Salvador Dali powiedział, że już nigdy w życiu nie wróci do Meksyku, bo nie może wytrzymać w kraju, który jest bardziej surrealistyczny od jego obrazów. Wystarczy spędzić kilka godzin w centrum Mexico City, gdzie już w czwartek ma rozpocząć się mundial, by stwierdzić, że miał absolutną rację. Korespondencja Dawida Szymczaka, wysłannika Sport.pl.
Na jednym stoisku sąsiadkami są Matka Boża z Guadalupe i koścista Święta Śmierć w błękitnej szacie z kosą w ręku. Otaczają je rzeźby świętych z czasów Azteków i laleczki voodoo. Mnóstwo czaszek i wiedźm. Kukieł i świętych symboli. Za 200 peso (ok. 40 zł) figurka szatana, a obok trochę droższa figurka szatana w sombrero. Jest też portret Jana Pawła II, święta rodzina wyrzeźbiona w gipsie i leżący na sianku Jezus. Pomodlisz się tu do wszystkiego. Są też "milagros", "maleńkie cuda", czyli amulety religijne w formie oczu, aniołów i zwierząt. Do tego cudowny proszek mający zapewnić powodzenie podczas nielegalnego przekraczania granicy. Obok - zioła i eliksiry na wszystko. I świece. Mnóstwo świec, które wypala się zarówno w intencji zdrowia, miłości, zdania egzaminu, jak i sukcesu ukochanej drużyny.
Mercado de Sonora to największy w Meksyku bazar z religijnymi rozmaitościami. W jednym miejscu jakoś pomieściły się wierzenia i tradycje z czasów Azteków oraz cały dobytek religii katolickiej. Są różańce, kadzidła, ochronne bransoletki, medaliki i amulety. Oczopląs. Wspomniała o nim Ola Synowiec w swojej książce "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk", a ja poszedłem tam za jej rekomendacją, by dzień przed rozpoczęciem mistrzostw świata dowiedzieć się, że Meksykanie mają nawet specjalną świecę mającą przyciągnąć zwycięstwo w meczu. Już w czwartek zapłonie ich mnóstwo.
Ten targ to ponoć taki Meksyk w pigułce. Żywy podręcznik do socjologii. Miejsce, gdzie przecinają się katoliccy księża, zakonnice, szamani i znachorzy. Istny religijno-magiczno-ludowo-wierzeniowo-rytualny labirynt.
- A to? - pytam sprzedawczynię, wskazując na coś, co przypomina wkład do znicza. - To świeca, którą odpalasz dla kogoś, na kim chcesz się zemścić. Tutaj wpisujesz jego imię - tłumaczy. "Obyś to ty wylał każdą moją łzę" - brzmi napis na froncie. Dużo tu też narzędzi do rzucania klątw. I w drugą stronę - są świece, które mają ochronić przed klątwami i zemstami. "Arrasa Brujeria" służy do usuwania uroków. Jest "Aceite Llama Cliente", czyli olejek przyciągający klientów, który poleca się właścicielom sklepów i stoisk, od których aż roi się na ulicach miasta Meksyk. Jest też świeca "Trabajo", by praca była lepsza. Albo była w ogóle. Jest również mydło, które pomaga przyciągnąć miłość. W Meksyku podobno nawet ateiści w coś wierzą.
"Quinto partido". Klątwy są nieodłączną częścią meksykańskiego futbolu
- Zdarza się, że ludzie wychodzą z kościoła i idą prosto do znachora. W Meksyku to nie jest nic dziwnego - przyznaje Cesar Sanjuan Szklarz, trener przygotowania fizycznego w sztabie Jana Urbana, mający matkę Polkę i ojca Meksykanina. Im dłużej słucham jego opowieści o Meksyku - o zwyczajach, jedzeniu, tradycjach, stylu życia, wadach i zaletach - tym częściej odnoszę wrażenie, że ten kraj pomieści wszystko. Mieszka w nim 120 milionów ludzi, 60 języków uznaje się za urzędowe, a 20 proc. stanowi ludność rdzenna. Do rzymskokatolickiego przyznaje się ponad 80 procent społeczeństwa, ale Synowiec w swojej książce udowadnia, że temat jest zdecydowanie bardziej złożony i różnorodny, a wielu Meksykanów łączy właśnie metafizyczne zacięcie. Jedni modlą się do boga, drudzy do słońca, a inni wracają do wierzeń pradawnych przodków. I w futbolu też bardzo wyraźnie odbija się wiara we wszelkie klątwy i uroki.
FIFA tak nakombinowała z tym mundialem, że Meksykanie są teraz skonfundowani i nie wiedzą, jak podejść do ciążącej na nich klątwy "quinto partido", czyli klątwy piątego meczu. Meczu, którego Meksyk nie doświadczył od 1986 roku, kiedy to ostatni raz organizował u siebie mistrzostwa. Od tamtej pory mundiale zawsze kończyły się dla nich najdalej na czwartym meczu. Wychodzili z grupy i odpadali w 1/8 finału przez siedem kolejnych mundiali, aż w końcu - cztery lata temu w Katarze - zabrakło nawet tego przeklętego czwartego meczu, bo odpadli już w grupie. Klątwa. Bo co innego?
A teraz, przy rozszerzeniu turnieju o 16 zespołów i dołożeniu dodatkowej rundy w fazie pucharowej, ten piąty mecz, którego tak niecierpliwie wypatrywali i o który tak się modlili, nie będzie tym, czym miał być. Nie będzie wymarzonym ćwierćfinałem. Będzie tym, co już znane i przeklęte - spotkaniem 1/8 finału. I Meksykanie trochę ubolewają, a trochę nie wiedzą, jak się w tej sytuacji odnaleźć. Bardzo chcieli się z tą klątwą "piątego meczu" zmierzyć. Gdzie, jak nie u siebie, grając w Mexico City i Guadalajarze, mieli z nią zerwać? A teraz? Nawet nie wiadomo, jak do tego wszystkiego podejść. Jak potraktować "quinto partido". Bo, że do piątego meczu dojdzie, są akurat przekonani. Ale nagle marzenie stało się obowiązkiem. I kto wie, jakie będą konsekwencje tej zmiany, bo meksykańscy kibice są szalenie wymagający. Presja na piłkarzach jest więc jeszcze większa.
Futbol to w Meksyku kolejna religia. Osobliwa, bo jednego dnia do Boga się modlisz, a drugiego go przeklinasz. Meksykanie oglądają mecze z zaciśniętymi pięściami: jedną trzymają kciuki za powodzenie, drugą są gotowi przyłożyć każdemu piłkarzowi, selekcjonerowi i prezesowi, jeśli tylko coś zrobi źle. A naród, w którym niemal każdy jest kibicem, zadowolić bardzo trudno. Świat często nie docenia Meksyku, ale też Meksyk przecenia siebie.
Na ciążącą na nim klątwę można przecież spojrzeć inaczej. Docenić, że przez 24 lata, czyli sześć kolejnych mundiali z rzędu, zawsze wychodzili z grupy. Nie udało im się to dopiero w Katarze, co tylko wzmaga chęć zrehabilitowania się na mundialu granym u siebie. Wrażenie robi też to, czyim kosztem Meksykanie wychodzili z grupy - w 2018 r. wystawili za drzwi Niemców, w 2014 r. i 2002 r. - Chorwatów, a w 2010 r. - Francuzów. Kto ich lekceważył, ten cierpiał. Ale spojrzenie meksykańskie jest zupełnie inne. Oni nie widzą w tym konsekwencji. Widzą zmarnowaną szansę, by pójść po więcej. I zastanawiają się nieustannie, co tworzy ten mur nie do przejścia? Dlaczego dwa pokolenia piłkarzy nie potrafią go przeskoczyć? Po tylu latach histerycznie wręcz dyskutują, czego im brakuje. I chociaż ostatnio odpadali z Brazylią, a wcześniej z Holandia i Argentyną, zespołami lepszymi od siebie, uwierzyli już w klątwę "quinto partido", czyli piątego meczu.
Meksyk kocha klątwy i w nie wierzy. Może to nie przypadek, że najsłynniejsza klątwa wisząca przez lata nad polską piłkę powstała właśnie w Meksyku, w Guadalajarze? To tam Zbigniew Boniek po przegranym 0:4 meczu z Brazylią i odpadnięciu z mistrzostw świata najpierw podsumował ostatnie lata w reprezentacji, w których były dwa brązowe medale przywiezione z mundiali w 1974 i 1982 r., miejsca 5-8 i 1/8 finału, a następnie wypowiedział słowa, które zestarzały się jako owa klątwa: "Jeżeli w następnych czterech kolejnych edycjach mistrzostw świata osiągniemy podobny sukces, będzie to satysfakcja zarówno dla nas sportowców trenerów, działaczy i przede wszystkim dla kibiców w Polsce". Na następny awans na mistrzostwa świata Polska czekała 16 lat - aż do mundialu w Korei i Japonii, a na wyjście z grupy jeszcze dłużej - do mistrzostw w Katarze. Meksykanie nie mieliby wątpliwości - to też była klątwa.
Szaman organizował terapeutyczne sesje na szczycie piramid. Później zmienił go mistrz feng shui
Wracając jednak do Meksyku i jego podejścia do reprezentacji – presja na zawodnikach jest teraz olbrzymia. Nie dość, że muszą zrehabilitować się za fatalny poprzedni mundial, to jako gospodarze mają jeszcze dodatkowe zobowiązania. Meksyk najlepsze wyniki na mistrzostwach świata osiągał bowiem w 1970 i 1986 r., grając u siebie. Docierał wtedy do ćwierćfinału. Nie trzeba nawet przypominać, że powtórzenie takiego wyniku przy okazji pozwoliłoby też zerwać ze wspomnianą klątwą. Ale wiara w reprezentację Meksyku nie jest zbyt duża. W maju "El Financiero" zbadało poziom zaufania wśród kibiców - aż 65 proc. stwierdziło, że ma niewielkie lub zerowe zaufanie do reprezentacji Javiera Aguirre. Bo skoro sukcesów nie dała Meksykowi kadra, w której byli m.in. Andres Guardado, Raul Jimenez w najlepszej formie, Hirving Lozano, Javier Hernandez, Carlos Vela, Hector Herrera czy Giovani dos Santos, to dlaczego miałaby dać je obecna reprezentacja, w której próżno szukać zawodników tego pokroju.
Dlatego Meksykanie gorączkowo wręcz dyskutują, czego im brakuje, by wreszcie rozegrać turniej marzeń. Potencjał mają przecież olbrzymi - w kraju istnieje ponad 250 zawodowych klubów, liga meksykańska jest najlepszą nieeuropejską ligą obok brazylijskiej, a kibice mają nabożne podejście do piłki. Ale sukcesów to nie daje. Dyskusje, dlaczego tak się dzieje, są jednak prowadzone od ściany do ściany. Co rok, to inny powód niepowodzeń. I dużo jest w tym wszystkim dorabiania tezy do aktualnej sytuacji. Ale na pewno meksykańska piłka jest bardzo proklubowa. A to prowadzi do fundamentalnych rozterek: czy utalentowani piłkarze powinni zostawać i grać na chwałę meksykańskich klubów, czy wyjeżdżać do najlepszych lig Europy, gdzie piłka stoi na wyższym poziomie, rozwijać się i w konsekwencji budować silną reprezentację. I z tym również – a jakże! – wiąże się pewna klątwa.
Wzięła się z historii Jose Villegasa, obrońcy reprezentacji Meksyku, który grał na mistrzostwach świata w 1958 i 1962 r. Villegas, pseudonim "Jamaicon", występował w legendarnej drużynie Chivas de Guadalajara, która w latach 50. XX wieku zdobyła osiem tytułów z rzędu. Był jej legendą. Kibice kochali go za twardy styl. Ale dobrze grał tylko w Meksyku. Zawodził za każdym razem, gdy reprezentacja rozgrywała mecz daleko od domu. Gdy w 1962 r., w Londynie, przygotowywała się do mistrzostw świata i mierzyła się w sparingu z Anglikami, przegrała 0:8, a Villegas zawinił przy większości goli. Po meczu powiedział, że od kilkunastu dni jest poza domem i tęskni za Meksykiem, przyjaciółmi, rodziną, a nawet za tortillami duszonymi w słoninie, które przyrządzała jego ciotka.
Później przez lata meksykańscy piłkarze przepadali w Europie. W niewytłumaczalny sposób tracili umiejętności, którymi zachwycali w rodzimych klubach. Meksykanie mówili więc, że dopada ich "choroba Jamaicona". Serię kolejnych nieudanych transferów przerwał dopiero w 1981 r. Hugo Sanchez, który najpierw błyszczał w Atletico, a później Realu Madryt. Ale określenie przetrwało i dziś jest na tyle popularne, że przestało dotyczyć tylko piłkarzy. Żartuje się, że kiedy Meksykanin jedzie na zagraniczne wakacje, po tygodniu tęskni już za domowym jedzeniem i nie potrafi w pełni cieszyć się urokami urlopu. To nic innego jak cywilna wersja "choroby Jamaicon". Do piłkarzy wraca z kolei za każdym razem, gdy któremuś z nich znów nie idzie w europejskim klubie.
I dlatego też młodych meksykańskich piłkarzy ostrzega się przed wyjazdem z ligi meksykańskiej. Prezesi, agenci i kibice pytają: "A czego ci tutaj brakuje? Zarabiasz dużo pieniędzy (stawki są zbliżone do tych w przeciętnych europejskich klubach), kibice cię uwielbiają, liga jest pokazywana przez różne stacje telewizyjne w Meksyku, USA i połowie Afryki, a ty masz tacos na każdym rogu i mamacitę u boku". I na wielu rzeczywiście to działa. Młodzi meksykańscy piłkarze nie palą się do wyjazdu tak bardzo, jak chociażby Brazylijczycy czy Urugwajczycy.
O "chorobie Jamaicona" pewnie niedługo usłyszymy w kontekście Gilberto Mory, największej nadziei meksykańskiego futbolu. 17-letni ofensywny pomocnik czwartkowe, inauguracyjne spotkanie z RPA najpewniej zacznie na ławce rezerwowych, ale niemal na pewno pojawi się na boisku w drugiej połowie i pomoże Meksykowi po raz pierwszy zacząć mundial od zwycięstwa. Te początkowe niepowodzenia - pięć porażek i dwa remisy w siedmiu meczach - powoli zakrawają bowiem o miano kolejnej klątwy.
Presja przed meczem otwarcia jest więc ogromna. By sobie z nią poradzić selekcjoner Javier Aguirre zdecydował się włączyć do swojego sztabu trenera mentalnego - Imanola Ibarrondo i zaprosić na zgrupowanie byłego mistrza świata w boksie Julio Cesara Cháveza, który opowiadał piłkarzom, jak radził sobie z oczekiwaniami kibiców i toksyczną atmosferą, którą potrafią oni wytworzyć. Aguirre nie jest zresztą pierwszym selekcjonerem, który zauważył, że powietrze wokół reprezentacji Meksyku staje się przed wielkimi turniejami bardzo gęste. Jeden ze wcześniejszych selekcjonerów - Juan Carlos Osorio - zarzucał piłkarzom, że na boisku nie kieruje nimi miłość do wygrywania, ale paniczny strach przed porażką. Mówił wprost, że to głowy meksykańskich piłkarzy stanowią największą barierę przed upragnionym ćwierćfinałem. Wcześniej, w 2006 r., do podobnych wniosków doszedł inny selekcjoner - Argentyńczyk Ricardo La Volpe. Do współpracy z kadrą zaprosił więc szamana, który organizował piłkarzom terapeutyczne sesje na szczycie piramid, by chłonęli odpowiednią energię. Z kolei w 2011 r. Jose Manuel de la Torre, zatrudnił mistrza feng shui, czyli chińskiej praktyki harmonizowania ludzkiego ciała ze światem przyrody, ale on również nie pomógł w wywalczeniu awansu do ćwierćfinału.
W dniu rozpoczęcia mistrzostw świata Meksyk wierzy jednak, że tym razem się to uda - przy odpalonych świecach za zwycięstwo i modłach do każdego z Bogów i bożków.