Kwiaty na jamajskiej łące i Bukowiecki z wpadką jak Fajdek. Co mogło wam umknąć w Pekinie?

Siedzisz przed telewizorem i oglądasz w Eurosporcie starty Polaków na mistrzostwach? Nawet wtedy może ci umknąć coś naprawdę niezwykłego. Na przykład trzy milimetry, które przesądziły o katastrofie czy porażka faworyta gospodarzy w chodzie na 20 km.
Konrad Bukowiecki Konrad Bukowiecki PHIL NOBLE/REUTERS

Kulomiot na leżance u psychologa

W takich przypadkach szyderstwa w internecie to normalka. Kulomiot Konrad Bukowiecki przez cały sezon myślał o starcie na mistrzostwach świata, marzył, że będzie następcą myślącego już o finale wielkiej kariery Tomasza Majewskiego, i faktycznie, ma chłopak talent. Przemierzył szmat świata, aby wystartować w Pekinie i spalił trzy próby eliminacyjne. Powtarzamy, normalnie, byłoby przy okazji trochę szydery. Ale nie po przypadku młociarza Pawła Fajdka. W konkursie olimpijskim w Londynie w 2012 roku Fajdek też marzył o czymś więcej niż spaleniu trzech prób w eliminacjach, a jednak to zrobił. Miał wtedy 23 lata. Doświadczenie było, jakby powiedział psycholog, definiujące charakter. Po roku zdobył w Moskwie tytuł mistrza świata. Bukowiecki ma dziś 18 lat, a za rok są igrzyska w Rio. Sporo zależy od tego, czy start w Pekinie był w jego sportowym życiu doświadczeniem definiującym, czy spłynie po nim jak po kaczce.

Trudno wyczuć. Bukowiecki powiedział, że nie przeżywał jakoś mocno startu, co by sugerowało kaczkę. Ale powiedział tez, że nie wie czy będzie w stanie przyjść na stadion, aby oglądać finał, co by sugerowało coś zupełnie odwrotnego.

Trzy milimetry to katastrofa

Siedmioboistka Katarina Johnson-Thompson była druga po pierwszym dniu z realnymi szansami na pobicie mistrzyni olimpijskiej Jessicy Ennis-Hill drugiego dnia. Katastrofa nastąpiła już w pierwszej niedzielnej konkurencji, skoku w dal. Brytyjka spaliła dwa pierwsze skoki i trzeci musiała zaliczyć, aby dostać choćby jakieś punkty. Poszła jednak va banque. Wylądowała gdzieś w okolicy 6,90 m, był to skok w siedmiobojową nadprzestrzeń, byłby z pewnością najlepszy w konkursie. Katarina skakała ze szczęścia, ale za chwilę radość się skończyła, gdy spostrzegła się, że sędziowie pilnie wpatrują się w belkę. Trwało to z pięć długich minut. Zawodniczka i przedstawiciel zespołu dyskutowali z sędziami, podobno mówili o przesunięciu się progu. Potem w górze była czerwona chorągiewka. Na progu, na którym jest warstwa plasteliny był trzymilimetrowy ślad buta. Dosłownie. To oznaczało 0 punktów, spadek na 30 miejsce.

Yousef Ahmed Masrahi Yousef Ahmed Masrahi DAVID J. PHILLIP/AP

Skąd się biorą takie biegi

Drugi bieg eliminacji na 400 m mężczyzn był jakimś monstrum. Wygrał Youssef Ahmed Masrahi z Arabii Saudyjskiej przed Rusheenem McDonaldem z Jamajki w czasie 43,93. Dwóch innych pobiło rekordy życiowe. Na światowej liście najlepszych wyników w historii obaj znaleźli się na 11 miejscu. Biegnąc w eliminacjach! Oczywiście, jest to rekord Azji i rekord Jamajki. Obaj jeszcze nigdy nie zeszli poniżej tej granicy, mało tego, Jamajczyk rok do roku poprawił się o 1,5 sekundy, Saudyjczyk o pół sekundy. To tak, jakby cały czas chłopakom wiało w plecy. Tyle, że to 400 m, biegnie się w kółko więc raz jest z wiatrem, raz pod wiatr. W innych biegach było już zwyczajnie - LaShawn Merritt i Kierani James wygrali swoje łatwo w czasie powyżej 44,5 sekund.

Shelly-Ann Fraser-Pryce Shelly-Ann Fraser-Pryce FREDRIK SANDBERG/AP

Kwiaty na Jamajskiej łące

W eliminachach 100 metrów kobiet obeszło się bez sensacji. Do półfinałów weszły wszystkie cztery Jamajki, oraz po trzy Amerykanki i sprinterki Trynidadu i Tobago.

Atmosfera była swobodna, wyniki były drugorzędne, liczył się awans. Obrończyni tytułu Shelly-Ann Fraser-Price długie warkoczyki ufarbowane na zielono przystroiła w kwietny wianek. Kibicom się to podobało, zwłaszcza żywiołowej grupie z Jamajki, która usadowiła się tuż przy trybunie prasowej dziennikarzy i nawet bez patrzenia wiedzieliśmy, czy w kolejnym biegu występuje zawodniczka z tego kraju czy nie.

Ciekawe, czy na półfinał i finał Fraser-Price też założy wianek?

Hiszpan podzielił Azjatów

Po końcu sukcesów Roberta Korzeniowskiego trudno się emocjonować chodem sportowym jednak są państwa, dla których niedzielny wyścig na 20 km był jednym z najważniejszych punktów mistrzostw.

Na złoto liczyli Japończycy, bo Yusuke Suzuki nie przegrał od maja 2014 roku, a w dodatku w marcu poprawił rekord świata wynikiem 1:16.36. Co innego jednak chodzić u siebie w Nomi, a co innego na ulicach upalnego i dusznego nawet o świcie Pekinu. Suzuki szedł w czołówce, ale odpadł, gdy silne tempo narzucili Chińczycy.

Gospodarze mieli trzech mocnych zawodników i niektórzy eksperci typowali nawet całe chińskie podium. Nic z tego. Zhen Wang długo prowadził dopingowany przez tłumy rodaków, ale na kilometr przed metą po raz kolejny zaatakował brązowy medalista MŚ z Moskwy i mistrz Europy Miguel Angel Lopez. Idący z dwoma ostrzeżeniami Wang nie zdołał utrzymać tempa i skończył ze srebrem. Brąz sensacyjnie przypadł Kanadyjczkowi Benjaminowi Thorne?owi.