MŚ w siatkówka. Wojciech Drzyzga: Nie chcę być Wojciechem Cejrowskim siatkówki

- Polska myśl szkoleniowa pozostaje Kenią siatkówki - mówi w rozmowie ze Sport.pl były siatkarz, trener, a obecnie komentator Polsatu Sport, Wojciech Drzyzga.

Wojciech Drzyzga to były siatkarz, uczestnik igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, trzykrotny mistrz Polski i trzykrotny wicemistrz Europy. Jest wychowankiem Sarmaty Warszawa, lecz dużą część kariery spędził w Legii (1977-1986).

Po zakończeniu kariery zawodniczej został trenerem. Prowadził m.in. AZS Olsztyn czy Mostostal Kędzierzyn-Koźle. W latach 2000-2001 był asystentem Ryszarda Boska w polskiej kadrze mężczyzn. Od 2003 roku zajmuje się komentowaniem siatkówki.

Ma dwóch synów – Fabiana i Tomasza. Obydwoje związani są z siatkówką. Fabian, młodszy z nich, w 2014 roku został mistrzem świata. Już od 12 września w bułgarskiej Warnie będzie bronić tytułu zdobytego przed czterema laty.

Nie jest pan postacią, wobec której można przejść obojętnie. Słynie pan z dosadnych wypowiedzi. Ludzie się tego boją?

Wojciech Drzyzga: - Nie staram się szukać popularności, jednak zawsze mówię to, co myślę. Nie uważam tego za atut, a za normę – tak zostałem wychowany. Bardzo cenię sobie uczciwość zawodową i w tej kwestii nikt nie jest w stanie na mnie wpłynąć.

Nie zmienia to faktu, że nie chcę być Wojciechem Cejrowskim siatkówki. Nie interesuje mnie też to, że być może inni ludzie nie potrafią odpowiadać na trudne pytania. O sporcie, który jest rzeczą konkretną, nie potrafię rozmawiać niekonkretnie.

Mówię to, co myślę i zawsze podpisuję się pod własnymi słowami. Nie przejmuję się, kiedy mówią o mnie „ojciec tego syna” i nie czytam tego, co wypisuje się w internecie. Jestem za stary, by przejmować się takimi rzeczami.

Świat zawsze był dla pana czarno-biały?

- „Zerojedynkowo” wychowali mnie rodzice i Hubert Jerzy Wagner. W życiu może i znajdę miejsce na szarości, ale w sporcie jestem czarno-biały.

Wszystko wzięło się z domu.

- Mój tato umarł wcześnie, kiedy miał 60 lat – niedługo po urodzinach Fabiana. W swojej historii miał mały ślad sportowy. Był duży jak na tamte czasy – prawie 190 cm wzrostu, sto kilo wagi - zajmował się pięściarstwem. Niezwykle szanował pracę i rodzinę, a zawodowo parał się mechaniką samochodową. Dwa razy wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, by zarobić na życie. Był dla mnie bardzo dużym wzorem moralnym, który do wszystkiego podchodził konkretnie. Parę razy pasek przykleił mi się przez niego do tyłka, ale zawsze była to zasłużona kara.

Ciekawa jest ta konotacja – pański ojciec był „zerojedynkowy”, pan taki jest i Fabian również.

- Tak, to prawda. Podobieństw jest jednak więcej. Ojciec był moim największym kibicem i chodził na wszystkie mecze, choć ciężko pracował. Ja również byłem taki w stosunku do moich dzieci.

To on miał największy wpływ na pana karierę?

- Nie, tylko kibicował. Najwięcej nauczyłem się od Wagnera.

Siatkówka późno pojawiła się w pana życiu. Miał pan 16 lat.

- Tak, dopiero w drugiej klasie technikum. Trafiłem wtedy do warszawskiej Sarmaty. Moim pierwszym trenerem był Władysław Krzyżaniak, który był konkretny i miał bardzo duże serce do młodzieży. Trafiłem idealnie. Powoływał mnie na wszystkie turnieje, choć ja w odniesieniu do chłopaków w moim wieku nie umiałem nic.

Skąd taki kredyt zaufania?

- Nie wiem. Spojrzał na mnie, ocenił i postanowił dać szansę mimo tego, że inni dwaj trenerzy mnie wyrzucili, stwierdzając, że jestem za stary i się nie nadaję. Bardzo szybko nadrobiłem braki i wkrótce trafiłem na Huberta Jerzego Wagnera.

U niego już nawet nie było „zerojedynkowo”, a chyba tylko „jedynkowo”, haha. Jego prawda życiowa miała stać się naszą, a jeśli się tego nie akceptowało, to nie było się w drużynie.

Akceptował pan zawsze?

- Tak, nawet trochę ślepo. Partnerstwa z Wagnerem zaznałem dopiero w Turcji. Wtedy nawet dwa razy się mnie o coś zapytał.

 O co?

- Jak się czuję i czy może coś w treningu zrobilibyśmy inaczej. Co więcej, mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu przez trzy tygodnie! Wbrew pozorom był bardzo miłym człowiekiem, ale całkowicie nie tolerował ludzi, którzy nie akceptowali jego metod.

Jakie były kary i jakie błogosławieństwa pracy z nim?

- Kar było bardzo dużo. Miał swój zbiór zasad, których należało bezwzględnie przestrzegać. Ważna była punktualność. Jeśli ktoś spóźnił się choć kilka sekund, to odjeżdżaliśmy bez niego. Pamiętam jak podczas Pucharu Świata w Japonii jeden z młodszych siatkarzy spóźnił się o minutę, a Wagner kazał zamknąć drzwi od autokaru i dodał, że on dla niego już nie istnieje. Zbigniew Zieliński, bo o nim mowa, od tamtej pory nie trenował i nawet z nami nie jadł – koledzy nosili mu kanapki do pokoju. Nie było faceta.

Ja spóźniłem się raz. Razem z Robertem Malinowskim zaspaliśmy na wyjeździe w Jugosławii. Już nawet nie śpieszyliśmy się do autokaru, bo wiedzieliśmy, że odjechał bez nas, ale za to kombinowaliśmy, jak dotrzeć taksówką na miejsce przed resztą drużyny. Udało się nam i nawet nie dostaliśmy kary, bo dojechaliśmy na miejsce przed Wagnerem.

Zgaduję, że niesamowicie musiało więc pana bawić medialne przeżywanie tego, że Ferdinando De Giorgi narzucił kadrowiczom wspólne jedzenie posiłków?

- Współczesne reguły wprowadzane przez trenerów mnie śmieszą. To nie jest dla mnie żaden rygor. Wagner miał dziesiątki zasad, ale przez to, że za młodu był legendą, nikt nie był w stanie mu się sprzeciwić. Do dziś pamiętam, jak wieczorem mieliśmy grać mecz ligowy, a wcześniej kazał nam biegać w metrowym śniegu. Dlaczego? Bo wkurzył się na nas za przegrany set w spotkaniu z klubem z Andrychowa.

Kiedyś pojechaliśmy na obóz sylwestrowy. Zapytał nas, ile chcemy wódki. Ktoś nieśmiało odpowiedział, że wystarczy pół litra na stolik. Uśmiechnął się, bo wiedział, że to mało. Kiedy domówiliśmy kolejną połówkę, poinformował nas, że 1 stycznia mamy trening o 9.00. Wstaliśmy od stołu o 4.00. Nie karał nas za to, że piliśmy, ale za to, że nie przyznaliśmy się, że chcemy więcej alkoholu.

Wagner nigdy nas jednak nie oszukał i nie robił czegoś, czego nie zapowiedział. Kilku graczy poważał, z pozostałymi było średnio. Wymagał jednak absolutnego szacunku względem własnej osoby.

Pana szanował?

- Choć nie wiedziałem tego na początku, to byłem trochę jego dzieckiem. Kiedy zobaczył, że gram w dziurawych butach, to dał mi Adidasy, opiekował się mną, wyciągnął z MDK-u i od razu wstawił do pierwszej szóstki w Legii. Rozłożył nade mną parasol ochronny, więc chyba nie jestem w stanie mówić o nim obiektywnie. To był dla mnie najważniejszy trener.

Jakie były realia gry w czasach głębokiej komuny?

- Z Polski można było wyjechać dopiero po 30. roku życia. Jeśli się tego nie zrobiło, to cała kariera była smutna. Mogę to wszystko określić jako syf, brud i biedę, choć sportowcy byli rozpieszczanymi dziećmi. Wiodło nam się dobrze. Państwo było najlepszym sponsorem, a pieniądze brały się nie wiadomo skąd. Mimo to autokary jeździły zimne, a dobrego jedzenia praktycznie w ogóle nie było.

Poziom zarobków w Polsce wynosił 25 dolarów. Wyjeżdżając z Legii za granicę dostawałem 35 dolarów, a kiedy turecki manager pokazał mi 1500 dolarów, to po raz pierwszy w życiu widziałem tak duże pieniądze.

1980 rok, igrzyska olimpijskie w Związku Radzieckim. Moskwa była lepsza niż Warszawa?

- Był to jeszcze większy syf. Wioska olimpijska przypominała blokowisko ze świeżo pomalowanymi ścianami, a Finowie ratowali nas pod względem jedzenia, bo załatwili choćby masło do śniadania. Sportowo wyszło ok, Rosjanie byli bardzo mili, a my trochę czuliśmy się, jak w jakimś obozie, bo wszyscy nas pilnowali i nie mogliśmy nigdzie wyjść bez zezwolenia. Chłopaki opowiadali jednak, że w Montrealu było jeszcze gorzej.

Cztery lata później miało być Los Angeles, a wy wybraliście się na igrzyska przyjaźni na Kubę. Świetny deal.

- To był dramat. Dowiedzieliśmy się o tym podczas obozu wysokogórskiego, na którym ćwiczyliśmy po 8 godzin dziennie. Kolejne kraje socjalistyczne zaczęły się wycofywać z udziału w igrzyskach olimpijskich i było wiadomo, że czeka to również nas. Kiedy nas wycofano, przez tydzień piliśmy. Wagner dał nam spokój.

Ogłoszono, że mamy jechać na Kubę. Przez chwilę z Ireneuszem Kłosem i dwoma innymi chłopakami mieliśmy zamiar uciec. Zwyciężył rozsądek, bo mieliśmy już rodziny, a konsekwencją ucieczki byłoby nasze zawieszenie. Zabrakło nam odwagi. Mimo wszystko była to dla nas zarówno osobista, jak i sportowa tragedia, bo całe pokolenie straciło szansę na medal. Później nie było już serca do gry w kadrze. Czekaliśmy, aż dostaniemy paszporty i wyjedziemy za granicę.

Uśmiech od losu sprawił, że wyjechałem wcześniej niż moi koledzy, bo w wieku 28 lat. Niczego się nie bałem. Ktoś, kto funkcjonował w surowej i biednej Polsce był gotowy na wszystko. Turcja była egzotyczna, a wyjazd okazał się szalony. Kiedy teraz pomyślę sobie, że żona dolatywała do mnie trzy tygodnie po moim przylocie i przez ten czas nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu, to aż niemożliwe wydaje mi się, że wszystko się udało. Standard życia rodziny szybko się poprawił, bo zarabiałam więcej.

Francja z kolei była jednym, dużym Pewexem. Przykładem była sytuacja, kiedy moja mama przyjechała nas odwiedzić i poszliśmy do sklepu. Prowadząc wózek z małym Tomkiem, poprosiłem ją o wybranie kurczaka. Popatrzyła na mnie bezradnie i zapytała którego, bo do tej pory w Polsce nie miała tylu opcji. Z perspektywy przybysza z kraju socjalistycznego życie w Bordeaux było bajką.

Karierę skończył pan w wieku 34 lat. Powrót do Polski był oczywisty?

- Miałem jeszcze dwuletni kontrakt z klubem, ale popadał on w coraz większe problemy finansowe więc uczciwie powiedziano mi, że nie umowa nie zostanie wypełniona. Mogłem zmienić zespół, ale miałem słabą pozycję negocjacyjną. Grałem we Francji pięć lat i dopiero za rok mogłem dostać obywatelstwo, w związku z czym przenosiny do jakiegokolwiek klubu wedle obowiązującego systemu wiązałyby się z tym, że blokowałbym drużynie dwa miejsca – i obcokrajowca, i „swojego”.

We Francji nie tylko nauczyłem się życia, ale także ustawiłem się na kolejne kilka lat pod względem finansowym. Powrót do Polski w 1992 roku był straszny. Sportowo nie było tu czego szukać. Zaproponowano mi grę w Legii, ale klub był w olbrzymiej zapaści, bo wycofało się z niego wojsko. Po pół roku przyszli do mnie zawodnicy i zapytali, czy nie chciałbym zostać ich trenerem. Nie byłem wyszkolony, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że podjęcie decyzji o przyjęciu posady stałoby się płynnym wejściem w kolejny etap kariery.

Chciał być pan drugim „Katem”? [tak nazywano Huberta Jerzego Wagnera – przyp. red]

- Nie, bo nie miałem takiej osobowości. To było by sztuczne mimo że miałem charakter sukinsyna – ale jako gracz. Nie zmienia to faktu, że jeśli chodzi o trening i wymagania, to uważałem, że tylko jego metody były skuteczne. Nie naśladowałem, ale on był wzorem.

Pańskiemu pokoleniu często obrywało się, bo w opinii wielu nie wykształciło ono wybitnych trenerów gotowych do doprowadzenia polskiej kadry do sukcesów. Zgadza się pan z tym?

- Moje pokolenie nie miało szans na to, by pracować, ponieważ wszystkim zarządzali amatorzy, którzy udawali profesjonalistów. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Kiedy ogłosiłem w Legii, że chłopaki mają jeść makaron, to pani kucharka wyciągnęła go z zupy i nam go podała. Gdy natomiast zrobiłem badania w Kędzierzynie-Koźlu, to powiedziano mi, że były one niepotrzebne, ponieważ Waldemar Wspaniały ich nie robił.

Co ciekawe, kiedy zwróciliśmy uwagę w Spale, że ponad dwumetrowy siatkarz nie może leżeć w łóżku długim na 190 cm, to uznano, że przesadzamy. Chwilę później Raul Lozano powiedział, że po 45 treningach trzeba zmienić zawodnikom buty. Nie trenował z nimi dopóki zgodnie z jego wytycznymi nie zostały one wymienione.

U nas amatorzy prowadzą profesjonalistów, dlatego kłótnie nie mają sensu. Kiedy byłem młody mówili mi, że na zmiany mam jeszcze czas, i żebym się tak nie spinał. Razem z Maciejem Jaroszem zostaliśmy „zjedzeni” przez starszych działaczy i nie mieliśmy szans zrobić czegokolwiek po swojemu. W klubie mogliśmy pracować, ale nie w kadrze.

W reprezentacji zrobiło się fajnie, kiedy przejął ją Ireneusz Mazur. Wtedy do gry wszedł Polkomtel więc pojawiły się pieniądze. Był jednak problem z mentalnością, bo siatkarze w dużej mierze byli amatorami, którzy bawili się w siatkówkę. Przykładem na to był klub z Kędzierzyna-Koźla w czasie treningów przygotowawczych. Powiedziałem prezesom klubu, że powinienem dostać dodatkowe 3 tygodnie na pracę z zawodnikami, by w ogóle nauczyli się być siatkarzami.

Stąd pana niektóre wypowiedzi?Przepraszam kibiców z Kędzierzyna za mierną postawę mojego zespołu. Sport muszą uprawiać ludzie, którzy mają charakter i serce do gry. Mistrzowie treningu nigdy nie będą mistrzami parkietu. Gdyby chłopaki podczas meczu, choćby w 50 procentach robili to, co na treningach, to wciągnęlibyśmy Jokera nosem. Ale co ja mogę począć w sytuacji kiedy moi aktorzy na próbie generalnej recytują swoją kwestię jak z nut, a podczas spektaklu nagle zapominają roli i dukają co drugie słowo. Może aktorzy są słabi, a może stresuje ich magia i sława klubu, w którym grają – powiedział pan po 6 meczach i wygranych tylko dwóch setach w Kędzierzynie-Koźlu.- Teraz zespół jest rozbity, brakuje w nim chemii – dodał pan.

- Tak, ta wypowiedź była bardzo surowa, ale i prawdziwa.

Chyba najbardziej surowa w stosunku do pana.

- Oczekiwania w stosunku do klubu z Kędzierzyna-Koźla zawsze były wysokie przez chwalebną przeszłość drużyny. Nie zmienia to faktu, że samo założenie dresu z nazwą klubu nie czyni nikogo mistrzem siatkówki. W tamtym czasie z grupy „mistrzowskiej” zostało mi może dwóch zawodników, podczas gdy reszta to byli młodzi chłopcy, którzy byli w drużynie tylko dlatego, że władzom kończyły się pieniądze. Ich poziom był zerowy, a zespół mistrzowski funkcjonował jak amatorski.

Bardzo zraziło to pana do trenerki?

- Nie, nic nie było w stanie mnie do tego zrazić. Najlepiej wspominam czasy Legii, w których byłem bardzo zżyty z zawodnikami. Część z nich mówiła, że uratowałem im życie, bo starałem się im pomóc w nałogach – papierosach, alkoholu – i w ogólnej beznadziei. W Kędzierzynie-Koźlu miałem natomiast podpisany trzyletni kontrakt i razem z prezesem Pietrzykiem ustaliliśmy, że pierwszy rok jest na przeczekanie, a lepsze wyniki na pewno przyjdą z lepszą kondycją finansową klubu.

Najbardziej przeżyłem jednak zachowanie działaczy z Olsztyna. Mieliśmy szansę zdziałać coś fajnego, wynik pierwszego sezonu uważałem za bardzo dobry, lecz to zawodnicy zadecydowali, że nie mamy wspólnej przyszłości. Współpraca z władzami była niezwykle trudna. Kiedy ogłoszono, że pojawi się duży sponsor – PZU – zapytano mnie, kogo zakontraktować. Powiedziałem, że Pawła Papke i Pawła Zagumnego. Skończyło się tak, że mnie wyrzucono i kupiono wspomnianych graczy. Ponoć powiedzieli, że do klubu przyjdą, ale nie do Drzyzgi. 

Dlaczego nie wrócił pan do pracy trenera?

- Wyczerpał się mój limit cierpliwości. Swoje trzy grosze dorzucił do tego też epizod pracy z Ryszardem Boskiem w kadrze – zostaliśmy bardzo źle potraktowani. Środowisko trenerskie w tamtym czasie określiłbym mianem bagna. Wszyscy wyróżniający się, myślący inaczej od „elity” byli wykluczani i niszczeni. Poza tym sponsor chciał trochę zarządzać drużyną od kwestii sportowej. Nie wiem, jak ktoś musiał wtedy nacisnąć, by Ryśka wyrzucić z reprezentacji, ale tak się stało.

Czyimi rękami do tego doszło?

- Zadziałali Waldemar Wspaniały i spółka kwiatu trenerstwa polskiego. Byliśmy wrogami i już nigdy nie „zlepimy się” w jedno. Tamtejsze środowisko trenerskie dla mnie nie istnieje. Dziś to jego przedstawiciele mają przesrane, bo Polak kojarzony jest z tym, że sam nic nie wymyśli, a tylko słucha zagranicznego eksperta. Działacze nadal są ignorantami – jeszcze raz to powtórzę: amatorzy zajmują się profesjonalistami.

Nikt nie bierze za nic odpowiedzialności. Trenerzy mają kontrakty, a działacze nie. Wobec nikogo nie wyciąga się konsekwencji i nikt nie wyciąga wniosków z poszczególnych sezonów. Dlaczego przegraliśmy zeszłoroczne mistrzostwa Europy? Ktoś to wie? Słynne słowo „atmosfera” to blamaż prezesa, dno wytłumaczeń. To ośmiesza cały Polski Związek Piłki Siatkowej, skoro Pion Szkolenia nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Dla władz bardzo wygodne jest sięganie po obcokrajowca. Dlaczego? Bo to duży bufor bezpieczeństwa i wytłumaczenie polegające na tym, że „przecież wzięliśmy dobrego, to nie jest nasza wina, za wszystko przecież płacimy”. Udajemy, że szkolimy polskich trenerów przy obcym selekcjonerze, ale czy którykolwiek z Polaków dojrzał do prowadzenia kadry? Mówię tu o Sordylu, Pryglu, Panasie... Teraz mamy dwóch kolejnych polskich asystentów, którzy się uczą. Zasadniczym pytaniem powinno być, czy w takiej roli w kadrze powinno się być studentem czy profesorem.

Zatrudniliśmy kolejnego obcokrajowca w roli selekcjonera, a polska myśl szkoleniowa nadal pozostaje Kenią siatkówki, jednocześnie nazywając się szumnie „volleylandem”. FIVB i CEV traktuje nas jak dojną krowę, której można nawciskać organizację wszystkiego. Polskie władze się cieszą, bo zarabiają, a obcy trenerzy traktują nas jak wspomnianą Kenię. Znałem Raula Lozano  prywatnie, rozmawialiśmy, ale wszedł na taki poziom arogancji w stosunku do Polaków, że po mojej jednej negatywnej ocenie nazwał mnie „komunistycznym fiutem”. Odpowiedziałem mu, że jest zamordystą z Argentyny, i że nie potrafi traktować nas jak partnera.

Polski działacz w Europie nie istnieje. Mamy jednego fajnego dziwoląga, który nie wiem, skąd się pojawił, czyli Mirosława Przedpełskiego. Dwóch, trzech sędziów przebiło się na chwilę do elity, ale na igrzyskach nie sędziował żaden nasz przedstawiciel.

Zmieniając trochę temat, co czuł pan, kiedy Fabian spełnił pana marzenie o mistrzostwie świata?

- Niedowierzanie. Jak można było wpuścić Fabiana na boisko w piątym secie meczu z Irańczykami? Podejrzewam, że Paweł Zagumny stwierdził, że nie jest w stanie zrobić kroku i tym była podyktowana ta decyzja. Jak mój syn to udźwignął – nie wiem - ale zdawałem sobie wcześniej sprawę, że jest na to gotowy. To było coś niesamowitego. Fabian pracował na to od 12. roku życia.

Mam jedyną w swoim życiu okazję, więc, rzecz jasna ironizując, zadam pytanie, które długo nurtowało wielu. Jak załatwił pan mu miejsce w kadrze?

- Odpowiedź jest prosta: nie załatwiłem. Czy zasłużył, czy nie, o to należy pytać jego trenerów. Z żadnym z jego szkoleniowców nie rozmawiałem, by coś wymusić czy zasugerować. Przyznam się jednak do czegoś – raz załatwiłem powołanie do drugiej reprezentacji mojemu drugiemu synowi, Tomaszowi. Zapytałem, czy mógłby zostać sprawdzony na pozycji libero. Żałuję tego do dziś.

Pamiętam jednak, że raz Stephane Antiga poprosił mnie, bym porozmawiał z Fabianem i nakłonił go do tego, by bardziej przykładał się na treningach. Kiedy Castellani powołał mojego syna do kadry, to zapytałem tylko, czy to już właściwy czas.

Czy ciężko było mieć pod jednym dachem siatkarza z papierami na reprezentacyjne granie i drugiego, który niestety takich predyspozycji nie miał?

- Nie, bo starszy szedł inną ścieżką i od początku zdawał sobie sprawę ze swoich limitów. Wyjątkowy mógłby być tylko na pozycji libero, a na każdej innej skazany był na przeciętność. Siatkówka była jednak jego tak wielką pasją, że nawet gdy grał w drugoligowej Gwardii Wrocław, to był szczęśliwy.

Dzięki talentowi Fabian był bardziej rozpieszczony przez sport. Spodziewaliśmy się, że zajdzie wysoko.

Szkolił pan Fabiana?

- Nigdy. Pamiętam, jak z Tomkiem budowali w naszej wsi boiska z piasku i grali od rana do nocy. Największą karą dla młodszego był zakaz pójścia na trening. Wtedy płakał.

Bolało pana, gdyby mówili, że Fabian doszedł do wszystkiego dzięki panu i nazwisku Drzyzga?

- Nie. Ignoruję takie opinie, bo wypowiadają je ludzie złośliwi i niechętni. O Fabiana się nie bałem. Gdyby takie hasła padały przy Tomku, to podszedłbym do nich inaczej, bo jest delikatniejszy.

Czy może pan z ręką na sercu powiedzieć, że zawsze był pan obiektywny w komentarzach dotyczących występów Fabiana?

- Nie, bo wydaje mi się, że mogłem go bardziej doceniać.

Kiedyś miał pan nie komentować meczów Fabiana w Resovii.

- Marian Kmita [szef Polsatu Sport – przyp. red.] nigdy mi tego nie narzucał. Sam zaproponowałem, że nie będę jeździł do Rzeszowa, w którym grał Fabian. Mimo to przez jakiś czas nie było wielkich możliwości rotacji, ponieważ na antenie byliśmy głównie Ireneusz Mazur i ja, a dopiero później dołączył do nasz Tomasz Wójtowicz. Nigdy nie odsunięto mnie jednak od komentowania meczów Resovii.

Naszą rozmowę rozpoczęliśmy od kontrowersyjności pana wypowiedzi. Pytanie, czy chciał pan chronić Fabiana przed konsekwencjami pewnej słownej bezkompromisowości, która towarzyszyła mu przez dłuższy czas? Pamiętam jego wypowiedzi po Rio o tym, że wielu siatkarzy chciało odejścia trenera Antigi z drużyny.

- Byłem z niego dumny. Ma jaja, którym wielu brak. Dyskutowanie w szatni w kilka osób nie stanowi wyzwania – prawdziwym jest powiedzenie tego samego publicznie. Nie kalkulował, nie chciał być złośliwy – po prostu wyraził to, co czuł. To samo zrobił Michał Kubiak. Reszta schowała głowę w piasek.

Nie pouczałem go, jedynie doradziłem, by czasem powstrzymał się od komentarza. Wyjazd z Polski był dla niego odcięciem się od mediów. Spędził piękny rok w Grecji we wspaniałej atmosferze i choć od strony sportowej nie miał on większej wartości, to wiem, że go potrzebował. Myślę, że w Polsce już więcej nie zagra. To, co miał tu wygrać, już wygrał. Kadrze jednak nigdy nie odmówi.

Po wszystkim, co pan przeszedł w karierze sportowej i trenerskiej, lubi pan to, co teraz robi?

- To jest największy dar od losu. Gadać lubię i na siatkówce się znam – co mogło mnie lepszego spotkać?

Łukasz Kadziewicz trochę pana wygryzł w ostatnim czasie?

- Nie, broń Boże. Wszyscy z Polsatu potwierdzą, że kocham dom i nie lubię wyjeżdżać. To ja odmówiłem kilku wyjazdów. Łukasz jest młody i zdolny, a przy tym otwiera fanów siatkówki na nowe rzeczy. Razem z Tomaszem Swędrowskim robią filmiki, wywiady, czyli rzeczy, w których ja bym się nie odnalazł. Ja bym do szatni nie wszedł, bo kadrowicze nie są moimi kolegami. Kadziu nie ma takich oporów.

Poza podróżami moja praca nie ma żadnych minusów. Mam wielkie szczęście, że trafiłem na sport, który uczy pokory. Siatkówka jest o tyle piękna, ale i zarazem ciężka, że nigdy nie jest się w niej samemu. Nie ma zawodnika, który nie został choć raz zablokowany, a ten, który chce być indywidualistą – przegrywa.

Jako kto bardziej chciałby być pan zapamiętany – zawodnik, trener czy komentator?

- Jako każdy po trochu, bo w każdym z zawodów miałem swoje wloty i upadki. Swoje wygrałem jako siatkarz, niewielu rzeczy żałuję. Cieszę się, że spróbowałem być trenerem i dobrze wspominam te lata. Choć są gdzieś we smutki z powodu niespełnienia pewnych ambicji w tej materii, to nikogo o nic nie poproszę. Dziś na pewno nie przejąłbym kadry, ba, nawet klubu! Mam świadomość swoich braków. Do końca życia będę trzymał się tego, że w żadnej swojej roli nie mogę być ignorantem czy amatorem wśród profesjonalistów.

Mistrzostwa Świata w siatkówce 2018. Na co stać polskich siatkarzy?