Robert Lewandowski znów potwierdził, że po odejściu z Borussii Dortmund, został jej największym katem. Żadnemu innemu klubowi nie strzelił tak wielu goli. Teraz dorzucił kolejne dwa, prowadząc Barcelonę do zwycięstwa 4:0. Powoli można ją witać w gronie półfinalistów Ligi Mistrzów.
Hansi Flick niejedno już widział. Przez lata w Niemczech i przez ostatnich dziesięć miesięcy w Barcelonie zdążył oswoić się z genialnością swoich piłkarzy i ich niezwykłymi zagraniami. Czasem wydaje się, że już nic nie robi na nim wrażenia. Nie odczytasz z jego twarzy wyniku ani jak idzie jego zespołowi. Wciąż jednak zdarzają się wyjątki - po drugim golu z Borussią Dortmund podskakiwał przy linii i cieszył się jak dziecko. Trudno się dziwić, bo akcja Lamine Yamala, Raphinhi i Roberta Lewandowskiego nadawała się do oprawienia w ramkę: od idealnej podcinki Hiszpana, po której piłka wylądowała tuż przed bramką, przez niezwykle przytomne zgranie głową Brazylijczyka, po samo trafienie Polaka. Wszystko odbyło się błyskawicznie, a jednak Raphinha i Lewandowski przed wyczarowaniem tego gola zdążyli na siebie spojrzeć i wyczuć wzajemne intencje. Obaj ledwo doskoczyli do piłki, ale osiągnęli cel.