US Open. Serena Williams się pogubiła [KORESPONDENCJA]

Serena Williams nie pobije rekordu Steffi Graff, przynajmniej na razie. W półfinale US Open przegrała z sensacyjną Czeszką Karoliną Pliskovą

PAWEŁ KISZKIEL Dla 34-letniej Sereny tegoroczny turniej w Nowym Jorku był pierwszą szansą - ale być może też jedną z ostatnich - żeby odebrać słynnej Niemce Steffi Graff miano najwybitniejszej zawodniczki w historii zawodowego tenisa. Obie mają po 22 tytuły wielkoszlemowe w singlu. Do półfinałów US Open wszystko wskazywało, że w tej korespondencyjnej rywalizacji wszech czasów Amerykanka wreszcie postawi "kropkę nad i". W ćwierćfinale z Rumunką Simoną Halep, który był bezapelacyjnie najlepszym meczem turnieju kobiecego, zagrała znakomicie.

Przed półfinałem w czwartek wieczorem również wydawało się, że gwiazdy układają się po myśli Sereny. Jakim cudem wysoka, szczuplutka 24-letnia Czeszka, która wcześniej nigdy nie zaszła w turniejach wielkoszlemowych tak daleko, miałaby stawić czoła potężnej, muskularnej mistrzyni? Tak musiała myśleć większość kibiców na stadionie Arthura Asha, kiedy obie wyszły na kort i pozowały do pamiątkowego zdjęcia.

O dziwo, kiedy tylko zaczęły grać, to Amerykanka wyglądała na stremowaną debiutantkę, a młoda Czeszka była niewzruszona - ani stawką, ani największym tenisowym stadionem świata, ani tysiącami widzów, którzy życzyli jej przegranej i cieszyli się po jej zepsutych piłkach. Spokojnie i metodycznie egzekwowała to, co umie najlepiej. Wprawdzie podanie Sereny uchodzi za najlepsze w całej historii tenisa, ale w tym sezonie to Pliskova zaserwowała więcej asów!

W czwartek serwowała zdecydowanie lepiej niż Serena. Amerykanka nagle znalazła się w sytuacji lekarza, któremu zaaplikowano jego najmocniejsze lekarstwo. I zupełnie się pogubiła. Pierwszego seta przegrała gładziutko 6:2. Mimo tego nowojorska publiczność nie wpadała w panikę - przecież Serena wiele razy pokazała, szczególnie w ostatnich latach, jak wychodzi ze znacznie gorszych opresji.

Tym razem jednak nie wyszła - z dwóch powodów. Po pierwsze, musiała być trochę zmęczona po intensywnym ćwierćfinale rozegranym dzień wcześniej. Po drugie, nie miała jak złapać właściwego rytmu, bo styl gry Pliskovej jest rwany, szarpany, nieregularny - oprócz mocnego serwisu bije ostre, płaskie uderzenia na zasadzie "wóz albo przewóz". Często returnuje nie żeby przebić piłkę i "zaczepić się " w wymianie - jak robi większość tenisistów - tylko żeby od razu wygrać (albo przegrać).

Ostatnią nadzieją Amerykanki było, że Pliskova przestraszy się wygranej, co często zdarza się młodym i niedoświadczonym zawodniczkom. Ale nic z tego! Czeszka zachowała stoicki spokój do samego końca. Popełniała czasami podwójne błędy serwisowe, ale przyczyną nie były nerwy, tylko chłodna kalkulacja - po prostu więcej ryzykowała przy drugim podaniu, bo to się jej opłaciło. To Amerykanka nie wytrzymała psychicznie - przy pierwszym meczbolu, kiedy przegrywała 5-6 w tie-breaku drugiego seta, popełniła podwójny błąd serwisowy.

Nowojorska publiczność znalazła się w ciężkim szoku. A nie było to jeszcze ostatnie nieszczęście, jakie spadło na nią czwartkowego wieczoru.

Po Serenie wyszła na kort Karolina Woźniacka, Dunka polskiego pochodzenia, znana tutaj jako Sweet Caroline, czyli Słodka Karolina. Jest ona najbardziej amerykańską ze wszystkich zagranicznych zawodniczek, w Nowym Jorku uwielbiają ją jak adoptowaną córkę. Ma dwa mieszkania na Manhattanie (drugie dla rodziców), przyjaźni się z Sereną Williams, lansuje się na jej pokazach mody (bo siostry Williams, kiedy nie grają w tenisa, podobno jeszcze projektują modę).

Niestety adoptowana córka również przegrała. Od samego początku widać było, że nie ma szans w starciu z rozstawioną z dwójką Angelique Kerber, Niemką polskiego pochodzenia, która mieszka w Puszczykowie pod Poznaniem. W pierwszych czterech gemach Sweet Caroline popełniła tylko pięć niewymuszonych błędów, ale przegrywała 4:0. W jej tenisie największym atutem są nogi, które dwa lata temu poniosły ją do mety nowojorskiego maratonu w bardzo przyzwoitym czasie 3 godziny i 26 minut. Na korcie dobiega niemal do wszystkiego, ale nie ma kończących uderzeń; często gra na przerzut, czyli półloby na drugi koniec kortu. Tymczasem 28-letnia Kerber - oprócz mocnych nóg - ma jeszcze złote ręce, dzięki którym w tym roku wygrała Australian Open i była w finale Wimbledonu. Już wiadomo, że bez względu na wynik sobotniego finału z Pliskovą, Niemka będzie w poniedziałek na pierwszym miejscu listy WTA - tym samym detronizując Serenę, która utrzymywała się tam przez ostatnie 186 tygodni.

Zmagania dwóch "polonusek", zakończone wynikiem 6:4, 6:3 dla Kerber, oglądałem w największym możliwym zbliżeniu - organizatorzy US Open okazali się na tyle sympatyczni, że na ich mecz wpuścili mnie na tzw miejsca klubowe, tuż przy korcie. Zwykły śmiertelnik, żeby tam siedzieć podczas półfinału turnieju, musi wyłożyć przynajmniej tysiąc dolarów. Oczywiście nie ma tam zwykłych śmiertelników, są tylko nowojorscy bogacze, którzy często w ogóle nie interesują się tenisem, ale co roku pokazują się na kortach US Open, żeby potwierdzić swój status społeczny.

Na miejscach klubowych mecz odbiera się zupełnie inaczej - fizyczny wysiłek tenisistów jest bardziej namacalny, niemal można poczuć krew, pot i łzy. Ale, paradoksalnie, na korcie Arthura Ashe'a dużo przyjemniej ogląda się mecze z tańszych miejsc na wyższych trybunach, gdzie ma się lepszy ogląd całego kortu. Co więcej, na poziomie kortu jest dużo bardziej parno niż na górze, gdzie wieje przyjemny wietrzyk. Dlatego - co donoszę ze złośliwa satysfakcją - bogacze z elitarnego klubu mają nie tylko gorszy widok, ale jeszcze siedzą spoceni jak mopsy. No ale jeśli ktoś chce się lansować, to musi czasami ponieść pewne ofiary.

US Open. Mike Tyson bił brawo, a Djoković śpiewał. Co zapamiętamy z jego meczu z Janowiczem?

źródło: Okazje.info

Więcej o: