Sport.pl+

Prawie miliard euro na jedną pozycję. Oto najpopularniejszy trend lata

Michał Trela
Fot. David Klein / REUTERS

Bohaterami siedmiu z dziesięciu najwyższych transferów lata byli środkowi pomocnicy. Dziewięć z dziesięciu najdroższych ruchów przeprowadziły kluby Premier League. Oto najważniejsze trendy lata 2026 w europejskiej piłce.

Pierwszy podrozdział pierwszego rozdziału książki "Futbonomia" ekonomistów Stefana Szymańskiego i Simona Kupera nosi tytuł "Nowy menedżer marnuje pieniądze". Autorzy wskazują zmianę trenera jako ten moment, w którym kluby popełniają najwięcej głupich i kosztownych błędów na rynku transferowym. "Nowy menedżer próbuje zazwyczaj zaznaczyć swoją obecność w klubie. Dlatego kupuje nowych zawodników. Następnie 'oczyszcza' zespół z niektórych piłkarzy ściągniętych przez swojego poprzednika, sprzedając ich zwykle ze stratą […]. Nowemu menedżerowi pozwala się kupować i sprzedawać zawodników pod pretekstem przekształcania klubu na wiele lat, ale osoba taka wkrótce odchodzi".

Trudno nie mieć tego pierwszego przykazania w pamięci, gdy patrzy się na kwoty wydane przez kluby podczas zakończonego w środę letniego okna transferowego w najsilniejszych ligach Europy. Aż dziewięć klubów Premier League, najbogatszej ligi świata, wymieniło między sezonami trenerów. To bezprecedensowy w historii ligi ruch na ławkach. Tottenham, który Roberta De Zerbiego zatrudnił tuż przed końcem poprzedniego sezonu, by ratować ligę, też wkracza z Włochem w pierwsze okno transferowe. Nic dziwnego, że siedem z dziesięciu najwięcej wydających klubów Europy to te z nowymi trenerami. Dotyczy to głównie Anglii, ale kroku dotrzymywał jej także Real Madryt, przebudowujący się na modłę Jose Mourinho.

Ruch w Manchesterze City

Największy ruch panował w lecie w Manchesterze City, w którym nałożyło się kilka czynników napędzających transfery jednocześnie. Minione lata były dla jednego z najbardziej ekspansywnych projektów sportowych świata rozczarowujące. Dwa sezony z rzędu bez mistrzostwa Anglii, ze wczesnym odpadnięciem z Ligi Mistrzów, byłyby już wystarczającym powodem, by szejkowie z Emiratów Arabskich ruszyli na zakupy. Dochodzi do tego lato poturniejowe, które zawsze kreuje kilka nowych, pożądanych na rynku gwiazdek (kupowanie ich to drugi grzech główny wskazywany przez Szymańskiego i Kupera). Nawet jeśli Elliot Anderson i Ayoub Bouaddi pewnie byli już na radarach skautów Manchesteru City i przed udanym mundialem, ich świetna gra w Ameryce Północnej jeszcze wywindowała ceny. Marokańczyk i Anglik kosztowali łącznie 230 milionów euro.

Nie byli jednak najdroższymi zakupami do środka pola w swojej drużynie, bo przecież najdroższe są zachcianki nowego trenera. Enzo Fernandez, pozyskany z Chelsea za 145 milionów euro tuż przed końcem okna, u żadnego trenera nie rozegrał tak wielu meczów, jak u Enzo Mareski, który rozpoczął właśnie rządy w klubie opuszczonym przez Pepa Guardiolę. Argentyńczyk został czwartym wśród najdroższych piłkarzy w historii futbolu i pierwszym, za którego dwukrotnie płacono przeszło sto milionów euro. Łącznie City wymieniło tego lata dwudziestu zawodników, wydając pół miliarda euro. Cała trójka nowych środkowych pomocników zmieściła się w czołowej dziesiątce najdroższych transferów lata na świecie.

Zobacz wideo SEKRETY MANCHESTERU UNITED. WESZLIŚMY TAM Z KAMERĄ

Królestwo za środek pola

Na przykładzie zakupów wicemistrza Anglii dobrze widać trend, który panował tego lata. Fortuny zaczęło się płacić przede wszystkim za graczy środka pola. Nawet nie za tych stricte ofensywnych, strzelających wiele goli, czy notujących asysty. Bardziej za tych dających równowagę drużynie. Nigdy nie tracących piłki, zaliczających wiele odbiorów, biegających od pola karnego do pola karnego. Fernandez, Anderson i Bouaddi nie byli jedynymi przedstawicielami tego gatunku. Tottenham wydał ponad dwieście milionów na Sandro Tonalego i Matheusa Fernandesa, a Arsenal i Manchester United płaciły fortuny za Bruno Guimaraesa i Carlosa Balebę. Wszyscy oni kosztowali tego lata więcej niż najdroższy środkowy napastnik, Goncalo Ramos kupiony z PSG przez Milan. A przecież do transferowych hitów lata zaliczyć należy również przeprowadzkę Rodriego, zdobywcy Złotej Piłki 2025, z Manchesteru City do Barcelony.

Jeśli wziąć pod uwagę po dziesięć najdroższych transferów na każdej pozycji, nie ma żadnych wątpliwości, że wielcy najmocniej inwestowali w serca swych drużyn. Sumy transferowe wydane za dziesięciu najdroższych środkowych pomocników zbliżały się do miliarda euro, co oznacza, że średnio każdy z nich kosztował blisko sto milionów. Kluby wydały na nich o 78 proc. więcej niż na napastników i 21 proc. więcej niż na skrzydłowych. Fernandeza w jednej kategorii można uznać za światowego rekordzistę. Drożsi od niego byli w historii futbolu jedynie Neymar, Kylian Mbappe i Ousmane Dembele, czyli zawodnicy stricte ofensywni, zjawiskowi technicy, gwiazdy zespołu, zdobywcy Złotej Piłki albo przynajmniej poważni do niej pretendenci. A nie pożyteczni liderzy środka pola, którzy w rekordowym sezonie strzelili dziesięć goli. Fernandez pobił też transferowy rekord Premier League, ustanowiony rok temu przez napastnika Alexandra Isaka. Kluby zdają się wierzyć w powiedzenie "pokaż mi twój środek pola, a powiem ci, jaką masz drużynę".

Fortuna za rezerwowych

Z awanturniczej polityki transferowej słynęło przez lata Paris Saint-Germain. Dlatego tym ciekawsze było obserwowanie niedawnych działań królów Europy z ostatnich dwóch sezonów. To bowiem dowód na potwierdzenie tezy autorów "Futbonomii", tyle że przez negację. Tam, gdzie nie ma nowego trenera, nie ma konieczności przebudowy zespołu po rozczarowujących wynikach i nie ma rzucania się na gwiazdki aktualnych turniejów, można działać racjonalnie, nawet mając pieniądze. W rankingu letnich wydatków zwycięzcy Ligi Mistrzów zajęli nędzne 17. miejsce, daleko za beniaminkami Premier League Hull City i Ipswich Town. Jeśli jednak chodzi o zarobki na rynku transferowym, nie miało sobie równych. PSG zakończyło lato ze 182 milionami euro na plusie. Ligue 1 ligą farmerów? Nie tym razem.

Zazwyczaj kluby, które sprzedają najdrożej, płacą za tym istotnymi ubytkami sportowymi. O drużynie Luisa Enrique nie można jednak tego powiedzieć. Paryżanie sprzedali za 334 miliony euro zawodników, którzy… nie mieścili się w ich podstawowej jedenastce. Najwięcej kosztował Bradley Barcola, którego Liverpool sprezentował nowemu trenerowi za 125 milionów euro. W poprzednim sezonie Ligue 1 skrzydłowy rozegrał jednak tylko trochę ponad połowę możliwych minut, a w decydujących fazach Ligi Mistrzów pojawiał się na boisku jako rezerwowy. Ostatni raz w podstawowym składzie Enrique dał mu zagrać w 1/8 finału. Później wybierał raczej Desire Doue. Reprezentant Francji odgrywał jednak i tak znacznie ważniejszą rolę niż Goncalo Ramos, Ibrahim Mbaye, Randal Kolo Muani, Kang-in Lee czy Noham Camara, których Luis Campos, dyrektor sportowy PSG, spieniężył za łącznie 210 milionów euro. Majstersztyk.

Francja głównym eksporterem

Jednocześnie trudno powiedzieć, by choćby szerokość paryskiej kadry na tym ucierpiała. W ich miejsce przyszli Maghnes Akliouche, efektowny skrzydłowy z Monaco, Ferran Torres, strzelec złotego gola w finale mundialu, czy Mika Godts, jeden z największych talentów ligi holenderskiej. Nowe nabytki zwycięzców Ligi Mistrzów kosztowały dwa razy mniej niż piłkarze, którzy odeszli, ale wcale niekoniecznie są słabsi od poprzedników. Renoma PSG, futbolu, jaki prezentowało w ostatnich latach, robi jednak swoje. Splendor spływa nawet na rezerwowych, podbijając ich cenę. Mistrzowie Francji już od dawna byli klubem obrzydliwie bogatym, ale teraz stali się także klubem mądrym.

Pieniądze zarabiane przez PSG umocniły ligę francuską jako głównego europejskiego eksportera piłkarzy. Kluby Ligue 1 zarobiły latem aż 725 milionów więcej, niż wydały. Spośród pięciu największych lig w Europie na transferowym plusie jest jeszcze tylko Bundesliga, ale nie można jej wrzucać do tej samej kategorii, co ligę francuską. Plus ligi niemieckiej jest minimalny, wynosi tylko 37 milionów euro w skali ligi, co pokazuje, że tamtejsze kluby starają się po prostu obracać pieniędzmi. Nie pompują do piłkarskiego rynku nowych pieniędzy, lecz nie nastawiają się wyłącznie na ich zarabianie. Zawodników, którzy się wypromowali, sprzedają za duże pieniądze, solidnie inwestując jednak w ich następców. Pod względem wydatków Niemcy są już bowiem na trzecim miejscu w Europie, wyraźnie przed Francją i nieznacznie przed Hiszpanią.

Rynek dwóch prędkości

Po raz kolejny obserwować można było jednak dwie prędkości europejskiego rynku transferowego. Jedna dotyczyła Anglii, która wydała trzy i półkrotnie więcej niż… druga w rankingu Serie A. Druga to cała reszta. Z tym że nawet zsumowane wydatki czterech największych lig w Europie poza Anglią ustępują tym z Premier League. Na Wyspach Brytyjskich na potęgę wydają wszyscy, czy to kandydaci do mistrzostwa, czy beniaminkowie. Gdzie indziej widać już tylko pojedyncze wysepki zdolne do wydawania fortun na piłkarzy.

Wśród dziesięciu najdroższych transferów niedokonanych przez kluby angielskie, po dwa przypadły Realowi i Barcelonie. Rozpychały się też wciąż kluby saudyjskie, z trzema transferami w czołowej dziesiątce. Z Bundesligi nawet do tego grona zawężonego o Anglików nie dostał się ani jeden ruch, bo najdroższy kupiony do niej piłkarz, Ismael Saibari z Bayernu Monachium, w skali światowej zajmuje dopiero 35. miejsce. Zamknięcie okna transferowego kończy jednak ten etap sezonu, w którym Premier League nie ma sobie równych na świecie. Gdy w centrum uwagi ponownie znajdzie się piłka, PSG, Barcelona, Real, czy Bayern znów będą bardzo poważnymi kandydatami do wygrania Ligi Mistrzów.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...