.

– Mam w sobie czystą miłość do siatkówki. To najważniejsza część mnie, bo wciąż przyciąga mnie do tego sportu. W trakcie kariery wszystko się zmienia: najpierw jest sama zabawa, ale gdy dołączasz do kolejnych klubów, czy debiutujesz w reprezentacji, sport staje się twoją pracą. Grasz już nie tylko dla siebie, ale choćby dla rodziny. Na twoją karierę wpływa coraz więcej czynników, które przesłaniają ci obraz siatkówki, w której zakochałeś się, gdy byłeś dzieckiem. Ale nadal masz ten obraz w głowie. I jeśli nie czerpiesz radości z gry, nie kochasz tego, co robisz, to niemożliwe, żeby wciąż tak samo się temu oddawać – mówił nam Nikola Grbić dwa lata temu, tuż przed mistrzostwami świata.

Zobacz wideo Załamany Ksawery Masiuk po odpadnięciu w półfinale igrzysk: Zbrzydło mi pływanie

Pytaliśmy selekcjonera o to, czy umie patrzeć na siatkówkę tak jak kiedyś. Kiedyś, czyli gdy nie był mistrzem olimpijskim z Jugosławią i jedną z największych legend siatkówki jako zawodnik, a także jednym z najgłośniejszych trenerskich nazwisk tej dyscypliny. Serb opowiedział wtedy o swoim rdzeniu.

W ten sposób możesz naprawdę zrozumieć i poznać Nikolę Grbicia. Nie tylko tego z boiska czy z  trenerskiej ławki. Także Grbicia, który po wygranym finale mistrzostw Europy najpierw zachował kamienną twarz, a potem poszedł na trybuny wyściskać rodzinę i się rozpłakał. Sam przyznawał potem, że nie spodziewał się, że tak go poruszy wielki sukces w piętnastą rocznicę śmierci jego ojca.

To była zrozumiała, choć niecodzienna reakcja Serba. Jego znakiem firmowym jest przecież "poker face" przy linii boiska, który przerywają tylko uwagi rzucane do zawodników, czasem ze wściekłą miną, rzadziej z krótkim uśmiechem. Wtedy emocje sięgnęły jednak głębin jego osobowości i wydobyły na powierzchnię prawdziwą twarz. Lepiej pozna się ją, tylko przyglądając się temu, gdzie, kiedy i jak Grbić dorastał.

Najbardziej intensywne mecze Grbić grał przez trzepak. Potem stał się siatką na igrzyskach

Przed domem Grbiciów w Kleku – maluteńkiej serbskiej wsi – do dziś stoi trzepak. Ten sam, przez który zaciekłe mecze toczyli Nikola i jego brat Vladimir. W ich wyobraźni mały plac przed domem zamieniał się w największe sportowe areny. Dziś "Vanja" twierdzi, że właśnie tam każdego dnia wykuwali w sobie naturalną potrzebę zwyciężania. A dzięki temu pragnieniu można pokonać każdy strach. Nazywa to wręcz stylem życia.

– Improwizowaliśmy, graliśmy przez trzepak. Później stworzyliśmy normalne boisko, ale wtedy musieliśmy je sobie wyobrazić. To były intensywne mecze, muszę przyznać – wspominał w rozmowie ze Sport.pl Nikola Grbić.

– Dla niektórych areną walki i rozliczeń jest oktagon czy ring, a dla nas to był ten mały skrawek przestrzeni przed garażem. Nasza matka przychodziła na trzepak z dywanem, a my rozgrywaliśmy wtedy najbardziej intensywne pojedynki w naszym życiu. Ja kontra on, jeden na jednego. I ten trzepak zainspirował nas do tego, żeby w dorosłym życiu zamienić go na siatkę w trakcie igrzysk olimpijskich – mówił nam Vladimir Grbić dwa lata temu, gdy jego brat zostawał trenerem polskich siatkarzy.

Ich placem zabaw była siłownia w klubie, w którym trenował ich ojciec. – Brałem w ręce każdą piłkę i przyrząd gimnastyczny. A jeśli nie miałem na to ochoty, to chodziłem na trybunę i oglądałem trening. Robiłem tak, odkąd miałem pięć lat. Z tego okresu najbardziej pamiętam zapach szatni i piłek do siatkówki. Zawodnicy mieli dla mnie pięć metrów wzrostu, byli olbrzymami. Każdy z nich był ciekawym punktem moich obserwacji. Pierwsze kroki w kierunku zostania siatkarzem postawiłem na zewnątrz. Miałem gumową piłkę. W domu nie było zbyt dobrych warunków do ćwiczeń: robiłem to z pasji i dlatego, że chciałem, żeby tata był ze mnie dumny – wskazał Vladimir.

To po ojcu Grbić odziedziczył kamienną twarz. "Nie lubił okazywać emocji"

Milos Grbić stał się dla swoich synów wzorem do naśladowania – prawdziwym ojcem, a później dyrektorem ich szkoły i pierwszym trenerem. Choć nie był w stereotypowy sposób ciepły i opiekuńczy, akceptowali jego niełatwy charakter. Dobrze widzieli, na kogo chce ich wychować, i do dziś są mu za to wdzięczni. – Był ostry, taki szorstki w relacjach z innymi, ale jednocześnie wiedziałeś, że robi to wszystko tylko dla twojego dobra – opisuje go w rozmowie ze Sport.pl Dragan, trzeci z braci Grbiciów.

To po ojcu Nikola odziedziczył spokój i ograniczenie okazywania emocji do minimum. – Nie lubił okazywać emocji, jego twarz często pozostawała kamienna, ale to nie oznacza, że nie był uczuciowym i emocjonalnym gościem. Po prostu tego po sobie nie pokazywał. Mawiał: "Jeśli chcesz ucałować swoje dziecko, zrób to, gdy śpi" – przytacza Dragan. – Nie miał łatwego charakteru, ale był sprawiedliwy. To był old school: robimy tak i tak, bez dyskusji. Typ absolutnego lidera. Za takiego uchodził w swoim miasteczku, klubie, który prowadził do sukcesów, reprezentacji, której stał się kapitanem, i chyba przede wszystkim w rodzinie. Byłeś świadomy, że nie zawsze będzie łatwo, a on będzie w stosunku do ciebie bardzo bezpośredni. Ale mogłeś być pewny, że wykona wszystko, co właściwe w każdej sytuacji – dodaje.

To właśnie dzięki ojcu Nikola Grbić został rozgrywającym. Choć jako przyjmujący radził sobie równie dobrze jak Vladimir, pewnego dnia ojciec przekazał Nikoli, że musi zmienić pozycję. – U mojego ojca nie było "spróbujmy", albo "może musisz coś zmienić", nie. Po prostu od tego dnia byłem dla niego rozgrywającym. Taki właśnie był. Pamiętam, że nawet narzekałem mamie i prosiłem, żeby pomogła mi coś z tym zrobić i namówić tatę na zmianę zdania. Jemu nie mogłem nic powiedzieć, bo postanowił swoje i nie było dyskusji – wspominał Nikola. I dziś cieszy się, że tata przy tym wyborze miał nosa. Patrząc na to, co jego syn osiągnął w roli rozgrywającego, Milos podjął wówczas słuszną decyzję.

Rodzice Nikoli i Vladimira nigdy nie myśleli, że ich synowie wyrosną na jednych z najlepszych zawodników na świecie. To nie tak, że w nich nie wierzyli; bardziej nie spodziewali się, że w ich przypadku z siatkówki będzie można w spokoju wyżyć. W ich oczach mieli grać w Vojvodinie Nowy Sad – wówczas najlepszym lokalnym klubie, a w międzyczasie pójść tam na studia i zostać nauczycielami WF-u. – Śmialiśmy się, że w takim razie mieli wobec nas wielkie ambicje – wskazał nam Nikola Grbić. Surowe wychowanie mocno się na nim odbiło, ale Serb nigdy nie żałował tego, jaką stał się przez to osobą. Z czasem przytacza coraz więcej sytuacji, których nie rozumiał jako dziecko, a teraz zaczyna doceniać.

Nawet nie mógł się bić, czy kłócić z bratem. "Nigdy nie robiliśmy sobie krzywdy"

Wielki wpływ na dzisiejszego selekcjonera reprezentacji Polski miał nie tylko ojciec i jego charakter, ale też fakt, że Nikola miał u boku osobę, która tak bardzo za nim podążała. Choć jego relacja z bratem Vladimirem też była częściowo zależna od ich ojca. – Nawet nie moglibyśmy się bić, czy dużo kłócić, bo mieliśmy nad sobą bardzo autorytarnego ojca. Kazał nam każdą sprzeczkę rozstrzygać tak, żeby on ani mama nie musieli interweniować. Ale myślę, że dzięki temu mieliśmy normalne, dobre dzieciństwo – przytaczał Nikola. I dodawał, że naturalny dystans między nim a "Vanją" wytwarzała jeszcze różnica wieku, bo Vladimir jest o trzy lata starszy. – To była braterska relacja. Nigdy nie robiliśmy sobie krzywdy, nie mieliśmy długich kłótni – wyjaśnił.

– Nikola był młodszym z braci, ale zawsze zachowywał się trochę jak starszy – opisuje w rozmowie ze Sport.pl były trener braci Grbiciów w serbskich kadrach juniorów, a potem reprezentacji Vesko Vusković. – W wielu przypadkach swoim zachowaniem w stosunku do brata czy swoich kolegów wyglądał na autorytet, chociaż wiek wskazywał, że jeszcze nie mógł mieć takiego statusu – tłumaczy szkoleniowiec.

– Od początku nasza relacja była spokojna, dobra. Chłopcy w naszym wieku zazwyczaj próbowali sprawdzić, kto jest lepszy, kto silniejszy, kto się bardziej do czegoś nadaje. My też czasem rywalizowaliśmy, ale wyszło nam to na dobre. A kłótni nie było, bo obu nam zależało przede wszystkim na wzajemnym szacunku i rozwoju w odpowiednim kierunku – mówił Vladimir Grbić. Gdy zapytaliśmy go o to, co widzi, gdy słyszy "Nikola", odpowiedział, że ich wspólne rozmowy. – To wspaniałe, że możesz mieć w życiu kogoś, z kim rozmawiasz na dowolny temat, i on cię rozumie. Bez granic, bo nie boisz się, że ktoś wykorzysta to, o czym mówisz. To rzadkość – przyznał "Vanja".

Vladimir i Nikola dzielili ze sobą tę samą szatnię, ale głównie w reprezentacji. W klubach – poza początkami w Vojvodinie Nowy Sad – wyglądało tak, jakby siebie unikali. Vladimir śmieje się, że to Nikola nie chciał być w tym samym miejscu co brat. Wystarczały im wspólne występy w kadrze, poza nią odpoczywali od siebie. A wielokrotnie mieli też przecież mecze przeciwko sobie w sezonie ligowym. Wtedy Vladimir nie patrzył na Nikolę jak na brata. Zawsze szedł do trenera i szukał słabszych stron tak bliskiej mu osoby. – Brałem statystyki wszystkich jego meczów, patrzyłem na to, gdzie dostarczał piłki. I uwierz, musiałem spędzić kilka godzin, zanim rozczytałem, gdzie najlepiej będzie atakować. A i to musiałem zmieniać już później w trakcie meczu. Muszę przyznać, że przygotowywał się do roli trenera na długo, zanim nim został – ocenił Vladimir.

Nie było jednak ważniejszego momentu ich siatkarskiego życia niż ten, gdy otrzymali złote medale na igrzyskach w Sydney. Co ciekawe, wspominając tę wyjątkową chwilę, obaj wypowiedzieli to samo zdanie: "Mogę sobie tylko wyobrazić, co czuli nasi rodzice". – Mam nadzieję, że moi synowie kiedyś dokonają tego samego dla mnie i mojej żony. Ojciec był z nas niezwykle dumny, nie mógł uwierzyć w to, że jesteśmy mistrzami olimpijskimi – przytoczył Nikola. – Wygranie czegoś to cudowne uczucie. Ale wygranie czegoś u jego boku? Cokolwiek, co mogę osiągnąć sam, zyskuje na wartości, gdy osiągamy to wspólnie. Tak samo było wtedy – wskazał Vladimir.

Wojna na Bałkanach zmieniła wartość olimpijskiego złota. Grbić lepiej wspomina radosny tłum po brązie

Na zawsze zapamiętają okoliczności powrotu z Sydney do kraju. W Jugosławii trwały protesty opozycji przeciwko przywódcy kraju, Slobodanowi Miloseviciowi. W Belgradzie były tak silne, że siatkarze przenieśli świętowanie sukcesu do Nowego Sadu, gdzie grała większość kadry. Tam ludzie zamienili transparenty z politycznymi hasłami na flagi Jugosławii i cieszyli się razem z zawodnikami. W stolicy mogłoby nie być już tak wesoło.

– Przez sytuację polityczną nie mogliśmy się tym złotem nacieszyć. Ludzie szanowali to osiągnięcie, byli dumni, ale bali się świętować. Po Atlancie [w 1996 roku Jugosławia z Grbiciami w składzie zdobyła brąz – red.] sytuacja była lepsza, mniej skomplikowana, czekało na nas około trzystu tysięcy osób. Nikt się tego nie spodziewał, a ja i mój brat byliśmy na okładce każdej gazety. Gdyby ktoś mnie zapytał, co wolę, to wciąż wybrałbym sportową wartość złota z Sydney, ale chyba każdy w zespole o wiele lepiej wspomina radosny tłum po Atlancie. Pozostaje się cieszyć, że w trudnych czasach mogliśmy dać ludziom trochę odskoczni od wydarzeń w kraju – zaznaczał Nikola Grbić.

Jugosławia, w której Nikola dorastał, była dla niego niemal rajem. Perfekcyjnym krajem z morzem, górami, wymieszanymi religiami, kulturami, a jednocześnie ludźmi, którzy potrafili żyć wspólnie. – Ostatecznie ktoś z zewnątrz zadecydował, że trzeba nas rozdzielić. Nastała wojna i trudny czas. Od 1991 roku do połowy 1994 nie graliśmy dla reprezentacji, byliśmy zawieszeni. Na początku nie mogliśmy grać u siebie, ale kolejnym krokiem był zupełny zakaz. Pamiętam też czas, kiedy zaczęły się bombardowania. Nie było łatwo. Jestem chyba jednym z nielicznych zawodników, który może o sobie powiedzieć, że grał dla czterech różnych reprezentacji: Jugosławii, Federalnej Republiki Jugosławii, Serbii i Czarnogóry oraz Serbii. To chyba rekord – wskazał. I to nie tak, że Nikola nie dostrzega w tym wszystkim także winy Serbów. Twierdzi jednak, że nikt nie jest jej pozbawiony.

W tamtym okresie Serbów postrzegano właśnie przez pryzmat wojny na Bałkanach. To, czego doświadczali w kraju i jak byli odbierani, tworzyło ich surowy, a czasem nawet negatywny obraz u innych. Może trochę stereotypowy, ale Serbowie dziś rzadko się go wypierają. Grbić w tej sprawie, jak i w wielu innych, ma proste podejście: nie obchodzi go to, co myślą inni. Ale przyznaje, że pochodzenie i okoliczności dorastania znacząco na niego wpłynęły. Malutkie miasteczko Klek, gdzie się wychował, było idyllą. Tam stał się bardzo rodzinny i czerpał to, co przekazywali mu zwłaszcza ojciec i brat. Dalej jego osobowość kształtowała się w dużej mierze dzięki temu, że to miejsce opuścił. Włochy nazywa spełnionym marzeniem. To tam wszelkie kontrasty życia sprawiały, że Grbić zyskiwał na nie zupełnie nowe spojrzenie. Znał historie tych, którzy wyjechali z Serbii, ale szybko wracali, nie potrafili się utrzymać poza nią. Jemu się udało. Pod względem charakteru dorósł bardzo szybko, ale najszybciej rozwinął się, opuszczając rodzinny dom.

Brat Grbicia zasypiał, gdy Nikola zdobywał olimpijskie złoto. Przewidział prawie każdy wynik

Złoto z Sydney dobrze pamięta też Dragan Grbić. Był wtedy jeszcze dzieckiem i to on doświadczał sukcesu braci z perspektywy rodzinnego domu. – Kończyłem wtedy podstawówkę i już grałem w siatkówkę. Pamiętam, że rozmawialiśmy z Nikolą przed igrzyskami. Powiedziałem mu, że pokonają Holendrów 3:2 w ćwierćfinale, Włochów 3:0 w półfinale i Rosję 3:1 na koniec. Po półfinale dostałem od niego pocztówkę, mam ją jeszcze gdzieś w domu. Napisał na odwrocie: "Dobra robota", bo pamiętał, jakie wyniki obstawiłem. Pomyliłem się tylko przy finale, ale na szczęście było jeszcze lepiej, niż obstawiałem – śmieje się Dragan.

– Z tych igrzysk najbardziej pamiętam ćwierćfinał przeciwko Holendrom. Mama wyszła z domu, tata pojechał gdzieś samochodem. Wszystkim udzielały się nerwy, byli bardzo zestresowani. System gry na igrzyskach sprawia, że ćwierćfinał zawsze ma ogromne znaczenie, i tym razem nie było inaczej. Choć już przy finale z Rosją byłem dziwnie spokojny, że wygrają. Pamiętam, że mecz był o szóstej rano i nad nim zasypiałem. Po nim nie mógłbym już spać, bo gdy wygrali, 20 minut później nasz dom wypełnił się ludźmi z okolicy. Przyszli wszyscy koledzy Vladimira z drużyny, sąsiedzi i przyjaciele rodziny. Jedyna taka impreza w życiu – wspomina Dragan Grbić. – Z Nikolą i Vladimirem spotkaliśmy się dopiero kilka dni po finale, gdy wrócili do kraju. Nie było telefonów komórkowych, więc do tej pory widziałem ich tylko w telewizji. W Kleku mieszkańcy zrobili im wielkie powitanie na lokalnym małym stadionie. Chyba nigdy nie był tak wypełniony. Było tam z pięć tysięcy osób, wielki tłum, który wylewał się na ulice – dodaje.

Dragan trafił do domu Grbiciów, gdy miał trzy lata. Wtedy zginęli jego rodzice, w tym brat Milosa Grbicia. Ojciec Vladimira i Nikoli adoptował wówczas Dragana i ten wychowywał się w tym samym miejscu co synowie Milosa. Oni byli już nastolatkami pochłoniętymi grą w siatkówkę i niedługo później wyjechali z Kleku, żeby rozwijać swoje kariery. Dragan tu został i grał jedynie w lokalnym klubie. Później został trenerem, obecnie pracuje jako asystent u siatkarek rumuńskiego CSM Lugoj.

Gdy rozmawiamy, prosi, żeby o Nikolę pytać raczej Vladimira, bo to on jest bardziej wygadany i medialny. O Draganie trudno znaleźć jakiekolwiek informacje, jakby ukrył się w cieniu swoich sławnych braci. Ale w końcu mówi o Nikoli też ze swojej perspektywy. – Jest świetnym bratem, a jego wizerunek na boisku niewiele różni się w stosunku do życia prywatnego. Jest starszy i bardziej doświadczony życiowo ode mnie. Nauczyłem się od niego wiele zarówno w siatkówce, jak i w życiu. Najważniejsze? Dyscyplina i nieustępliwość. To mądra i bardzo przyziemna, normalna osoba – uważa Dragan Grbić.

Przychodził do Polski chwilę po wielkim kryzysie. "Można to nazwać moim upadkiem"

Dragan uważa, że teraz drugim domem dla Nikoli stała się Polska. – To już pięć lat, odkąd tu trafił. Wie, że w Polsce pracuje na najwyższym poziomie. Ma wokół siebie znakomitych ludzi. Z tego, co mi mówi, jest bardzo zadowolony ze wszystkiego, co tu ma. Za każdym razem, gdy rozmawiamy, podkreśla, jak dobrze się tu czuje. To, jakim szacunkiem darzy wasz kraj, pokazuje też fakt, że nauczył się języka – zauważa.

Nikola trafił tu po najtrudniejszym okresie swojej trenerskiej kariery. Dwa razy nie udało mu się zakwalifikować na igrzyska olimpijskie z Serbami, a następnie dwukrotnie stracił pracę – w serbskiej kadrze i klubie z Werony. – Można to nazwać moim upadkiem, miałem wtedy bardzo trudny moment. Ale wiem, że po takim momencie przychodzą chwile radości i zwycięstw – mówił nam obecny szkoleniowiec polskich siatkarzy.

Zatem Grbić, przychodząc do Polski, zrobił niejako krok do tyłu. Ze zdecydowanie najlepszej ligi świata w  tamtym momencie, czyli z Serie A, przyszedł do PlusLigi, która choć uchodziła za silną i w jej klubach grało wielu świetnych zawodników, to nie można jej było przypisać tylu sukcesów, co w ostatnich kilku sezonach już tak. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle była jednak idealnym miejscem, żeby Grbić się odbudował, a w przypadku sukcesu – żeby dał sobie szansę na zbudowanie przyszłości właśnie w Polsce. A sukces okazał się ogromny – Grbić wygrał z ZAKSĄ rozgrywki Ligi Mistrzów. A polskie kluby nie zdobywały Pucharu Europy aż przez 43 lata. Serb rozpoczął złotą erę kędzierzynian, a sam zaraz po ostatniej piłce finału w Weronie padł na boisko, niemal szlochając ze wzruszenia. Wszystko przez to, że dla niego to był też koniec pracy w klubie.

– ZAKSA wtedy była skazywana na pożarcie przed każdym wielkim wyzwaniem, jakie miała. Pokonała wielkie Cucine Lube Civitanova i Zenit Kazań, choć w żadnym z tych meczów nie była faworytem. Przyszedł finał i szansa na wielki sukces. A wszystko w dodatkowych okolicznościach, bo wiedzieliśmy już, że to ostatni mecz Nikoli w roli trenera w Kędzierzynie, że zaraz odejdzie do Perugii – przypomina sobie Dragan Grbić. – Dlatego śledziłem tylko wynik meczu na livescorze, poza domem. Obok niego mamy dwa boiska: małe do piłki nożnej i takie do siatkówki, a za nimi jest kościół. Chodziłem w kółko od jednego miejsca do drugiego i tylko wpatrywałem się w to, jak zmienia się wynik. Z nerwów. Tak spędziłem cały ten wieczór, nie obejrzałem chyba żadnej akcji z tamtego spotkania – przytacza.

Historie Polski i Grbicia mogą się uzupełnić medalem igrzysk. "To dla niego ważne"

Grbić wrócił do Włoch, gdzie został trenerem Sir Safety Perugii. To zbiegło się w czasie ze zmianą w reprezentacji Polski, z którą żegnał się Vital Heynen, i ze zmianą prezesa w Polskim Związku Piłki Siatkowej, gdzie władzę przejmował Sebastian Świderski. Z nim Grbić współpracował w ZAKSIE i od początku jasne było, że Świderski będzie chciał go sprowadzić do Polski, by pracował z kadrą. A jeszcze bardziej oczywisty był cel Serba w tej roli. Chciał awansować z polskimi siatkarzami na igrzyska w Paryżu, tym samym dokonując tego, co nie udało mu się z Serbami. We Francji liczy się już wspólny cel: pierwszy od 48 lat medal dla Polski i pierwszy dla Grbicia-trenera.

– To dla niego ważne. Jest tym podekscytowany, skupiony na celu i gotowy, żeby to osiągnąć. Znacie Nikolę, nie lubi kalkulować. Nie będzie się przejmował, z kim, kiedy i gdzie gra. Dla niego najważniejszy jest głód zwycięstwa. Musi go w sobie rozbudzić i wtedy wszystko się układa. Myślę, że teraz nie trzeba go do tego namawiać. Ma go w sobie, ile tylko trzeba, bo igrzyska są dla niego najważniejsze – mówi Dragan Grbić.

Tym medalem Nikola spełniłby swoje kolejne marzenie. Jasne, że w wyśnionej sytuacji odbierałby go jako trener Serbów, ale jego historia przywiodła go właśnie tu, do Polski. I wielu powie, że krążek zdobyty z Polakami bardzo by do niego pasował. Jednak to jasne, że zdobyłby ten medal ze swoją serbską kamienną twarzą przy linii podczas meczów, a po meczu pewnie nastąpiłby kolejny piękny wybuch emocji. Prawdziwy Nikola Grbić kryłby się w głębi tego sukcesu, jak zawsze.

– Polska kadra siatkarzy ma niezwykły potencjał. Zdobyła wszystkie największe trofea, ma wszystko, co można osiągnąć w siatkówce, i skład, dzięki któremu może to powtarzać. Czego potrzebuje? Moim zdaniem kogoś, kto wcieli w tę grupę zawodników ogromne zaangażowanie i pasję. Chyba wiesz, o kim mówię – puszczał oko Vladimir Grbić, gdy jego brat dopiero zostawał trenerem Polaków. Nadal jest przekonany, że historie Polaków i Nikoli Grbicia do siebie pasują. I najlepiej, gdyby uzupełniły się w Paryżu.

Redagował Piotr Wesołowicz

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...