Sport.pl +

"Iga przeżyje...". Jedno zdanie Zwolińskiej wystarczyło, żeby rozpętało się piekło

Łukasz Jachimiak
Paryż 2024: Klaudia Zwolińska ze srebrnym medalem.
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

- Może to będzie z mojej strony kontrowersyjne, ale na pewno szczere: wydaje mi się, że dla Lewandowskiego i Świątek nie jest istotne, które oni miejsca zajmą w plebiscycie - mówi Sport.pl Klaudia Zwolińska. Kajakarka górska, która zdobyła tytuł sportowca roku w Polsce, po trzech medalach mistrzostw świata teraz zapowiada trzy medale olimpijskie. I to złote.

Klaudia Zwolińska przed Igą Świątek – takie rozstrzygnięcie plebiscytu "Przeglądu Sportowego" na sportowca roku 2025 wielu kibiców uznało ze sensacyjne. W rozmowie ze Sport.pl nasza wybitna kajakarka opowiada, jak pokonała znakomitą tenisistkę i ile kosztowało - a może raczej wciąż ją kosztuje - plebiscytowe zwycięstwo. 

Zwolińska już imponuje tym, co osiągnęła - w 2024 roku została wicemistrzynią olimpijską, natomiast w 2025 r. na mistrzostwach świata wywalczyła dwa medale złote i jeden brązowy. W kolejnych latach zdecydowanie chce zdobyć jeszcze więcej.

Łukasz Jachimiak: Wiesz, kim jest Luciana Aymar?

Klaudia Zwolińska: Luciana Aymar? Nie mam pojęcia.

To argentyńska hokeistka na trawie, która potrafiła wygrać plebiscyt na sportowca roku w swoim kraju nawet z Lionelem Messim.

- Aha, to już wszystko rozumiem.

Męczy cię temat plebiscytu? Myślę, że już zawsze możesz być kojarzona jako ta kajakarka, która w plebiscycie na sportowca roku pokonała nawet Igę Świątek - i to w roku, w którym Iga wygrała legendarny Wimbledon.

- Pewnie tak będzie. A czy mnie to męczy? Nie, bo przede wszystkim bardzo się cieszę tym, co się wydarzyło. A po drugie, nie czuję, żebym się musiała tłumaczyć. Bardziej mogę wytłumaczyć, jak do tej mojej wygranej doszło.

Opowiadaj, proszę.

- To była bardzo mocna i bardzo świadoma praca z mojej strony i ze strony całego mojego teamu. Wiedzieliśmy, jak działa ten plebiscyt, na czym polega. Wiedzieliśmy, że chodzi bardzo mocno o popularność i że trzeba zawalczyć o głosy ludzi, którzy nawet nie wiedzą, co osiągnęłam. Moim zadaniem było mówienie o historycznym sukcesie na mistrzostwach świata. Liczyłam, że trzy medale, w tym dwa złote, w olimpijskich konkurencjach, dadzą mi miejsce w najlepszej trójce plebiscytu. To mi się marzyło i razem ze swoim teamem skoncentrowałam się na tym celu.

Mówię szczerze: nawet nie pomyślałam, że mogę to wygrać i mogę zostać uznana sportowcem roku w Polsce. Myślałam, że wygra Iga. Ona ma taką siłę medialną, że na pewno byłaby nie do przeskoczenia, gdyby jej zależało na tej wygranej i gdyby chociaż parę razy namówiła swoich kibiców do zagłosowania na nią w plebiscycie. Iga jest fenomenem sportowym, ma wspaniałe sukcesy i wiem, że wygrałam z nią tylko dzięki trzymiesięcznej pracy od rana do nocy. Mojej i zespołu. Gdyby jesienią i zimą ktoś mnie obudził w środku nocy, to bez zająknięcia bym wyrecytowała swoją formułkę o tym, że jestem nominowana itd.

To prawda, że oplakatowaliście tobą Nowy Sącz i okolice?

- Prawda. Już wyjaśniam. W Nowym Sączu bardzo dużo działam z dzieciakami w szkołach i podczas plebiscytu w promowanie mnie zaangażowało się tam bardzo dużo osób. Ludzie stawali na głowie, żeby mnie wzmocnić głosami z regionu. Zadbali o to dyrektorzy szkół, w których spotykałam się z uczniami w ramach promowania kajakarstwa. Nauczyciele wyjaśniali dzieciakom, jak można na mnie głosować. Pomogli też lokalni politycy. Władze Nowego Sącza informowały wszystkie szkoły, że nowosądeczanka startuje w plebiscycie na sportowca roku i że warto na mnie głosować. A plakaty to sami ludzie robili i rozklejali. Najbardziej pomógł z nimi jeden z wykładowców Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Sączu, który przygotował i wydrukował plakaty na uczelni i rozsyłał je do wszystkich szkół, dzwoniąc wcześniej z informacją, że takie plakaty przyśle i prosi dyrekcję o rozwieszenie ich w szkole.

W moim regionie ludzie cały czas żyli plebiscytem. Dla nich to było wielkie wydarzenie, że dziewczyna z ich stron po sportowym sukcesie może też odnieść sukces w plebiscycie. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy się tak bardzo zaangażowali. To dzięki nim zostałam sportowcem roku i teraz mam takie możliwości promowania naszego sportu, o jakich przez lata marzyłam.

Zobacz wideo Lewandowski, Świątek, Zmarzlik? Klaudia Zwolińska: To dla mnie szokujące!

Po zdobyciu trzech medali mistrzostw świata powiedziałaś w jednym z wywiadów, że teraz twoim celem będą trzy medale na jednych igrzyskach, i to złote. Jeśli ten cel zrealizujesz, to myślę, że będziesz mogła wystartować w wyborach prezydenckich i kto wie, czy ich nie wygrasz, mając takie świetne zaplecze.

- Nie wiem, czy trzy medale olimpijskie z Los Angeles oznaczałyby, że mam już wystarczające kompetencje do ubiegania się o prezydenturę! A tak serio, raczej nie będę się pchała do świata polityki. Wiadomo – "nigdy nie mów nigdy", ale swoją przyszłość widzę zdecydowanie w działalności w sporcie. Chcę długo robić to, co już teraz robię – działać z dzieciakami, z młodzieżą. Chcę inspirować. Dlatego też bardzo wysoko zawieszam sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o cel na kolejne igrzyska. Medale, a nie medal, to marzenie i cel. Jeden kolega ze sportów zimowych niedawno pokazał, że to się da zrobić, prawda?

Ale Kacper Tomasiak zdobył "tylko" dwa srebra i brąz. Ty ewidentnie chcesz go przeskoczyć.

- Tak, chcę. Przyznaję.

Mimo że pewnie wróci wielka Jessica Fox, dwukrotna mistrzyni olimpijska z ostatnich igrzysk, z Paryża?

- Tak, już się nie mogę doczekać jej powrotu. Aktualnie mam złote medale mistrzostw świata w dwóch konkurencjach i o żadnej rywalce nie myślę jak o zagrożeniu. Jessica jest fenomenalną zawodniczką, najlepszą w historii naszej dyscypliny. Pochodzi z kajakarskiej rodziny, ten sport uprawiali jej rodzice, uprawia go też jej siostra, oni razem mają aż osiem medali olimpijskich, z czego Jessica sześć. Ale choć ona nasz sport przez lata zdominowała, ja już się z nią ścigałam jak równa z równą, i wiem, co mam zrobić, żebym to ja była najlepsza.

Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby Iga Świątek wygrała Wimbledon, ale nie zagrałaby w nim Aryna Sabalenka?

- Tak. A do mnie nawet nie dotarło, że ktoś mi umniejszał, bo Jessica nie wystartowała w mistrzostwach. Ale mi osobiście było bardzo przykro, że Jessica nie startuje. Bo uważałam, że jestem super przygotowana i że to idealne miejsce, żeby właśnie tam wywalczyć złoto.

Idealne miejsce, bo na jej terenie?

- Dokładnie tak. Uważam, że byłam gotowa, żeby tam jej troszeczkę utrzeć nosa. Niestety, miała problemy zdrowotne i to na tyle poważne, że musiała odpuścić mistrzostwa świata w swoim kraju. Cieszę się, że wróciła do sportu i że znowu będziemy się ścigać.

Bardzo mi się podoba twoja ambicja i pewność siebie, ale jednocześnie myślę, że zaraz znowu możesz o sobie czytać, że masz ego "wywalone w kosmos" i że sodówka ci uderzyła do głowy. Ostatnio takich rzeczy naczytałaś się, gdy po wygraniu plebiscytu powiedziałaś: "Iga przeżyje, jak raz nie dostanie tej nagrody".

- Jak zobaczyłam w różnych portalach właśnie ten wycinek z mojej wypowiedzi, nawet się jakoś specjalnie nie przejęłam, bo pamiętałam kontekst. Wiem, że bardzo mocno skomplementowałam Igę, że nie mówiłam nic negatywnego. I nie spodziewałam się hejtu. Ale wtedy pierwszy raz go dostałam. Jak we wcześniejszych latach gdzieś przegrywałam zawody, pojawiały się negatywne komentarze, ale konstruktywne – że trzeba wyciągnąć wnioski itd. A gdy zdobywałam medale, dostawałam falę pozytywnych komentarzy. Nagle po plebiscycie zrozumiałam tych wszystkich sportowców z bardziej medialnych dyscyplin, skarżących się na ataki hejterów. Nagle zobaczyłam, jak to naprawdę wygląda.

Dostawałam prywatne wiadomości całkowicie pozbawione sensu i bardzo przykre. Atakowali mnie głównie wkurzeni kibice innych sportowców. Wylewali na mnie frustracje, bo wygrałam ja, a nie ich ulubiony sportowiec. Byłam zszokowana skalą tego. To mnie naprawdę uderzyło – taka nienawiść, która się wzięła z niczego. Generalnie zawsze miałam tak, że jak mi ktoś napisał coś złego w serwisach społecznościowych, to ja to przeczytałam, po czym szłam sobie zrobić kawę - normalnie żyłam, zupełnie się tym nie przejmowałam. Ale nagle zaczęły przychodzić prywatne wiadomości pełne nienawiści. A moje słowa o Idze wyciągnięte z kontekstu sprawiły, że dostałam naprawdę konkretny hejt.

Były w nim pogróżki?

- Aż tak to może nie, ale były bardzo złe życzenia. Ludzie mi pisali, żebym zachorowała, żebym doznała kontuzji, żeby mi się stały różne strasznie złe rzeczy. Szok. Bo naprawdę nie wyobrażam sobie, że mogłabym komukolwiek coś takiego napisać, nawet gdybym na tego kogoś osobiście była za coś strasznie zła. A tutaj chodziło tylko o plebiscyt. Dziwne, bardzo dziwne.

Przeglądając twoje serwisy społecznościowe zauważyłem, że cały czas są ludzie, którzy piszą ci komentarze typu "Ale w tym roku proszę już nie kupować głosów w plebiscycie". A ty reagujesz tylko wstawiając śmiejące się buźki.

- A jak inaczej mam zareagować na takie słowa? Co napisać? Wiem, że nie warto. Na początku miałam chęć pisania do tych ludzi. Myślałam, że przekonam ich do swojej racji argumentami. Nawet wdałam się w taką dyskusję, którą później usunęłam i zablokowałam konto człowieka, któremu – jak zauważyłam – wcale nie zależało na dyskusji, tylko na wylewaniu na mnie swojej nienawiści. Szybko zrozumiałam, że tego nie zmienię, że mogę tylko odsuwać od siebie takie osoby, usuwać prywatne wiadomości i starać się tym nie przejmować. Trochę pomogło mi, jak sobie przeanalizowałam plebiscyty z ubiegłych lat i zauważyłam, że rok w rok są takie emocje i wiele jest komentarzy, że powinien wygrać ktoś inny niż wygrał. Pomogło mi też, że obok hejtu dostawałam też mnóstwo pozytywnych wiadomości od osób, które niekoniecznie na mnie głosowały, ale głosowały na kogoś z innego niszowego sportu i cieszyły się, że w końcu wygrał ktoś, kto jest właśnie z niszowej dyscypliny, dla której tytuł sportowca roku to gamechanger. Fajnie jest być traktowanym jak symbol. Fajnie pokazać, że z każdego sportu da się wybić i zrobić coś wielkiego.

W sumie cały plebiscyt uważam za coś trudnego, ale bardzo pozytywnego. Jak wspominam tę naszą ogromną pracę, to wiem, że było warto, bo mamy teraz ogromne możliwości. Mam pomysły na wiele nowych projektów, które można zrobić z dziećmi i młodzieżą i które wzmocnią kajakarstwo. Jak wspominam naszą pracę na ten sukces, wiem, że zdecydowanie było warto. Nawet jeśli ta praca mnie trochę przytłoczyła.

Przed chwilą nazwałaś swój sport niszowym. Dojrzałaś do tego po wielu walkach stoczonych o to, żeby o kajakarstwie nikt tak nie mówił?

- Po prostu lepiej zrozumiałam definicję niszy. Niedawno byłam w podkaście u Grzegorza Krychowiaka i ciekawie na ten temat dyskutowaliśmy. Aktualnie dla mnie niszowym sportem jest ten, który nie jest pokazywany tak dużo w mediach głównego nurtu. I rzeczywiście z kajakarstwem tak jest, nie mogę zaprzeczyć. Ale pod żadnym innym względem nie uważam, żeby mój sport był niszowy.

Jak myślisz, ile palców ma inny były piłkarz Jan Tomaszewski?

- Co? Ile ma palców?

Zacytuję naszego legendarnego bramkarza i wszystko stanie się jasne. Gdy wygrałaś plebiscyt na sportowca roku, powiedział tak: "Ilu ludzi na świecie uprawia kajakarstwo górskie? Na palcach jednej ręki można te państwa policzyć".

- Aha, to musi mieć dużo tych palców! Myślę, że nawet gdyby zliczył palce wszystkich ze swojej rodziny, i tak by mu zabrakło. Ta wypowiedź jest zabawna, bo prawda jest taka, że społeczność kajakowa jest ogromna. Mało kto wie, że Polski Związek Kajakowy jest drugą największą sportową federacją w kraju, po lekkoatletycznej. Turystyka kajakowa dotyczy kilku milionów Polaków. Jasne, że kajakarstwo, które znajduje się w programie igrzysk olimpijskich – czy klasyczne, czy górskie, slalomowe - nie jest tak powszechne. I że nie wytrzyma porównania z takim gigantem jak piłka nożna.

I ja nawet rozumiem żal kogoś ze świata piłki, gdy widzi, że w plebiscycie wygrywa kajakarka, a Robert Lewandowski jest dopiero siódmy. Czy ktoś w ogóle uważa, że to miejsce jest fair? No mnie się nie wydaje. Robert jest jednym z naszych najlepszych sportowców w historii, jak nie najlepszym. Jest fenomenem na skalę światową. Jak ja jadę do jakiegoś kraju, to pytają, czy znam Lewandowskiego. On jest supergwiazdą sportu i naszą dumą. Ale w plebiscycie był dopiero siódmy, bo akurat gdy trwało głosowanie, Robert nie był kochany przez kibiców. Da się zauważyć, że w Polsce ma takie fale – raz go ludzie kochają, a raz szukają powodu, żeby wręcz znienawidzić. I wtedy był ten drugi moment. Teraz mogłoby być tak, że Robert by plebiscyt wygrał, bo ostatnio ludzie znów darzą go miłością. I super, oby jak najwięcej miłości się na Roberta wylewało. Ale żeby ktoś z piłki wylewał jakieś żale na kajakarkę, bo ludzie ją wybrali?

Może to będzie z mojej strony kontrowersyjne, ale na pewno szczere – wydaje mi się, że dla Lewandowskiego i dla Świątek nie jest istotne, które oni miejsca zajmą w plebiscycie. Oni mają dużo większe rzeczy do roboty, nawet nie wiem, czy mają czas na zajmowanie się plebiscytami. Natomiast dla mnie i dla mojej dyscypliny jest to coś wielkiego, to nam pozwala zrobić krok milowy, jeżeli chodzi o medialność dyscypliny, o pozyskiwanie kibiców, o przyszłą organizację imprez w Polsce. Właśnie teraz bardzo mocno walczymy o infrastrukturę w Polsce, żeby była lepsza.

Czy zaraz nie dojdziemy do wniosku, że kajakarstwo górskie jednak jest niszowe nie tylko jeśli chodzi o obecność w mediach? Pomylę się, strzelając, że kibice nie będą mieli szansy zobaczyć sportowca roku na poważnych zawodach w Polsce?

- Niestety, to prawda. Jedyna możliwość to przyjechanie na mistrzostwa Polski.

I pewnie jedyny tor godny dużych imprez to ten pod Krakowem, gdzie trenujesz? Czy nawet on już się prosi o remont?

- Cały obiekt jest świetny, ale sam tor ma już ponad 20 lat i wymaga renowacji. Walczymy o tor w Nowym Sączu, żeby był drugi w Polsce. Daleko nam do Czech i Słowacji. Oba te kraje słyną z kajakowego slalomu i regularnie zdobywają olimpijskie medale. Już nawet nie porównuję nas do takich potęg jak Francja.

Za to niedawno porównałaś kajakarstwo górskie do skoków narciarskich.

- I za to też dostało mi się od ludzi. Skoki bardzo lubię i szanuję, od dziecka je oglądam, ale po prostu powiedziałam prawdę, odpowiadając na pytanie, czy myślę, że coś zmienię i mój sport przestanie być niszowy. Pomyślałam, że to jest pytanie nacechowane tym, że mój sport jest mały, gorszy i odpowiedziałam, że przecież skoki to też mały sport. No bo proszę mi pokazać polską rodzinę, która wspólnie sobie jedzie na skocznię i skacze. W ogóle skoki trenuje w Polsce bardzo mało osób. I na całym świecie też bardzo mało. Ale skoki odniosły u nas taki sukces, że stały się wręcz naszym narodowym sportem zimowym. I myślę, że nasze skoki są idealnym przykładem marketingowym, jak ze sportu niszowego można wypracować coś wielkiego. Dużo ludzi mi mówi, że te mojej slalomy to sport ekstremalny, ale uważam, że jednak więcej osób ma szansę pływać jak ja, niż skakać na nartach.

Klaudia Zwolińska
Klaudia ZwolińskaFot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Szkoda tylko, że jednak na te skoki regularnie kibice mogą jeździć do Wisły i Zakopanego i przez lata mogli oglądać wielkie zwycięstwa Małysza i Stocha w domowych Pucharach Świata, a teraz mogą kibicować Tomasiakowi. Natomiast ty zostajesz im do podziwiania tylko w mistrzostwach Polski.

- No tak, chociaż w przeszłości mieliśmy już w Krakowie Puchary Świata i mistrzostwa Europy. Ale fajnie byłoby gościć mistrzostwa świata. Tego jeszcze nie było.

W tym roku mistrzostwa świata będziesz miała w Oklahomie. I to będzie zarazem próba przedolimpijska, bo w ramach igrzysk olimpijskich Los Angeles 2028 twoja dyscyplina ma być rozgrywana ponad dwa tysiące kilometrów od serca imprezy. Jak ci z tym?

- Ta Oklahoma to jakiś dziwny pomysł. Nie rozumiem tej decyzji. Byłam tam i na własnej skórze się przekonałam, jakie to dziwne miejsce. Nie chodzi tylko o to, że jest bardzo daleko od Los Angeles. Przede wszystkim tam codziennością są ogromne wiatry, a nawet tornada. Zorganizować tam imprezę na obiekcie otwartym? Postawić trybuny? I jak sprawiedliwie przeprowadzić zawody? Warunki pogodowe zmieniają się tam bardzo szybko. Jak przylecieliśmy, odczuwalna temperatura wynosiła minus 10 stopni Celsjusza, bo było minus jeden, ale okropnie wiało. A dwa dni później nagle zrobiło się 30 stopni! Wahania są ogromne. Do tego byłam tam na teście. Przeszło tornado i dowiedziałam się, że to nic niezwykłego, bo tornado przechodzi tam co dwa tygodnie. Ustawione dla nas bramki tak się kiwały, że rywalizacji zupełnie nie dało się przeprowadzić tak, żeby była uczciwa. I jeszcze osoby, które wezmą udział w organizacji wszystkiego na igrzyskach opowiadały mi, że tor znajduje się tuż przy centrum miasta i wszyscy się boją, czy wiatr nie porwie trybun, które będzie trzeba zbudować. I czy nie dojdzie do tragedii. Tam nawet znaki drogowe są dziurawione po to, żeby wiatr ich nie porywał, żeby nie były jak żagiel. Co więc będzie z różnymi wielkimi elementami trybun? Jestem tym wszystkim zszokowana. Trzeba mieć szaloną odwagę, żeby coś takiego planować w ramach igrzysk olimpijskich. Wiem, że igrzyska będą rozgrywane latem, a więc odpadnie problem zimna. Ale skoki temperatury nie są takie złe, natomiast ten wiatr bardzo wpływa na przeprowadzenie zawodów fair. To będzie problem. Już się tych wichur boję.

Może trzeba do kajakarstwa górskiego wprowadzić przeliczniki znane ze skoków?

- Ojej, nie wyobrażam sobie!

Ja też nie, tylko gorzko żartuję.

- W naszym sporcie czegoś takiego nie dałoby się zrobić.

A czy w waszym sporcie, uprawiając go w Polsce, da się osiągnąć sukces finansowy? Powiedziałaś mi, że wygrany przez ciebie plebiscyt zmienił sytuację twojego sportu, a czy zmienił też twoją sytuację? Czy ty wreszcie nie musisz się martwić o sponsorów, jesteś w stanie zabezpieczyć sobie dobrą przyszłość?

- Zależy co rozumiesz jako sukces finansowy. Na pewno mam taki sukces, że mam stabilnych sponsorów, którzy są i będą ze mną do igrzysk. Mam zabezpieczone przygotowanie. Mam też ogromne wsparcie z Ministerstwa Sportu i z Polskiego Związku Kajakowego. To bardzo ważne, bo trenuję trzy konkurencje, więc muszę sobie indywidualizować pewne kwestie i zabezpieczać różne potrzeby, żeby być na najwyższym poziomie sportowym. Sponsorzy w tym pomagają, a ja się staram dobierać ich bardzo mądrze, dobrze wizerunkowo, żebyśmy mieli podobne wartości i żebyśmy robili razem dobre projekty.

Czyli wreszcie możesz wybierać? Przez lata prosiłaś się o wsparcie biznesu i często byłaś traktowana niepoważnie, a teraz jest do ciebie kolejka chętnych firm?

- Tak, teraz mogę wybierać i dopasowywać sponsorów do siebie. To duży komfort. Miło jest też być wreszcie traktowaną po partnersku, a nie jak ktoś, kto przychodzi i się prosi o jakąkolwiek pomoc. Sytuacja się bardzo zmieniła. I super, bo przygotowania do walki o olimpijskie medale nie należą do najtańszych. Weźmy pod uwagę już nawet to, że latam z kajakiem, czyli z ponadwymiarowym sprzętem, za którego przewożenie muszę płacić tyle, co za swoje bilety. I przeróżne rzeczy mi się zdarzają, kajak się gubi, cała logistyka jest bardzo problematyczna. Przygotowania w takich miejscach jak Australia czy nawet Hiszpania nie są tanie i na pewno bliżej igrzysk tańsze się nie staną, a jak się chce przygotować do olimpijskich medali, trzeba mieć pewność, że się będzie przygotowywało najlepiej, jak to możliwe.

Dlatego fajnie, że mam stabilnych sponsorów i mogę pracować na kolejne sportowe marzenie. Czuję dużą różnicę między tym, co mam teraz, a tym, co miałam, gdy goniłam marzenia, bez komfortu w przygotowaniach. Na razie naprawdę wystarcza mi taka perspektywa, że do igrzysk w 2028 roku mam wszystko zabezpieczone. A po Los Angeles będziemy z partnerami rozmawiać.

Pytając o sukces finansowy myślałem raczej o dużo dalszej perspektywie niż 2028 rok. "Skończę pod mostem" – tak powiedziałaś w 2023 roku, bojąc się, co będzie po karierze. Mam nadzieję, że dziś już się tego nie boisz?

- Teraz już się nie boję, bo zdobyłam medal olimpijski, miałam fajne stypendium olimpijskie i mogłam zrobić oszczędności. Dostałam też w nagrodę mieszkanie, które mam odebrać pod koniec tego roku. Mieszkanie w Warszawie jakoś zabezpiecza przyszłość. Za ileś lat będę też dostawała emeryturę olimpijską. Ale jeżeli pytasz mnie, czy teraz zarabiam grube miliony i szukam sobie prywatnego odrzutowca, to nie. Natomiast na przygotowania i na codzienne życie mam, a to jest najważniejsze.

Klaudia Zwolińska na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, lipiec 2024 r.
Klaudia Zwolińska na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, lipiec 2024 r.Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Wiem, że Nowy Sącz jest nazywany Zagłębiem Milionerów, ale absolutnie nie pytam cię, czy do nich dołączyłaś, bo dobrze wiem, że nie jesteś ani tenisistką, ani piłkarzem.

- No niestety. Ale wiesz co jest najpiękniejsze w tych dyscyplinach? Nie pieniądze i sława, tylko to, że podróżujesz sobie jedynie z rakietą i z piłkami. A jakbyś mnie zobaczył na lotnisku, tobyś się bardzo zdziwił, ha, ha!

Lepiej powiedz, czy podtrzymujesz zaproszenie na domówkę. Przypominam: gdy firma Profbud przekazywała mieszkania bohaterkom igrzysk olimpijskich Paryż 2024, obiecałaś, że zrobisz imprezę, gdy tylko dostaniesz klucze.

- Właśnie muszę się odezwać do Profbudu, żeby mi podali datę tej imprezy. Ja wolę jej zorganizowania potwierdzam!

Jak pomieścisz wszystkich, których zaprosiłaś, na mniej więcej 40 metrach kwadratowych?

- Damy radę, jakoś się to wymyśli.

Będzie jak u Łatwoganga, gdzie ludzie godzinami wystawali na korytarzu, żeby móc na chwilę wejść do jego mieszkania.

- Wiesz co, tu naprawdę można się zainspirować i zrobić przy okazji jakąś akcję charytatywną.

U Łatwoganga swój olimpijski medal na licytację na rzecz ludzi chorych na rakach oddał Władimir Semirunnij. Z kolei ty kiedyś oddałaś swoje olimpijskie srebro na licytację, z której dochód – 101 tysięcy złotych - przeznaczono na leczenie chorych na mukowiscydozę.

- Fajnie, że on też oddał swój medal. Medal to symbol, ale bardzo mocno materialny. Przede wszystkim w sercu ma się to, co się zdobyło, a materialną rzecz można wykorzystać, żeby zrobić coś dobrego. Co prawda ja, jak oddawałam medal pani, która go wylicytowała, poczułam, że mi przykro, ale potem mi całkiem przeszło i jestem zadowolona z tej decyzji. Mój medal trafił do pani Moniki Koral z Nowego Sącza. To córka jednego z właścicieli znanej lodowej firmy Koral i wiem od niej, że kupiła go dla taty. Poznałyśmy się, byłam u niej na kawie, było bardzo miło i też się ucieszyłam, że mój medal został w moim regionie, a więc jest ciągle gdzieś blisko mnie.

Pomagasz ludziom z mukowiscydozą, bo twój narzeczony stracił przez tę chorobę siostrę.

- Zgadza się. A mama Grzegorza [Hedwiga, też kajakarza górskiego] bardzo mocno działa na rzecz chorych na mukowiscydozę. Temat jest mi dobrze znany, wsparcie i finansowe, i medialne, jest tam bardzo potrzebne. Cały czas o tym pamiętam.

Boję się trochę tego pytania, ale chcę jeszcze raz wrócić do Luciany Aymar. Ona opowiadała, że wiele razy "Playboy" proponował jej duże pieniądze za rozbieraną sesję. Czy ty miałaś tego typu propozycje i czy w ogóle byś coś takiego rozważała?

- Na szczęście nie miałam. Dostawałam tylko prywatne propozycje tego typu. Różne – randkowe, czasami niestosowne. Ale to było tylko w prywatnych wiadomościach i głównie mnie to rozśmieszało. Propozycji od takich magazynów nie dostałam, bo wydaje mi się, że wypracowałam sobie wizerunek osoby, która reprezentuje sobą jakieś wartości. Staram się działać dużo z dzieciakami, zwłaszcza małymi, z klas 1-3, próbuję inspirować tym, co robię w sporcie i na pewno nie poszłabym w coś takiego. Absolutnie nie! Uważam, że wizerunek dla sportowca jest niezwykle istotny. Jeśli mamy być wzorem dla dzieciaków,  bądźmy nim pod każdym względem.

Twój narzeczony musiał interweniować przy którejś z tych prywatnych wiadomości, o jakich wspomniałaś?

- Nie, nie, nas to bawiło. Razem się mogliśmy z pewnych propozycji matrymonialnych pośmiać. Powiem tak: jak ktoś przesadza, to go blokuję i na tym koniec.

Kiedy cię zobaczymy w "Tańcu z gwiazdami" albo w innym programie rozrywkowym?

- Mam różne propozycje z programów rozgrywkowych i z reality show, ale cały czas jestem sportowcem i mam w roku tylko dwa tygodnie, kiedy nie trenuję. Nie wyobrażam sobie, żebym w czasie kariery sportowej brała udział w czymś takim. No, chyba że chodzi o jakieś jednorazowe występy. Wtedy tak, bo fajnie czasem wyjść poza sport, gdzieś się pokazać i w ten sposób zareklamować to, co się na co dzień robi. Ale zdecydowanie moim głównym obowiązkiem wobec społeczeństwa jest przygotowywanie się do startów w kajakarstwie, bo jestem w szkoleniu ministerialnym i są na to przeznaczone publiczne pieniądze. Powiedz szczerze: co byś pomyślał, widząc mnie teraz w programie rozgrywkowym, którego nagrywanie trwałoby miesiąc? Myślałbyś, że to było z mojej strony niepoważne, bo przecież w tym roku rozpoczynają się kwalifikacje olimpijskie, prawda?

Pewnie rzeczywiście uznałbym, że za bardzo wydłużasz swoje medialne pięć minut.

- W życiu trzeba mieć priorytety i wtedy łatwiej jest decydować. Ja wiem, do czego muszę i chcę podchodzić na 100 procent. I na co czasu już mi nie wystarczy.

Czyli korespondencyjny pojedynek z wioślarką Katarzyną Zillmann w "Tańcu z gwiazdami" kajakarka Klaudia Zwolińska stoczy dopiero po karierze?

- Albo w roku poolimpijskim, po Los Angeles. Bo wtedy wyluzuję. Na razie jeszcze nie będę tańczyła. Chyba że sama, między swoimi treningami.

Widziałem, że teraz potrafiłaś znaleźć czas na występ na gali "Polka XXI wieku". O czym mówiłaś i kogo wyjątkowego poznałaś?

- Jako kobieta w sporcie mam dużo fajnych historii do opowiedzenia, jak trzeba było przełamywać pewne stereotypy, bo sport zawsze kojarzył się ze światem mężczyzn, a teraz to się w Polsce zmienia. Mocno konfrontowałam moje doświadczenia z doświadczeniami kobiet z całkowicie innych światów, między innymi polityki i biznesu. Czułam, że inspirujemy siebie nawzajem. A poznałam tak wyjątkowe, niesamowite kobiety, że aż nie chcę i nie mogę ci wymienić pojedynczych, bo obraziłyby się te, których bym nie wymieniła.

Powiesz chociaż, czyje wystąpienie zrobiło na tobie największe wrażenie?

- Bardzo mnie zainspirowały kobiety, które pracują w obszarze obronności naszego kraju. Kojarzyłam ten obszar bardzo mocno z mężczyznami, a tu wyszła pani inżynier, która dowodzi wieloma mężczyznami, jest jedną z głównych decyzyjnych osób, opowiadała o dronach, o kontroli granic, o bezpieczeństwie kraju. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Byłam spaczona stereotypem, że to świat wyłącznie męski, bez wstępu dla kobiet. Dzięki tej pani pomyślałam, że możemy wszystko. A temat jest mi tym bliższy, że przecież jestem żołnierką Wojska Polskiego.

Tuż przed startem na igrzyskach olimpijskich w Tokio obroniłaś licencjat. Tuż przed startem na igrzyskach w Paryżu obroniłaś magisterkę. Czy przed Los Angeles planujesz ogarnąć doktorat?

- Nie, nie. To jest pewne - co za dużo, to niezdrowo!

W sumie już jesteś panią profesor. Kajakarstwa.

- A dziękuję bardzo. Aż to sobie wpiszę do dokumentów!

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...