Narodowy ciągle przeklęty. "Choćbym wychodził z siebie"

Żużlowy Narodowy zyskał już miano przeklętego. Najpierw jedno z najgorszych Grand Prix w historii speedwaya, potem brak pierwszego zwycięstwa Polaka w Warszawie przez lata. Niestety, taki stan utrzymuje się do dzisiaj, choć znowu niewiele brakowało, by odczarować stolicę naszego kraju. Bartosz Zmarzlik jechał większość wieczoru znakomicie i efektownie, ale jeden z jego rywali miał przysłowiowy dzień konia i można było oglądać wyłącznie tył jego motocykla.

Jak nie w tym roku, to kiedy? Polscy kibice mieli dość czekania na pierwsze zwycięstwo Polaka w rundzie Grand Prix na Stadionie PGE Narodowym. Bartosz Zmarzlik nie wygrał Grand Prix Chorwacji, nawet nie stanął tam na podium, dlatego miał dodatkową motywację, by być najlepszym w stolicy Polski. Zawsze przyjeżdża tutaj nakręcony, naładowany, ale bywało, że mu to tak naprawdę przeszkadzało w decydujących momentach. Zmarzlikowi na pewno zależało, ale na całym stadionie była jedna osoba, która miała zamiar pokrzyżować cały plan.

Zobacz wideo Jastrzębski Węgiel przegrywa finał Ligi Mistrzów. Jakub Popiwczak: Ogromny ból

To dlatego Zmarzlik miał pierwsze biegi "w kratkę"

- Bartosz odstawił całą konkurencję tak bardzo, że uważam go za faworyta przed każdą rundą. Nie ma znaczenia, że akurat na Narodowym jeszcze nie udało mu się wygrać. Rok temu było mega blisko - gdyby linia start-meta była przesunięta o kilka metrów, to ta spektakularna szarża Bartka na ostatnim łuku pozwoliłaby mu przejść z trzeciej pozycji na pierwszą i nie toczylibyśmy teraz dyskusji o "klątwie Narodowego". To, że jeszcze żadnemu z naszych nie udało się wygrać na Narodowym, zrzucam na karb przypadku - mówił w rozmowie ze Sport.pl Marcin Kuźbicki, komentator żużla.

Przypadku nie było w pierwszym biegu z udziałem Bartosza Zmarzlika, bo nie pozostawił złudzeń. Już na starcie odjechał wystarczająco daleko Taiowi Woffindenowi, Jackowi Holderowi i Mateuszowi Cierniakowi. Pokazał, że może być na Narodowym piekielnie mocny.

Perspektywę zaburzył ósmy bieg zawodów. Można powiedzieć, że to była anomalia, wyjątek od reguły. Zmarzlik i Szymon Woźniak startowali z zewnętrznych pól, a one były wyjątkowo sprzyjające na pierwszych metrach w poprzednich biegach. Tym razem obaj polscy żużlowcy mieli problem z wyczuciem toru i motocykla, jechali dość niestabilnie. Z drugiej strony obaj mogli, kolokwialnie mówiąc, zagotować się po dobrych pierwszych przejazdach. To poskutkowało tym, że Zmarzlik wywalczył jeden punkt, a Woźniak żadnego.

Zawody na Narodowym na początku nie były porywające. Bardzo duże znaczenie miał start, po którym nie było zbyt wiele ścigania koło w koło, łokieć w łokieć. Z raz obranej ścieżki nie opłacało się schodzić. Wyjątkiem były biegi z udziałem Woźniaka, który był w stanie walczyć z innymi.

Dużo się zmieniło w drugiej części fazy zasadniczej zawodów. Właściwie od dziesiątego biegu, który był ozdobą zawodów, zaczęło się dziać na torze naprawdę dużo.

Zmarzlik, Kai Huckenbeck i Leon Madsen dali prawdziwy show. Nikt nie odpuszczał. To była agresywna, twarda, ofensywna jazda, jakby we wszystkich wstąpił demon. Ktoś może powiedzieć, że mało brakowało, by jeden drugiego wrzucił na bandę i spowodował niebezpieczny wypadek. Z drugiej strony to jest też prawdziwe oblicze żużla, które kibice chcą dużo częściej oglądać. To dużo lepsze od jazdy gęsiego, którą często wymuszają jednodniowe tory takie jak ten na Narodowym. Szczęśliwie skończyło się zwycięstwem Zmarzlika i tym bardziej trzeba to doceniać, bo wygrał, startując tuż przy krawężniku, a to było wcześniej niewdzięczne pole do startu.

- Krótki tor, wiele linii jazdy, podobna szybkość nas wszystkich. Zbiegliśmy się w tym biegu. Myślę, że to mogło się podobać - stwierdził Zmarzlik w rozmowie ze Sport.pl.

Później przyszedł 13. bieg, który w ogóle nie poszedł po myśli Zmarzlika. Został na starcie, nie mógł znaleźć rytmu i tempa na dystansie. Jazda do zapomnienia, ale przynajmniej udało się zdobyć jeden punkt. Zresztą mógł być o niego spokojny, bo defekt na starcie dotknął Fredrika Lindgrena.

Zmarzlik później przyznał, że przez pierwsze cztery swoje wyścigi szukał odpowiednich ustawień. - Cały czas szukaliśmy optymalnych rozwiązań w motocyklu. Strasznie to było zauważalne, że co zmiana to albo było dobrze, albo w ogóle bez kontaktu. Choćbym wychodził z siebie, to nie jechałem szybko. Ale cieszę się, że ustabilizowaliśmy to na półfinał i finał, wyciągnęliśmy drugie miejsce. Po wyścigu finałowym mielibyśmy wnioski, że jeszcze w jedną stronę z czymś, to byłoby na pewno lepiej. Na sztucznym torze są ciężkie rundy. Czasem też dużo szczęścia trzeba, w niektórych rzeczach - mówił w rozmowie ze Sport.pl po wyścigu.

W przedostatnim biegu fazy zasadniczej do końca wywierał presję na Jasona Doyle'a, ale Australijczyk dzielnie odpierał ataki. Patrząc na poziom zawodów, to Doyle był jedynym, który mógł zatrzymać dziś Zmarzlika. Wygrał cztery z pięciu swoich biegów, raz dojechał drugi. Bardzo dobrze czuł się na torze w stolicy Polski. Trafił z formą i ustawieniami motocykla. Ale końcowy triumf to była sprawa honoru i ambicji dla mistrza świata. W finałowej fazie musiał zrobić wszystko, by wreszcie odczarować Stadion PGE Narodowy. Do tego miał przeogromne wsparcie z trybun. Gdy kibice skandowali nazwisko Zmarzlika, robili to tak głośno, aż bolały bębenki w uszach.

Wszystko by się udało, gdyby nie ten wścibski Doyle

Początkowo można było być zaskoczonym, gdy Doyle postawił w swoim półfinale na najbardziej wewnętrzne pole startowe. Zmarzlik postąpił podobnie. Ale nie zrobili tego przypadkowo. Wyczuli, że tam przyczepność poprawiła się od trzeciej serii startów. Wszystko za sprawą odpowiedniego nawodnienia toru, który prosił się o to od początku. Był na tyle suchy, że tę suchość czuło się nawet w gardle. Spory wpływ na to miał otwarty dach. Przez to dało się odczuć podmuchy wiatru, który dodatkowo wysuszał tor. Sędziowie chcieli go mocniej nawadniać po każdej serii biegów, ale polewaczka nie dawała rady.

Doyle i Zmarzlik pojechali swoje półfinały po mistrzowsku, ale w finale ponownie górą był Australijczyk. Dużo lepiej rozegrał start, wystrzelił na nim jak z procy. Zmarzlik musiał gonić. Kiedy dogonił, to naciskał, ale na Doyle'a po prostu nie było mocnych. W pełni zasłużył na zwycięstwo w Warszawie.

Tuż po wyścigu Zmarzlik mówił, że to zaszczyt jeździć przed tak liczną i głośną publicznością w stolicy Polski. Widać było, że bardzo, ale to bardzo chciał tego zwycięstwa, ale potrafił cieszyć się z drugiej pozycji. Zresztą to jego najlepszy wynik w historii startów w Warszawie, więc jest jakiś pozytyw.

- Wielkie gratulacje dla Jasona. Finał to jest finał, nieraz rządzi się swoimi prawami. Ja się cieszę, że znalazłem się w biegu finałowym. Fajny wieczór - podsumował mistrz świata.

Mistrz świata sugerował, że może warto tutaj pójść krok po kroku po ten upragniony sukces. Następne warszawskie Grand Prix 17 maja 2025 r., a kolejna runda tego sezonu będzie w niemieckim Landshut już za tydzień.

Czy Bartosz Zmarzlik obroni w tym sezonie tytuł mistrza świata?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.