Pięć gwoździ do trumny Scolariego

Właściwie można się było tego spodziewać, choć takiego szkoleniowca po zaledwie siedmiu miesiącach nie zwalnia się co dzień. Dlaczego Scolari musiał odejść?

Konflikt ze starszyzną

Owszem, każdy trener Chelsea, który nie nazywa się Jose Mourinho ma generalnie przerąbane. Nie jest łatwo szkoleniowcowi, kiedy najważniejsi zawodnicy jego zespołu są na zabój zakochani w innym szkoleniowcu. O przykłady nietrudno, pisałem zresztą o nich niedawno.

Lampard otwarcie mówił, że przed sezonem był o krok od przejścia do prowadzonego przez Mourinho Interu Mediolan. Terry, z którym dla ''Guardiana'' wywiad przeprowadził pięciolatek stwierdził, że z trzech trenerów, których miał w Chelsea Mourinho był najlepszy. Owszem, ubrał to w ładne słowa, ale przekaz był jednoznaczny.

Jednak Scolari nie zrobił nic, żeby sceptycznych Terry'ego i Lamparda do siebie przekonać. Cały czas utrzymywał, że wszystko jest w najlepszym porządku, a zawodnicy go uwielbiają. Tymczasem było zupełnie inaczej. Nie powiem, że piłkarze grali przeciwko niemu, ale faktem jest, że ci najważniejsi, którzy wcześniej za klub - bo nawet nie za Mourinho, za Avrama Granta było tak samo - daliby się pokroić. Tymczasem w ostatnich meczach drużyna grała źle, a jej liderzy wyglądali, jakby kompletnie ich to nie obchodziło. Owszem, nie grali źle, ale po dawnej charyzmie i chęci wyrwania rywalom zwycięstwa zębami nie pozostał ślad.

Scolari zrobił tu pewien błąd. Po wyjazdowej porażce 0:3 z Man Utd, najwyższej od blisko trzech lat, próbował wstrząsnąć zespołem. Nie opowiadał dyrdymał o oszukujących sędziach, o spisku, ale powiedział wprost, że jego zawodnicy grają na 50, a niektórzy nawet na 35 procent swoich możliwości. Miał rację, ale przyzwyczajeni do zawsze wychwalającego ich pod niebiosa Mourinho piłkarze raczej nie przejęli słów szkoleniowca za dobrą monetę.

Nieporozumienia z właścicielem

Trzeba jednak powiedzieć uczciwie - to nie zawodnicy zwolnili Scolariego. Zwolnił go Roman Abramowicz. To właściciel Chelsea uznał, że klub potrzebuje zmiany.

Fakt, że Scolari szybko stracił zaufanie szefa. Światowy kryzys finansowy nie obszedł się z finansami Romana Abramowicza łaskawie. Rosjanin stracił ok. jedną trzecią majątku i nie w smak były mu wielkie inwestycje w klub. Tymczasem Scolari domagał się transferów, na które Chelsea bez otwarcia kieszeni właściciela nie było stać. Nie podobało mu się, że londyńczycy przegrali z Man City wyścig o Robinho, zimą głośno domagał się sprowadzenia kolejnego napastnika i zastępcy dla kontuzjowanego Joe Cole'a. Dostał tylko tego ostatniego - wypożyczonego z Interu Mediolan i będącego bez formy Ricardo Quaresmę.

Ale nie kłótnie o pieniądze podkopały pozycję Scolariego najbardziej. Brazylijczyk miał sprawić, że ziści się sen Abramowicza i Chelsea będzie grała jak Brazylia. Debiutanckie ligowe zwycięstwo 4:0 nad Portsmouth, w którym londyńczycy zmasakrowali przeciwników i rzeczywiście grali pięknie, tylko tę iluzję pogłębiło. Problem w tym, że od początku był to tylko miraż.

Scolari był jedną z ostatnich osób, które mogły to sprawić. Owszem, zdobył z Brazylią mistrzostwo świata, ale już wtedy dał się poznać, jako trener organicznie nienawidzący porażek i karmiący swoich zawodników cytatami ze ''Sztuki wojny''. Trener, dla którego paskudne zwycięstwo zawsze będzie więcej warte niż piękna porażka. Trener, który bez wahania zmieni swój zespół w zgraję bandytów, nakaże im faulować i prowokować rywala zamiast grać w piłkę, jeśli tylko będzie miał dzięki temu przewagę. Kto pamięta jeden z najpaskudniejszych meczów ostatnich lat, wygrany przez drużynę Scolariego 1:0 mecz Portugalia - Holandia na mundialu, w którym sędzia pokazał 16 żółtych i cztery czerwone kartki doskonale wie, o co chodzi.

Kiedy drużynie przestało iść, rozczarowany właściciel bez żalu wypłacił Scolariemu pieniądze za pozostałe półtora roku obowiązywania kontraktu i pokazał drzwi.

Kozioł ofiarny

Żeby jednak oddać sprawiedliwość, nie można całej winy za złe wyniki zwalać na Scolariego. Trudno winić go za notoryczne kontuzje ważnych graczy, którzy ledwo stanęli na nogi, już padali ponownie, ot choćby Michaela Essiena czy Joe Cole'a, którego w tym sezonie już na boisku nie zobaczymy.

ie jest też winą Scolariego to, że niektórzy jego zawodnicy nagle zaczęli się zachowywać, jakby zapomnieli, że potrafią grać w piłkę. Kryzys formy Petra Cecha zaczął się jeszcze zanim Scolari objął zespół - na Euro. Mechanicznie wręcz skuteczny bramkarz nagle zaczął popełniać proste błędy.

Trudno winić Scolariego za to, że kupiony jeszcze przez Mourinho Florent Malouda przez półtora roku nie potrafił się zaaklimatyzować w Londynie i z błyskotliwego skrzydłowego przeistoczył się w bezproduktywnego człapacza jakby zaprogramowanego na podejmowanie zawsze błędnych decyzji.

Trudno też mieć do trener pretensje o to, że jego najlepszy napastnik, Didier Drogba ni stąd ni zowąd zamiast bramki przeciwnika zaczął z uporem godnym lepszej sprawy ostrzeliwać narożne chorągiewki.

Błędy w treningu

Jest jednak winą trenera to, że na problemy swoich zawodników nie potrafił odpowiednio zareagować. Choćby na treningach, na które zawodnicy narzekali. Nie podobało im się, że zamiast ćwiczyć poszczególne elementy gry Scolari przez większość czasu kazał im bawić się piłką. Narzekali, że nie mają wystarczającej siły i wytrzymałości, żeby tak jak za czasów Mourinho zabiegać rywala na śmierć, a stałe fragmenty gry - dawniej niezwykle groźna broń zespołu, zaczęły być dla niego śmiertelnym zagrożeniem.

Błędy w taktyce

Piłkarze narzekali też na taktyczne pomysły Brazylijczyka. Nic dziwnego, bo pod jego wodzą Chelsea stała się zespołem do bólu przewidywalnym. Pierwszy ligowy mecz z Portsmouth tylko zaciemnił obraz sytuacji. Pokazał wprawdzie nową Chelsea, ale szybko okazało się, że nowa jakość, nawet jeśli nowa, wcale nie jest tak jakościowa jak się pierwotnie wydawało. Portsmouth zostało rozbite między innymi dzięki nieustającym ofensywnym rajdom bocznych obrońców, którzy mimo gry w systemie 4-3-3 mieli stanowić w zasadzie całą siłę Chelsea na skrzydłach. Rywale szybko to jednak rozszyfrowali i neutralizując ofensywne wejścia Bosingwy i Ashleya Cole'a podcięli drużynie skrzydła.

Okazało się, że granie trójką rozgrywających w środku (Lampard, Ballack, Deco) i wystawianie na boku ataku Didiera Drogby, klasycznego środkowego napastnika sprawia, że Chelsea szybko traci rezon. Mozolnie pcha się zagęszczonym, także przez własnych zawodników środkiem boiska i w stwarzanym przez siebie chaosie sama się topi. Utopiła się też pierwsza strzelba zespołu - Nicolas Anelka, który na początku sezonu strzelał gola za golem. Napastnik coraz częściej zagubiony biegał po boisku niczym bezgłowy kurczak, szukając piłki wszędzie, tylko nie tam gdzie powinien. Niepotrzebnie cofał się, żeby rozgrywać, po czym nie nadążał za akcją. Często uciekał też na skrzydła, co może i pomagało wykreować sytuacje, ale wykańczać ich już nie było komu.

Scolari nie potrafił zareagować. Nie tylko na dłuższym dystansie - nie wymyślił nic, co zmieniłoby styl gry zespołu. Także na krótkim meczowym, bo jego zmiany, zamiast pomagać drużynie, tylko pogłębiały chaos. Głośne i ironiczne pytania zawodników o to, czy trener miał w przegranym meczu świadomość, że drużyna nie broni wyniku, ale musi atakować dobrze pokazały, w czym problem.

Brazylijczyk uporczywie wystawiał też przy Deco, choć powodów do odstawienia go od składu miał aż nadto. Portugalczyk start w nowej drużynie miał wprawdzie imponujący, jednak po kontuzji, której doznał w październiku na boisko wrócił jego zły bliźniak, jakby żywcem wyciągnięty ze schyłkowego okresu gry w Barcelonie. Zawodnik przygnębiająco bezproduktywny, niweczący nawet obiecujące sytuacje nieprzemyślanymi strzałami z dystansu, które nie stanowiły dla rywali żadnego zagrożenia. Mimo tego Scolari na Deco stawiał, jakby chciał pokazać Lampardowi, że sprowadził sobie własnego adiutanta i adiutanci Mourinho mu niepotrzebni.

Co dalej?

Chelsea bez dwóch zdań ma problem. Ktokolwiek zostanie nowym szkoleniowcem, będzie musiał jednocześnie gasić pożar i w płonącym domu mieszkać. Już 25 lutego Chelsea gra w Lidze Mistrzów z Juventusem i już wtedy musi pokazać nową jakość, żeby chociaż w Europie spróbować uratować sezon. O mistrzostwie Anglii, tracąc do prowadzącego Man Utd siedem punktów przy jednym meczu rozegranym więcej raczej może zapomnieć.

Sęk w tym, że jeden z największych problemów klubu pozostanie. Unoszące się nad Stamford Bridge od ponad roku widmo Jose Mourinho nie odjedzie, tym bardziej, że nadal drużyną będą rządzić wzdychający za Portugalczykiem piłkarze. Trudno powiedzieć, kto powinien zostać nowym szkoleniowcem, żeby wreszcie londyński kompleks Mourinho zwalczyć. Być może jedynym rozwiązaniem jest zadzwonienie po prawdziwych fachowców.

Piotr Mikołajczyk