Czuję, że każdy rozmówca ma tutaj swoją perspektywę, inne odczucia i własne dylematy. Wielu Irańczyków mieszkających w Los Angeles jest przeciwnych reprezentacji Iranu. Mówią, że reprezentuje krwawy reżim, a nie ludzi. Ale Ishak, z którym rozmawiam w perskiej dzielnicy, widzi to inaczej. - To drużyna, która reprezentuje mój kraj. To reżim nie reprezentuje mojego kraju - zaznacza, a ja zaczynam rozumieć, że w Tehrangeles nic nie jest proste.
Unoszący się w powietrzu pył gryzie w nos i gardło. Moje kichnięcie odrywa Mussę od szlifierki za ladą. Za chwilę cały ten kurz osiądzie na porcelanowych i bogato dekorowanych zastawach, ręcznie malowanych obrazach wypełniających każdy skrawek ścian i stojących w rogu zwiniętych perskich dywanach. Na samym środku pracowni, na wysłużonym drewnianym stole, od którego odchodzi turkusowa farba, stoi pięknie zdobiona szachownica. Biało-czarne pola, a dookoła mnóstwo kolorów. - Może zagramy? - proponuję właścicielowi lokalu, którego zdążyłem już wystraszyć kichnięciem.
- Chętnie, zrobię nam herbaty i zagramy, ale najpierw muszę skończyć obrabiać ten świecznik, bo mam na niego klienta - mówi starszy mężczyzna opuszczając ochronną maseczkę pod brodę, co traktuję jako zaproszenie do dalszej rozmowy. Pracownia Mussy znajduje się w samym centrum dzielnicy West Wood, przy Persian Square, gdzie aż roi się od restauracji, kawiarni i sklepów takich jak jego. Roi się też od dziennikarzy, którzy przyjeżdżają tutaj, by lepiej zrozumieć, czym dla irańskiej diaspory żyjącej w Los Angeles jest zbliżający się mecz Iranu. Mieszka ich tutaj tak wielu (według szacunków ok. 250 tys.), że dzielnica została nieoficjalnie przechrzczona na Tehrangeles. Wychodzisz na ulicę i czujesz się jak w ojczyźnie. Tej, za którą tęsknisz. Sprzed islamskiej rewolucji.
Mussa, choć mieszka w USA od kilkudziesięciu lat, kiepsko mówi po angielsku. Całe życie obracał się wśród swoich. Ktokolwiek wchodzi do jego pracowni, mówi "salam". Rozmawiam więc z jednym z klientów. - Nie wiem, czy będę oglądał ten mecz. Kocham piłkę nożną, ale to jest bardzo trudne. Oglądałem mecze Iranu na poprzednich mundialach i te zwykłe, które były rozgrywane pod koniec roku. Ale teraz zmieniły się okoliczności. To wszystko dzieje się bardzo blisko nas. Ludzie kilka miesięcy temu mieli nadzieję na zmianę. Dzisiaj… jest inaczej. Pewnie włączę ten mecz, ale jakie to wywoła u mnie emocje? Sam nie wiem. Jestem tu z jakiegoś powodu… - nie dopowiada. To rewolucja w 1979 r. wygoniła go z Iranu. Jego i wielu mieszkańców Tehrangeles, po którym często biegają już dzisiaj wnuki ludzi, którzy przyjechali tu jako pierwsi. - To jest reprezentacja reżimu. A ja nie chcę wspierać niczego, co do niego należy. Nawet, jeśli piłkarze nie są winni - twierdzi.
Mussa znika za ladę, a moją rozmowę przerywa warkot szlifierki.
"W moim kraju wszystko jest polityczne, więc polityczna jest też jego reprezentacja"
Spacerując główną ulicą Tehrangeles co chwilę w witrynach sklepów i herbaciarni widzę starą irańską flagę - ma te same barwy jak obecna, ale jest pozbawiona słów "Allahu Akbar" (Bóg jest wielki), a w środku zamiast symboli Islamskiej Republiki ma złotego lwa i słońce. Powiewa nawet przy ladzie "Saffron&Rose", lodziarni z tradycyjnymi perskimi lodami. Kilka miesięcy temu, gdy najwyższy przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei został zabity, to na oknach wywieszono tu plakat "Make Iran Great Again" i zdjęcia Rezy Pahlawiego, syna ostatniego Szacha, lidera opozycji i pretendenta do irańskiego tronu. Wciąż można je znaleźć porozwieszane na ścianach i słupach w całej dzielnicy, ale tamten entuzjazm już opadł. Wówczas Irańczycy świętowali na ulicach, radość była ich pierwszym odruchem, a dzisiaj mają już znacznie mniej nadziei na zmierzch reżimu. Flaga jest symbolem sprzeciwu i dążenia do zmiany. FIFA zakazała wnoszenia jej na stadiony, co stało się przyczyną do wytoczenia jej procesu przez Instytut Głosów Wolności (Institute for Voices of Liberty). Flaga ta na pewno znajdzie się w centrum nadchodzącego, poniedziałkowego meczu z Nową Zelandią. Pytanie, czy na samym stadionie, czy jedynie wokół niego.
W lodziarni rozmawiam z Sarą, około czterdziestoletnią Iranką. - W moim kraju wszystko jest polityczne, więc polityczna jest też reprezentacja. W Iranie wszystko zależy od tego, po której jesteś stronie. Trzymasz z reżimem? Robisz karierę. Dostajesz pracę, do której nie musisz nawet mieć kompetencji. Wszystko zależy od tego, kogo znasz. I z reprezentacją jest tak samo. Jeśli masz inne poglądy, kończysz jak Sardar Azmoun. Dlatego dla mnie ta reprezentacja nie istnieje. Nie można też nazywać jej reprezentacją Iranu. Iran nie ma reprezentacji, a drużyna, która przyjechała na mundial jest reprezentacją reżimu - mówi zdecydowanym tonem.
Azmoun, o którym wspomina, to irański napastnik, strzelec 57 goli w 91 meczach dla kadry, który od lat jest ulubieńcem protestujących. Mimo że większość obecnych piłkarzy Iranu raczej unika podejmowania politycznych tematów, ludzie i tak mają swoje przypuszczenia, kto po której jest stronie. I Azmoun zawsze był z nimi - protestującymi przeciwko reżimowi. Nie bał się w 2022 r., po śmierci Mashy Amini, która rozpaliła Irańczyków do masowych protestów na ulicach, zamieścić w mediach społecznościowych wpisu, w którym wspierał manifestujących. Napisał wtedy, że nawet jeśli miałby zostać wyrzucony z reprezentacji, to jest gotów zapłacić taką cenę za okazanie solidarności ze wszystkimi demonstrantami, a w szczególności - z dzielnymi irańskimi kobietami. Później usunął wpis i przeprosił, tłumacząc, że nie chce narażać drużyny na problemy. Przeciwnicy reżimu rozumieli, że został do tego zmuszony.
Azmouna zabrakło w kadrze na tegoroczny mundial, mimo że w ostatnich występach dla kadry grał znakomicie - strzelał gole i miał asysty. I do tego właśnie nawiązuje Sara. Azmoun na co dzień gra w lidze Zjednoczonych Emiratów Arabskich i gdy wybuchła wojna, a Iran w odpowiedzi na ataki Izraela i USA zaatakował ZEA, dodał zdjęcie z przywódcą tego kraju Mohammedem bin Rashidem Al Maktoumem. Zwolennicy reżimu potraktowali to jako zdradę, opowiedzenie się po stronie wroga. Brak Azmouna w kadrze najpewniej ma więc czysto polityczne podłoże.
"To drużyna, która reprezentuje mój kraj. To reżim nie reprezentuje mojego kraju"
- Mogę się na chwilę dosiąść? - pytam Ishaka, który czeka na zamówionego chwilę wcześniej kebaba. Rozmowę zaczynam od pokazania mu transparentu, który rzucił mi się w oczy kilka dni wcześniej, gdy dojeżdżałem na stadion w Los Angeles na pierwszy mecz Stanów Zjednoczonych. Przed bramami Irańczycy wymachiwali przedrewolucyjnymi flagami i wznosili antyreżimowe okrzyki. Mieli nawet kolumnowy głośnik, by wszyscy wokół słyszeli, co mają do powiedzenia. Trzymali też portrety Rezy Pahlaviego. "Piłkarska reprezentacja terrorystycznej Islamskiej Republiki nie reprezentuje irańskiego narodu" - brzmiał napis na transparencie.
- Nie zgadzam się z tym. To jest drużyna, która reprezentuje mój kraj. To reżim nie reprezentuje mojego kraju - bardzo wyraźnie zaznacza Ishak i przyznaje, że będzie na meczu z Nową Zelandią.
W tym samym lokalu, pod parasolem na zewnątrz, siedzi Omeed. Pokazuję mu to samo zdjęcie transparentu. - To jest cholernie skomplikowana kwestia. Nie wyprzemy się korzeni ani swojej tożsamości. Nie powiemy: nie znamy tej drużyny, jest nam obca. Ale też trudno podważać, że za tą drużyną stoi terrorystyczny reżim, który niszczy ludziom życia i nie ma żadnych skrupułów. Nie wymażemy tych wszystkich niewinnych ofiar ani gładzonych bez skrupułów protestów. Dlatego to jest tak trudne. Wiem, że to nie piłkarze bili protestujących i wiem, że oni też się tym brzydzą, ale nie mogą tego powiedzieć, bo jeśli jesteś na świeczniku, reżim zawsze nałoży na ciebie kaganiec. Oni mają rodziny, mają kariery. Nie oceniam ich wyborów, bo siedzę wygodnie w Kalifornii i nic nie grozi moim dzieciom. Ale jednocześnie nie potrafię się cieszyć z goli strzelonych przez tę reprezentację - tłumaczy.
- Nawet nie chodzi o to, że reżim może to wykorzystać do swoich celów. Chodzi o mnie. Nie potrafię i już. Za dużo złego zrobił mi ten reżim - mówi, więc pytam, komu będzie kibicował. - Nie będę za Nową Zelandią. Ale nie będę też za Iranem. Nie potrafię - mówi nieco filozoficznym tonem. - Na tym mundialu kibicuję Stanom Zjednoczonym, dlatego bardzo cieszyłem się, gdy tak pięknie ograli Paragwaj. Z tą drużyną łatwiej się utożsamić. Wszystko, co mam, zawdzięczam przecież USA.
Na meczu z Nową Zelandią powinno pojawić się około 35 tys. Irańczyków. Unikam nazywania ich kibicami, a do przewidywanej liczby również podchodzę z dystansem, bo nie wiadomo, ile osób pojedzie tylko pod stadion, by wykrzyczeć swoje zdanie. Wyjeżdżając z Tehrangeles wiem, że nic nie jest tutaj proste.