"Wyznał prawdę, gdy jego oprawca już nie żył". Pedofile to najlepsi dryblerzy w klubach

Dawid Szymczak
Pedofile to najlepsi dryblerzy w klubach: przebiegli, sprytni i trudni do zatrzymania. Statystyki z Niemiec mówią, że co piąte dziecko uprawiające sport doświadcza przemocy seksualnej. A na wykorzystywaniu seksualnym problem przemocy wobec dzieci ani się nie zaczyna, ani nie kończy. Dane dla Polski? Nawet nie zostały zebrane. Brakuje badań, ale nie brakuje przestępstw.

- Sport wydaje się bezproblemowym dobrem, bo rozwija dzieci fizycznie, społecznie, uczy kooperacji, a przy tym promuje takie wartości jak szacunek do przeciwnika i gra fair play. Rzadko jednak myślimy o problemach. A brak krytycznego spojrzenia na sport dzieci i młodzieży już jest pierwszym problemem - mówi dr Natalia Organista, socjolożka z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. 

Zobacz wideo Euro 2024 bez Polski? PZPN reaguje. "To jest najgorsze"
  • 35 proc. dzieci uprawiających sport jest wykorzystywanych seksualnie,
  • 44 proc. dzieci doświadcza przemocy fizycznej,
  • 75 proc. dzieci jest poniżanych przez trenerów.

To wyniki badań prowadzonych w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Niemczech, Belgii, Austrii i Rumunii. - W Polsce takich badań nie ma. Ale nie ma też podstaw, by twierdzić, że u nas jest bezpieczniej - mówi Sport.pl Agnieszka Syczewska, radczyni prawna PZPN, zajmująca się tworzeniem Polityki Bezpieczeństwa Dzieci. 

- Są dane, które pokazują, że dzieci uprawiające sport są bardziej narażone na różne rodzaje przemocy - fizycznej, psychicznej i seksualnej - niż ich niećwiczący rówieśnicy. Statystyki z Niemiec mówią, że 11 proc. dzieci do 18. roku życia doświadczyło przemocy seksualnej. Wśród dzieci uprawiających sport odsetek wzrasta do ponad 20 proc. Podobnie jest w przypadku przemocy psychicznej. Młodzi sportowcy z Niemiec częściej niż reszta rówieśników cierpią na zaburzenia lękowe i depresje - wylicza dr Organista.

Chłopiec i dziewczynka. Koszykarz i piłkarka. Tenis i kolarstwo. W Polsce brakuje badań, ale nie brakuje przestępstw 

Zaglądamy do Polski. Pod koniec 2022 r. Mirosław Skrzypczyński przestał być prezesem Polskiego Związku Tenisowego, gdy dziennikarze Onetu ujawnili, że znęcał się fizycznie i psychicznie nad rodziną, a jako trener stosował przemoc fizyczną i seksualną. W marcu 2023 r. zawodniczka trenująca łucznictwo oskarżyła dwóch trenerów - Kazimierza K. i Henryka J. - o gwałt, którego mieli dokonać, gdy miała 16 lat. W lutym 2022 r. Andrzej P., były trener kadry w kolarstwie górskim, został skazany na 4,5 roku więzienia za przestępstwa na tle seksualnym (wyrok pierwszej instancji uchylił Sąd Apelacyjny we Wrocławiu). W Jeleniej Górze zapadł wyrok 6,5 roku więzienia dla trenera biegów przełajowych Romualda O., który molestował czterech zawodników, a jednego z nich zgwałcił. Pół roku krótszy był wyrok Dariusza P., trenera sztuk walki z Częstochowy, oskarżonego o dwanaście przestępstw o podłożu seksualnym wobec siedmiu nastoletnich chłopców oraz nagrywanie filmów pornograficznych z ich udziałem. Na 10 lat pozbawienia wolności za gwałt, molestowanie i rozpijanie małoletnich został skazany Brunon B., nauczyciel WF-u i trener siatkówki z Białegostoku. W sierpniu 2021 r. czternaście koszykarek opowiedziało WP Sportowym Faktom, że trener Roman Skrzecz znęcał się nad nimi psychicznie i dopuszczał się molestowania. Trener piłkarek Kotwicy Kórnik Łukasz J. w październiku 2020 r. został skazany na trzy lata więzienia za molestowanie seksualne dwóch nieletnich zawodniczek. O jego przestępstwach opowiadała w wywiadzie Sport.pl jedna z ofiar. W Sport.pl opisaliśmy też szereg nadużyć w cyklu "Patogimnastyka". Wobec trenerów padały zarzuty stosowania przemocy, głodzenia i ciągłego ważenia prowadzącego do problemów ze zdrowiem, zmuszania do treningów i startów w zawodach mimo kontuzji i stosowania dziwacznych kar.

- Mamy niestety w polskim sporcie wiele przykładów stosowania przemocy. Dyskusja na ten temat rozpoczęła się jednak dopiero w ostatnich dwóch latach. Niemal na każdej międzynarodowej socjologicznej konferencji jest teraz panel o nadużyciach w sporcie dzieci, ale wciąż nie mamy badań i twardych danych dotyczących Polski. Nie znam naukowców czy publikacji o jakimkolwiek rodzaju przemocy w sporcie w Polsce. To trudny temat. Żeby rozpocząć badania, trzeba uzyskać zgody od rodziców. Trzeba też mieć zgody z federacji i klubów, by móc badać zawodników np. podczas treningów. Część związków obawia się zebrania takich danych. Nie chodzi nawet o to, że są czemuś winne, ale później musiałyby wprowadzić nowe procedury. Okazałoby się, że potrzebne są też szkolenia. Doszłoby mnóstwo pracy - mówi dr Natalia Organista z warszawskiej AWF.

- Opieramy się na badaniach z krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, które mniej więcej na początku XXI w. zaczęły zbierać dane w zakresie bezpieczeństwa dzieci uprawiających sport. Wynika z nich, że najczęstszymi oprawcami są trenerzy. Na drugim miejscu - rówieśnicy. Na trzecim - rodzice. Przemoc fizyczna to nadmiernie intensywny trening, niezapewnienie odpoczynku, wymuszanie diety, kara cielesna, wmuszanie dopingu. Przemoc psychiczna to wyzywanie, przezywanie, izolowanie i wszelkie działania sprawiające, że u zawodnika zmniejsza się poczucie własnej wartości. Jako przemoc seksualną rozumiemy niechciane komentarze dotyczące wyglądu, żarty na ten temat, różne formy kontaktu fizycznego, w tym tę najcięższą, czyli gwałt - tłumaczy. 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę publikuje ogólne dane dot. przemocy wobec dzieci, niezwiązanych konkretnie ze sportem. Według nich 41 proc. dzieci doświadcza przemocy ze strony bliskich dorosłych, 16 proc. nastolatków samookalecza się, a 7 proc. dzieci nie ma obok siebie żadnej zaufanej osoby. Ogólnopolskie badanie z 2018 r. wśród dzieci i młodzieży w wieku 13-17 lat wykazało, że 20 proc. dzieci doświadczyło przemocy seksualnej, a 7 proc. dzieci zostało wykorzystanych seksualnie z kontaktem fizycznym.

- Mamy w Polsce generalny problem ze zrozumieniem, jak szerokie jest zagadnienie przemocy seksualnej. To wynika z braku edukacji seksualnej. Z tego, że nie uczy się dzieci o ich granicach. Z marginalizowania i nietraktowania poważnie tego problemu. Wciąż często nie wierzymy ofiarom. Nadal nie mamy zaufania do dzieci, które zgłaszają niebezpieczne sytuacje. Często bronimy sprawców. Jednocześnie dochodzi też do demonizowania ofiar, np. w przypadku starszych dziewczyn padają komentarze, że domagały się jakiegoś traktowania, że prowokowały, że nie protestowały. Potrzebujemy edukacji trenerów, rodziców, ale też dzieci. Nie tylko w zakresie edukacji seksualnej, ale poznania praw dziecka w ogóle - mówi dr Organista, a za przykład kraju, który stworzył system dbający o bezpieczeństwo dzieci uprawiających sport, podaje Anglię. 

"Wtedy, w samochodzie, pierwszy raz doświadczyłem przemocy seksualnej". Paul Stewart był molestowany przez cztery lata 

- Pewnego dnia jechaliśmy samochodem, a on zaczął mnie dotykać. Przestraszyłem się. Śmiertelnie się bałem. Nie wiedziałem, co zrobić. Miałem jedenaście lat. Prosiłem rodziców, by nie wpuszczali go więcej do domu. Powiedział, że zabije moją matkę, mojego ojca i moje rodzeństwo, jeśli tylko szepnę o tym choć słówko. Jak masz 11 lat, to wierzysz. Koszmar trwał cztery lata - zdradził swój najgłębiej skrywany sekret Paul Stewart, były zawodnik Manchesteru City, Tottenhamu i Liverpoolu, trzykrotny reprezentant Anglii. Wyznał prawdę po czterdziestu latach, gdy jego oprawca, Frank Roper, już nie żył.

Był listopad 2016 roku, a Stewarta skłonił do wyznań wywiad z Andym Woodwardem, byłym zawodnikiem Crewe Alexandra, który w przeszłości również padł ofiarą trenera-pedofila. Anglicy troszczyli się o bezpieczeństwo dzieci już wcześniej, ale wyznanie Stewarta - byłego reprezentanta i zdobywcy Pucharu Anglii - było przełomem. Dzisiaj tzw. safeguarding ma jego twarz, stał się nieformalnym ambasadorem walki o ochronę młodych piłkarzy. Przecina Anglię wzdłuż i wszerz, uświadamia dzieci w akademiach od Newcastle po Bournemouth, przestrzega trenerów w całej Europie. W zeszłym roku wystąpił na konferencji "All About Football" w Krakowie.

Koszmar Stewarta rozpoczął się połowie lat 70. Reprezentował szkołę w okolicznym turnieju, na którym pojawił się trener jednej z dwóch najlepszych młodzieżowych drużyn w Manchesterze. Nova Juniors występowała w zagranicznych zawodach, zdobywała trofea, wydawała się trampoliną do wielkiej piłki. Dla okolicznych dzieciaków dołączenie do Novy było obietnicą spełnienia największego marzenia. Stewart błagał rodziców, by się zgodzili, ale w odpowiedzi usłyszał tylko pytanie: "Ile?!". W domu się nie przelewało. Płacenie za to, by grał w piłkę, było nie do pomyślenia. Ale Frank Roper potraktował go wyjątkowo i nie wymagał opłaty. - Wręczał mi prezenty. Przywiózł do domu sportową odzież i najnowsze buty piłkarskie. Kupił moim rodzicom pierwszy kolorowy telewizor - opowiada Stewart.

Trener powoli przesuwał granicę. W końcu zaczął odbierać go ze szkoły i odsuwać od przyjaciół. "Po co z nimi rozmawiasz? Chcesz być piłkarzem? Musisz się poświęcić. Nie ma czasu na wyjścia i zabawę" - strofował, ale czasem sam zabierał kilku piłkarzy do kina i kręgle, by scementować zespół. Później odwoził ich do domów. Stewart zawsze wysiadał ostatni, słysząc wcześniej pytania, ile razy już się masturbował. Trener tak zachwycał się talentem chłopca, że zaproponował jego rodzicom prowadzenie dodatkowych indywidualnych treningów. Ufali mu, gościli w domu kilka razy w tygodniu. Wierzyli, że zaprowadzi ich syna do wielkich klubów. 

- Pierwszy trening odbywał się w odosobnionym miejscu niedaleko mojego domu, na starych boiskach, których dawniej używał Manchester City. Wtedy, w samochodzie, pierwszy raz doświadczyłem przemocy seksualnej - wyznał po latach w wywiadzie dla "Daily Mirror". Miał jedenaście lat. Podejrzewał, że jeśli powie ojcu, co się stało, ojciec zabije trenera i trafi do więzienia. Nie chciał mieć taty w więzieniu. Chciał też być piłkarzem, a nie można być piłkarzem bez trenera.

- Przekonywał do siebie nie tylko moich rodziców. Nie tylko dziadków. Ciocie i wujków też. Był najmilszą osobą, jaką możesz sobie wyobrazić. Kiedy jednak wsiadałem do jego samochodu, stawał się potworem. Kilka razy moi rodzice wrócili do domu, gdy płakałem, bo właśnie mnie wykorzystał. Myślałem wtedy, że jest cień nadziei. Liczyłem, że zauważą, że zaczną podejrzewać, że poczują. Ale wtedy on zawsze potrafił ich przekonać, że płaczę, bo boję się, że nie uda mi się zostać piłkarzem - opowiadał po latach w "The Athletic". 

Steward mówi, że był molestowany codziennie przez cztery lata. Doświadczał przemocy seksualnej, ale czasami także fizycznej, gdy trener zauważał, że za bardzo zbliża się do rodziny. Bił wtedy po rękach, nogach, ściskał gardło i wyginął palce u rąk. Siniaki nikogo nie niepokoiły. Piłka to sport kontaktowy. I tylko boisko było wtedy dla Stewarta bezpiecznym miejscem. Tylko podczas treningów i meczów nie mógł zostać skrzywdzony. Ten ostatni raz też był w samochodzie. Stewart miał już prawie 15 lat. Nie mógł znieść więcej. Postawił się, odepchnął trenera, otworzył drzwi i uciekł.  

W następnych latach przywykł do zakładania maski, pod którą skrywał cierpienie. Za dnia robił karierę, wieczorami zapijał wspomnienia z dzieciństwa. Grał dla Manchesteru City, Tottenhamu i Liverpoolu, a na początku lat 90. był powoływany do reprezentacji Anglii. - Uśmiechałem się, jakbym cieszył się każdą minutą. Wewnątrz umierałem. Umierałem całkowicie – przyznał po czasie. W Liverpoolu miał najwięcej ciemnych dni, które rozświetlały mu tylko kokaina i alkohol. Przez cztery lata rozegrał tylko 32 mecze, bo - jak pisali wówczas dziennikarze - nie był w formie i często doskwierały mu kontuzje. W rzeczywistości brał narkotyki i pił codziennie. Sam nie wie, jak potrafił wieczorami doprowadzać się do ruiny, a następnego dnia trenować w jednym z największych klubów w Anglii. Nie wie też, jak to możliwe, że jeszcze żyje, skoro miał trzy próby samobójcze. Wie za to, że jako dorosły człowiek wciąż nosił w sobie rany, które nabył jako  dziecko. Najbardziej nie żałuje kariery, z której wycisnął - według własnych szacunków - najwyżej 20 proc. Gorzej mu z myślą, że nigdy nie potrafił powiedzieć swojej żonie, że ją kocha. Chciał to zrobić. Ćwiczył przed lustrem. Ale coś go blokowało. 

Wywiad z Woodwardem w "The Guardian" ukazał się 18 listopada 2016 r. Stewart pamięta dokładnie - to był piątek, natrafił na ten artykuł przypadkiem i był porażony liczbą podobieństw. Ich oprawcy - trenerzy Barry Bennell i Frank Roper - choć nawet się nie znali, działali niemal identycznie. Myśli, że takich trenerów i takich piłkarzy jest więcej, nie dało się pozbyć. Tego dnia wróciło też okropne wspomnienie z Blackpool, do którego Stewart odszedł, gdy miał 16 lat. Roper wkrótce też zaczął tam pracę w roli skauta, wyszukującego zdolnych piłkarzy. Stewart widywał go wtedy z innym chłopcem. Wiedział, przez co ten chłopiec może przechodzić, ale nie potrafił nic z tym zrobić. Wtedy milczał, nie zareagował. Później przez lata przegrywał z wyrzutami sumienia. Ale tego piątku, po czterdziestu latach, miał już tego dosyć.

Zaraz po przeczytaniu wywiadu, jeszcze przed południem, wysłał do kilku brytyjskich redakcji maila, że jest byłym reprezentantem Anglii i ma podobną historię, jak Woodward. Odzew mediów był olbrzymi. Wręcz przytłaczający. Wieczorem, przed koncertem Simply Red, na który Paul wybierał się z żoną, zabrał ją na kolację. W restauracji San Carlo, po trzydziestu latach małżeństwa, wszystko jej opowiedział. Bev od dawna podejrzewała, że w dzieciństwie Paula musiało wydarzyć się coś bardzo złego. Następnego dnia dowiedziały się jego dorosłe dzieci, później rodzice i rodzeństwo. Na początku tygodnia był już gotowy, by spotkać się z Jeremym Armstrongiem, dziennikarzem Daily Mirror, z którym rok później napisał też książkę "Damaged". 

Jego opowieść najbardziej dotknęła rodziców i starsze rodzeństwo. Oni wszyscy czuli się winni, że nie potrafili go ochronić. Stewart był później wielokrotnie pytany, czy nie żałuje tego wywiadu. I nie zawsze uznawał decyzję o jego udzieleniu za słuszną. Głosy o tym, że opowiedzenie prawdy jest oczyszczające, uważa za przesadzone i zbyt proste. Ale w ostatnich latach poczuł, że miało to sens. Jego życiową misją stało się pomaganie innym chłopcom. - Kiedy rozmawiam z młodymi piłkarzami w klubach, to mówię im, że niezależnie od tego, jaki mają problem, nie powinni się martwić, bo istnieje sieć wsparcia i na pewno znajdą wokół siebie osobę, z którą będą mogli porozmawiać. Obiecuję im, że jeśli powiedzą, co się dzieje, otrzymają pomoc, a później, grając z uśmiechami na twarzy, będą znacznie lepszymi zawodnikami - mówi. - Teraz wreszcie robię to, czego nie potrafiłem zrobić, gdy przechodziłem obok mojego oprawcy i widziałem go z innym chłopakiem. Roper zmarł w 2005 r., ale w klubach wciąż krąży wielu innych pedofilów. Naprawdę wierzę, że mogę pomóc ich ofiarom. To z kolei pomaga również mnie - dodaje Stewart w "The Athletic".

Kate

Po latach Paul Stewart zrozumiał, że jego oprawca stosował "grooming", czyli podstępnie zdobył jego zaufanie, zbudował również relację z jego otoczeniem, by osłabić czujność rodziców, a następnie coraz dalej przesuwał granicę. Roper pod wieloma względami działał w typowy dla pedofilów sposób. - Sprawcami przestępstw seksualnych w sporcie najczęściej są osoby, które mają dobrą sieć kontaktów, są autorytetami i cieszą się powszechnym poważaniem. Z badań psychologicznych wiemy, że to najczęściej osoby mające wysokie poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że mogą więcej i więcej im się należy. Często naginają więc normy społeczne. To osoby manipulujące. Nawiązują kontakt, zdobywają zaufanie, budują przyjazną relację i manipulują. To często osoby o wysokich umiejętnościach społecznych, które wykorzystują w bardzo zły sposób. Trudno też przez to zgłaszać przestępstwa, gdy trener uchodzi za autorytet, jest poważany, a rodzice zainwestowali dużo pieniędzy, by dziecko mogło u niego trenować. Taki trener może być jednym szanowanym w okolicy, więc oskarżenie go może prowadzić do ostracyzmu społecznego ofiary. Wini się tego, kto oskarżał, a nie osobę, która dokonała przestępstwa - opisuje dr Natalia Organista z AWF. 

Z Paulem Stewartem dobrze zna się Jacek Pobiedziński, polski trener od lat pracujący w akademii Watfordu. To on pomógł sprowadzić go do Krakowa na konferencję. Gdy proszę, by porównał standardy bezpieczeństwa w Anglii i w Polsce, rozkłada ręce. - Nie ma czego porównywać. W Polsce jeszcze nikt na serio się tym nie zainteresował. Brakuje wytycznych, ewidencji problemu, nie ma statystyk, nie ma mechanizmów. A to one są najważniejsze. Rozmawiałem z trenerami z Polski, którzy mieli wręcz pewność, że jeden z ich kolegów z klubu dopuścił się niewłaściwego zachowania wobec trenującego u nich chłopca. Oni nie wiedzieli, jak zareagować, co zrobić i do kogo to zgłosić. Robić aferę? Nie robić? Załatwić po cichu? Co zrobić, żeby zadziałać skutecznie? Brakuje edukacji w tym zakresie. Zetknęli się z tym, że pedofile najczęściej mają dwie twarze: jedną dla tych dzieci, drugą dla całej reszty. Znali tego trenera, był ich kolegą, lubili go. Dowiedzieli się tak fatalnych rzeczy i mimowolnie to wypierali - opowiada.

- W Anglii wszystko zaczyna się w szkole. Dziecko wchodzi do budynku i widzi ściany obklejone plakatami o równości rasowej, płci czy wyznania. Bez problemu znajduje telefony zaufania czy kontakt do psychologa. Ma zamontowaną skrzynkę, do której może wrzucić list, w którym opisze swój problem albo anonimowo zawiadomi o czymś podejrzanym. W klubach i akademiach też są takie skrzynki. Anglicy zaczęli jednak od zrobienia badań. Wyszło, że jedno na dwadzieścioro dzieci w wieku 11-17 było wykorzystywane. Federacja powołała specjalny departament mający dbać o bezpieczeństwo dzieci, którego zakres działania jest znacznie szerszy niż ochrona przed wykorzystaniem seksualnym. W każdej akademii i klubie musi być zatrudniony tzw. safeguarding officer, który dba o to, by dzieci nie zaznawały żadnej przemocy. Nie mówię już o tych najpoważniejszych sprawach, jak molestowanie czy agresja. Nie ma mowy, żeby przekląć przy dziecku. Wymsknie ci się? Wylatujesz. Żadnych kompromisów. Trener ma świecić przykładem - mówi.

- U nas w klubie oficerem jest Kate. Jest pierwszą osobą po trenerze, którą poznaje każde dziecko trenujące w Watford. Codziennie jest w pracy, mijasz ją na korytarzach, widujesz podczas treningów. Dzieci wiedzą, że jest od tego, by dbać o ich bezpieczeństwo i jeśli mają problem, powinny się do niej zwrócić. Ufają jej. Jeśli jednak obawiają się powiedzieć jej o problemie, to w każdej grupie są też wyznaczeni zawodnicy w ramach tzw. voice children, którym pokrzywdzone dziecko może się zwierzyć. Czasami łatwiej coś wyznać rówieśnikowi, swojemu koledze. Ten kolega dobrze jednak wie, co powinien z tym dalej zrobić, bo przechodzi dodatkowe szkolenia.

- Ja też mam obowiązek zgłosić Kate, że zauważyłem coś niepokojącego, np. w zachowaniu innego trenera albo rodzica. Ona wypełnia raport i rusza domino: policja, śledztwo, prokuratura, federacja, psycholog dla dziecka. Wszystko jest ze sobą powiązane. Jeśli jedziemy na obóz, to najpierw jedzie tam Kate i sprawdza, jakie są warunki w hotelu i czy będą zachowane normy bezpieczeństwa. Najważniejsze jest zapobieganie, dlatego każdy zawodnik czy trener przechodzi szkolenia, podczas których uczy się, na co zwracać uwagę, jakich zachowań unikać i co robić, jeśli już wydarzy się coś niepokojącego - opowiada Pobiedziński. 

PZPN stworzył Politykę Bezpieczeństwa Dzieci. To pierwszy krok

O ile w Anglii są już na etapie dopracowywania szczegółów, by system był jeszcze skuteczniejszy, przede wszystkim w małych lokalnych klubach, o tyle w Polsce wciąż mamy dopiero projekt podobnego systemu i kończymy wylewać fundamenty pod jego budowę. Robi to Polski Związek Piłki Nożnej, który kilka tygodni temu opublikował Politykę Bezpieczeństwa Dzieci. Federacja nie ukrywa, że angielski system jest dla niej inspiracją, ale wciąż ma sporo do nadrobienia. Na razie w Polsce jest jeden koordynator bezpieczeństwa na cały kraj, a szczegółowe szkolenia z trenerami dopiero niedawno się rozpoczęły. Na razie trenerzy zdobywający i odnawiający licencję UEFA, przechodzą szkolenie online z zasad bezpieczeństwa opracowanych przez europejską federację. To pierwszy krok. Docelowo - do końca 2027 r. - koordynator bezpieczeństwa ma pracować w każdym klubie i każdej akademii w Polsce podlegającym PZPN. 

- Zaczniemy od klubów ekstraklasy, I ligi, ekstraligi, a dalej będą certyfikowane szkółki - począwszy od złotych i srebrnych, po brązowe i zielone. Tak samo chcemy wprowadzić takie osoby w wojewódzkich związkach, by kluby mogły zgłaszać problemy tam, a nie bezpośrednio w PZPN, choć my oczywiście jesteśmy na to otwarci - wyjaśnia Marta Furmańczuk, koordynatorka ds. bezpieczeństwa dzieci PZPN.

- Na jednym z ostatnich spotkań UEFA powiedziała nam, że jesteśmy liderem w liczbie przeszkolonych trenerów w zakresie bezpieczeństwa. Mamy ich ponad 4500, a kolejna federacja 500 - mówi Agnieszka Syczewska, radczyni prawna z PZPN pracująca nad stworzeniem Polityki Bezpieczeństwa. - Wzrasta u nas świadomość. Widzę to po sobie. Piętnaście lat pracuję w piłce, byłam blisko akademii Jagiellonii Białystok, a dopiero teraz otwierają mi się oczy, jak obszerny jest ten temat. Nie chodzi tylko o wykorzystywanie seksualne. Mówimy też o boiskowych sprawach - przesadnym nacisku na wygraną, odstawianiu zawodników, niebezpiecznych warunkach wyjazdów czy RODO, bo bezpieczeństwo danych też wchodzi w skład bezpieczeństwa dzieci. Zakres jest przeogromny. Nie byłam tego świadoma - przyznaje. - Czujemy, że otwieramy ten temat i rozpoczynamy zmiany w całym środowisku sportowym. Nie mamy problemu z tym, by inne podmioty wdrażały nasze rozwiązania i kopiowały naszą Politykę - dodaje. 

Dziecko musi być ważniejsze niż zawodnik

- Nie znam polskiej organizacji, która zajmowałaby się bezpieczeństwem dzieci w sporcie. Gdyby do jakiegokolwiek związku wpłynęła dziś informacja, że wydarzyło się coś złego, to osoby w nim pracujące najpewniej czułyby się zakłopotane i nie wiedziały, co z tym dalej zrobić. Problem jest słabo rozpoznany, a w takiej sytuacji nawet dobre chęci pojedynczych osób i ich chęć niesienia pomocy może nie wystarczyć. Przykład powinien iść z góry. Federacja, jako nadzorca całej dyscypliny, musi wysłać sygnał. PZPN robi pierwszy krok - mówi dr Natalia Organista z AWF w Warszawie.

- Stwierdzenie, że sport przyciąga pedofili, jest bardzo mocne. Nie mamy wiedzy, by tak powiedzieć. Nie wiemy, czy w sporcie mamy takich osób więcej niż w innych dziedzinach życia społecznego, natomiast każde środowisko, w którym nie ma odpowiedniej ochrony, będzie narażone na nieodpowiednie sytuacje. Sport jest narażony również przez swoją specyfikę. Eksponujemy ciało, trenerzy przybywają z zawodnikami w szatniach, zdarzają się kilkudniowe wyjazdy na zgrupowania, turnieje i obozy, gdzie najczęściej brakuje nadzoru rodziców - tłumaczy.

- Kluczowy jest wzrost świadomości. Poczucie bezpieczeństwa w sporcie wpływa też na obszary, które być może pozornie wydają się z tym niezwiązane. Na przykład w literaturze anglosaskiej sporo miejsca poświęca się w ostatnich latach syndromie wypalenia wśród dzieci. Jako jedną z przyczyn odchodzenia od sportu w wieku 14-18 lat podaje się właśnie przemocową kulturę sportu. Dziecko przez lata funkcjonowania w hierarchicznym i perfekcjonistycznym środowisku już w nastoletnim wieku bywa wykończone. Gdy rozmawiam z polskimi trenerami o odejściu nastoletnich zawodników od sportu, najczęściej słyszę dość lekceważące stwierdzenia typu "zakochał się", "jest leniwa", "nie wytrzymał", "znudziła się". Wina spychana jest na zawodników. To pokazuje, że brakuje jakiegokolwiek zrozumienia szerszej kultury sportu - mówi dr Organista.

- Musimy dojść do momentu, w którym liczyć będzie się dziecko, a nie wynik sportowy. To niełatwe, bo za wynikiem najczęściej idą pieniądze potrzebne do rozwoju i zawodnika, i klubu, i związku. Nie jest łatwo powiedzieć, że zmieniamy sposób treningu, by sukcesów nie odnosił jedenastolatek, ale dopiero siedemnastolatek, bo chcemy troszczyć się o jego dobrostan. Po prostu: dziecko musi być ważniejsze niż zawodnik.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.