Finał Ligi Mistrzów nie powinien się odbyć. Kolejna kompromitacja UEFA i organizatorów

UEFA kolejny raz oblała egzamin z bezpieczeństwa na swoich największych imprezach. Samo opóźnienie finału Ligi Mistrzów o 36 minut nie byłoby wielkim problemem, gdyby nie kompromitacja służb i igranie z bezpieczeństwem uczestników imprezy - w tej formie sobotni mecz po prostu nie powinien się odbyć. Tym bardziej w miejscu, w którym siedem lat temu miało dojść do zamachu terrorystycznego.

Sobotni finał Ligi Mistrzów, w którym mierzyły się Liverpool z Realem Madryt, miał się rozpocząć o godzinie 21:00, ale kwadrans wcześniej stało się jasne, ze mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem. Powodem było to, że część trybun, która miała być zajęta przez fanów Liverpoolu, świeciła pustkami, a przed stadionem dochodziło do dantejskich scen.

Zobacz wideo "Plan Kloppa nie wypalił. Liverpool wyszedł na miękkich nogach"

Na ten moment nie jest do końca jasne, dlaczego fani Liverpoolu mieli aż takie duże problemy ze wejściem na stadion. Francuzi informują, że kibice Liverpoolu nie zjawili się wystarczająco wcześnie przed bramami i nagle doszło do zatoru. Angielscy kibice twierdzą, że było zupełnie inaczej i pod stadionem byli nawet dwie, trzy godziny wcześniej. Inne źródła donoszą zaś o potężnych korkach na ulicach i opóźnieniach na kolei -  pociągi i autobusy nie były w stanie przywieźć kibiców w odpowiednim czasie. 

Serwis ESPN poinformował, że nagromadzenie kibiców doprowadziło do zatorów w punktach kontroli biletów i bezpieczeństwa. Zdenerwowani i stłoczeni kibice zaczęli napierać na ogrodzenie, dlatego policja użyła gazu pieprzowego, by uspokoić tłum.

 "To wydaje się być bardzo niebezpieczne. To absolutna rzeź" - napisał o 20:45 na Twitterze Gary Lineker, były reprezentant Anglii, obecnie ekspert telewizyjny. W mediach społecznościowych pojawiło się też bardzo dużo filmów pokazujących, jak kibice siłą wdzierali się na trybuny Stade de France.

Kolejnym problemem był ten, o którym wspomniał hiszpański dziennikarz Guillem Balague - na stadion wdarło się wielu kibiców bez biletów. Niekontrolowany tłum przeskakiwał przez barierki, uciekał ochroniarzom, a w tym samym momencie spryskani gazem łzawiącym kibice pokazywali ważne bilety na finał. Tym ostatnim nie udało się wejść na stadion, a trybuny były wypełnione.

Igranie ze śmiercią. I to dosłownie

Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie, czym może grozić wtargnięcie przypadkowych ludzi na tak wielką imprezę. Wydarzenia z Paryża to kolejna kompromitacja ze strony nie tylko francuskich służb, ale także ze strony UEFA, która jest organizatorem wydarzenia i kolejny raz nie przygotowała odpowiednich procedur. Rok temu przed finałem Euro 2020 na Wembley byliśmy świadkami dokładnie takich samych obrazków. Wpuszczenie na stadion nieupoważnionej grupy ludzi bez kontroli bezpieczeństwa, to sprowadzenie potężnego zagrożenia na wszystkich uczestników wydarzenia.

W listopadzie 2015 roku w Paryżu właśnie na Stade de France w dzielnicy Saint Denis, doszło do zamachu terrorystycznych w czasie trwającego meczu Francja - Niemcy. Celem zamachowców potencjalnie miał być właśnie stadion, na którym w sobotę odbywał się finał Ligi Mistrzów. Wówczas, ze względu na dobre zabezpieczenie wydarzenia, udało się uniknąć najgorszego, do trzech eksplozji i sześciu strzelanin doszło w pobliżu stadionu. 

"Wydawało im się, że przygotowany przez nich plan był prosty. Należało najpierw dostać się na trybuny, a następnie, będąc już wśród kibiców, zdetonować ładunki wybuchowe, które mieli na sobie. Zabijając siebie, mieli zabić jak najwięcej niewiernych. To, co na etapie planowania wydawało się łatwe, znacznie trudniejsze okazało się w rzeczywistości" - pisał Mariusz Sokołowski w swojej publikacji pt. "Między wolnością a bezpieczeństwem - społeczne i prawne skutki zamachów terrorystycznych w Europie na" początku XXI wieku.

"Pierwszym problemem nie do pokonania dla trójki mężczyzn stała się ochrona obiektu. Ta zadziałała zgodnie z procedurami i zamachowców niedysponujących biletami wstępu na mecz po prostu nie wpuszczono na teren stadionu. Ta porażka nie oznaczała jednak zaprzestania zaplanowanej akcji. Plan trzeba było szybko zmodyfikować i działać dalej. Zamach na stadionie miał zainicjować kolejne tego typu akcje" - pisał Sokołowski.

Tak było siedem lat temu. Teraz na Stade de France zrobiono wiele, by zamiast minimalizować ryzyko, podnieść poziom strachu i niepewności.  

Ten mecz nie powinien się odbyć

Patrząc przez pryzmat nie tylko przepisów i protokołów bezpieczeństwa, ale także zwykłej ludzkiej wyobraźni można stwierdzić, że ten mecz nie powinien się odbyć. Chyba że udało się w jakiś sposób zweryfikować tych, którzy wtargnęli na Stade de France. W praktyce to jednak niemożliwe.

Dodatkowo właściwie wszystkie źródła potwierdzają, że na trybunach znaleźli się nadprogramowi widzowie, którzy nie mieli biletów. Trudno na ten moment oszacować liczbę, ale nawet w transmisji telewizyjnej widać było, że w sektorach Liverpoolu kibice zajmowali miejsca także na schodach. A to stwarza kolejne zagrożenie na stadionie - fanom Liverpoolu tragicznych historii z Hillsborough czy Heysel nie trzeba przypominać.

Trudno sobie wyobrazić, co w trakcie meczu przeżywały osoby zarządzające bezpieczeństwem trakcie tego wydarzenia. Niestety, można odnieść wrażenie, że to igranie ze śmiercią. I to dosłownie. Gdy w przyszłości tego typu sytuacje będą się powtarzać, to prędzej czy później zostanie to wykorzystane przez grupy terrorystyczne lub inne organizacje, które będą chciały przykuć uwagę całego świata i zrobić coś spektakularnego. Można się tylko zastanawiać, kto wtedy poniesie odpowiedzialność za dopuszczenie do takiej sytuacji.

Więcej o: