Dwaj Rosjanie mogą startować pod polską flagą. Beznadziejna sytuacja

- Spójrzmy na fakty: w przypadku Artioma Łaguty i Emila Sajfutdinowa mówimy o ludziach, którzy po pierwsze: mają polski paszport, po drugie: od kilkunastu lat mieszkają w Polsce, po trzecie: ich dzieci chodzą do polskiej szkoły - wylicza komentator żużla, Marcin Kuźbicki. Czy dwaj Rosjanie, którzy są najgroźniejszymi rywalami Bartosza Zmarzlika, wrócą do walki o mistrzostwo świata i będą jeździli jako Polacy?

W sobotę na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się żużlowe Grand Prix Polski. To druga runda tegorocznej walki o mistrzostwo świata.

Zobacz wideo Adam Małysz szczerze o pomocy specjalistów: To już nie jest wstyd

Tytułu mistrzowskiego broni Bartosz Zmarzlik. Polak jest dominatorem - złoto zdobywał w 2019, 2020, 2022 i 2023 roku. W roku 2021 pokonał go Artiom Łaguta. Ale po zdobyciu mistrzostwa Rosjanin przestał jeździć w Grand Prix. Podobnie jak jego rodak, Emil Sajfutdinow (brązowy medalista z 2021 roku). To efekt wykluczenia nałożonego na Rosjan po tym jak ich kraj napadł zbrojnie Ukrainę.

Bez wątpienia z Łagutą i Sajfutdinowem lepsze byłyby i zawody na Narodowym, i cały cykl Grand Prix. A co szczególnie ciekawe, formalnie obaj mogliby startować jako Polacy.

Łukasz Jachimiak: Przed Grand Prix Polski na Stadionie Narodowym jest chyba tylko jedno pytanie: czy Bartosz Zmarzlik w końcu tu wygra?

Marcin Kuźbicki: jeżeli mam obstawiać, to tak. Bartosz odstawił całą konkurencję tak bardzo, że uważam go za faworyta przed każdą rundą. Nie ma znaczenia, że akurat na Narodowym jeszcze nie udało mu się wygrać. Rok temu było mega blisko - gdyby linia start-meta była przesunięta o kilka metrów, to ta spektakularna szarża Bartka na ostatnim łuku pozwoliłaby mu przejść z trzeciej pozycji na pierwszą i nie toczylibyśmy teraz dyskusji o "klątwie Narodowego". To że jeszcze żadnemu z naszych nie udało się wygrać na Narodowym zrzucam na karb przypadku. Owszem, to jest najmniej polski tor w całym kalendarzu, mimo że zlokalizowany w Polsce. Zdecydowanie bardziej przypomina tory brytyjskie. Ale niemal identyczny tor jest w Cardiff, a tamten obiekt zdobyliśmy już kilka lat temu, bo zdążyli tam wygrać i Zmarzlik, i Janowski. Dlatego prędzej czy później na pewno odczarujemy też Narodowy. Myślę, że już teraz, ale jeśli nie - trudno, poczekamy jeszcze rok.

Moje nadzieje na zwycięstwo Zmarzlika są większe po tym, jak nie wygrał dwa tygodnie temu inauguracyjnego Grand Prix w Chorwacji. On tam chyba źle wybrał tor na finałowy bieg, prawda?

- Zgadzam się, moim zdaniem brak zwycięstwa Zmarzlika był właśnie pokłosiem jego złej decyzji. Nie wiem czy Bartek byłby w stanie pokonać Jacka Holdera, gdyby postanowił startować z pola C, bo Jack był piorunująco szybki od początku do końca zawodów, ale na pewno miałby większe szanse niż z pola A. Pole A jest dobre tylko wtedy, kiedy masz ekspresowe starty i nie ma ryzyka, że zawodnik z pola B cię zamknie. Tutaj takie ryzyko było, Bartek na pewno był tego świadom, a i tak podjął taką decyzję. Nie opłaciło się, a jeszcze na pierwszym łuku wpadł w turbulencje, przez co wyprzedzili go też pozostali rywale.

Ale spokojnie, to żaden kryzys Bartka - jemu po prostu nie ułożył się jeden bieg. Zresztą, w Gorican jest specyficzny tor, tamtejsze warunki nie bardzo przypominają te, w których ścigają się zawodnicy w polskiej lidze. Dlatego wyniki nie są do końca miarodajne. Przykładowo - jestem fanem Kaia Huckenbecka, ale nie uważam, żeby on plasował się wśród sześciu najlepszych żużlowców świata, a tak w tej chwili wynika z klasyfikacji generalnej. Spokojnie - Zmarzlik jest wciąż najlepszy i pozostaje murowanym kandydatem do kolejnego tytułu.

Nie miałeś wrażenia, że Zmarzlik dojechał czwarty, dlatego, że nie interesowało go bycie drugim czy trzecim? Nie wydawało ci się, że po przegraniu startu w finale po prostu zaryzykował, bo jest właśnie tak dobry, że dowożenie miejsca na podium mu nie wystarcza, że on chce tylko wygrywać?

- Bardzo możliwe. Cechą charakterystyczną Bartka i jedną ze składowych jego sukcesu jest to, że on chce wygrywać zawsze i wszędzie. Niezależnie czy to są mistrzostwa świata, czy towarzyskie zawody o puchar burmistrza na dowolnym torze. On jest urodzonym zwycięzcą, więc w finale Grand Prix tym bardziej nie zadowoli go drugie czy trzecie miejsce. Myślę, że Bartek miałby jednakowy humor niezależnie od tego, czy stanąłby na którymś z niższych stopni podium, czy byłby czwarty. On po prostu chce być pierwszy - w Gorican się nie udało, ale nic nie szkodzi. Jego największą siłą jest niesamowita regularność. To co dla Bartka jest podłogą, dla większości innych żużlowców jest sufitem. Obecnie ma serię 30 turniejów Grand Prix z rzędu skończonych w top 5. Czyli jeśli ma zły dzień, to w najczarniejszym scenariuszu kończy piąty. A jeżeli dowolny inny zawodnik ma zły dzień, to nie wchodzi do półfinału, czyli nie ma go w czołowej ósemce. To jest zasadnicza różnica.

Są jakieś widoki na powrót rosyjskich rywali Zmarzlika? Bo Łaguty i Sajfutdinowa chyba nie dotyczy to co powiedziałeś o podłodze i suficie?

- Artiom i Emil na pewno dołączyliby do grona najgroźniejszych rywali Bartka. Emil w zeszłym sezonie był tak mocny, że miałby naprawdę duże szanse powalczyć o tytuł mistrza świata. Po roku całkowitej absencji wrócił wygłodniały, a do tego miał znakomite silniki i świetnego menedżera w postaci Tomasza Suskiewicza. Artiom Łaguta ma w swoim boksie równie wybitnego fachowca, czyli Rafała Lewickiego, który - chociaż przez skromność tego nie przyznaje - walnie przyczynił się do tego, że Artiom w 2021 roku został mistrzem świata. Jestem przekonany, że bez Lewickiego Łaguta nie zdobyłby tamtego złota, mimo, że oczywiście koniec końców to Artiom musiał wejść na motocykl i to mistrzostwo wyrwać Zmarzlikowi.

Co do twojego pytania o powrót Rosjan - oczywiście ten temat przewija się w kuluarach. Większość kibiców bardzo by tego powrotu chciała, promotor cyklu, czyli Warner Bros. Discovery, też by chciał, ale blokadą nie do przeskoczenia są włodarze międzynarodowi i Polski Związek Motorowy. I nie wiem, czy tę blokadę kiedykolwiek da się przeskoczyć. Nasz związek nie chce, żeby Emil i Artiom startowali pod polską flagą. FIM też nie robi wszystkiego, co teoretycznie mógłby, żeby Emila i Artioma do cyklu przywrócić. Sam uważam, że już wystarczy tej banicji. Mówimy o ludziach, którzy z formalnego punktu widzenia - czy to się komuś podoba, czy nie - są Polakami. A skoro tak, to nie powinni być blokowani w zawodach międzynarodowych. Jednak wedle mojej wiedzy nie ma planów, żeby ten stan rzeczy zmienić.

Fakt, że Łaguta i Sajfutdinow mają polskie obywatelstwo na pewno nie wszystkim się podoba i chociaż mówisz, że większość kibiców bardzo by chciała ich powrotu, to wyobrażam sobie, że jednak skala protestów byłaby duża, gdyby FIM rzeczywiście dał im zgodę na powrót pod flagą biało-czerwoną.

- Tak by było. Ale pomyślmy - mamy Jekatierinę Kurakową, która w łyżwiarstwie figurowym startuje dla Polski, mimo że urodziła się w Moskwie i do 2019 roku reprezentowała Rosję. Przecież jej pobudki do zmiany obywatelstwa też były czysto pragmatyczne - jak u Artioma i Emila - a jednocześnie nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, żeby jej nie dopuszczać do międzynarodowych zawodów. Oczywiście każdy przypadek jest nieco inny i każdy wie, że Artiom i Emil przez długie lata startowali pod flagą rosyjską, a zamienili ją na polskie licencje tylko dlatego, że sytuacja po wybuchu wojny ich do tego zmusiła. Ale to są aspekty moralne, natomiast z formalnego punktu widzenia obaj są obywatelami Rzeczypospolitej. Spójrzmy na Gleba Czugunowa - on też jest Rosjaninem który uzyskał polski paszport, tylko zmienił licencję jeszcze przed wybuchem wojny i dzięki temu dwa lata temu wystartował z dziką kartą w Grand Prix we Wrocławiu pod polską flagą. Gdyby wygrał tamte zawody, zagrano by mu "Mazurka Dąbrowskiego".

I co, śpiewałby?

- A może i by śpiewał, znając jego talent wokalny! Wcale bym się nie zdziwił. Mówiąc serio: też bym nie chciał, żeby Łaguta i Sajfutdinow startowali pod polską flagą. To by się gryzło. Ale przy odrobinie dobrej woli dałoby się znaleźć jakieś kompromisowe rozwiązane. Rozumiem argument prezesa naszego związku, że obaj blokowaliby miejsca prawdziwym Polakom, a akurat w Grand Prix kryterium narodowościowe jest bardzo ważne. Ale przecież Łagutę i Sajfutdinowa można by dopuścić pod neutralną flagą albo na licencji jakiegoś innego kraju. Szkoda, że to się nie dzieje, bo nie ma żadnych wątpliwości, że na braku tych zawodników cykl Grand Prix traci.

Kiedy w lutym 2022 roku Rosja napadła zbrojnie Ukrainę, to akurat razem z tobą byłem w studiu Eurosportu na skokach narciarskich. I kiedy Kamil Stoch wyrażał swoją solidarność z Ukraińcami, a Rosjanin Jewgienij Klimow nagle wyjął z szafy rękawice w barwach swojego kraju, obaj mówiliśmy jednoznacznie: nie wyobrażamy sobie, że rosyjscy sportowcy będą dalej normalnie uczestniczyli w międzynarodowych zawodach. Rozumiem, że Łaguta i Sajfutdinow mają polskie obywatelstwo, ale czy nie jest też tak, że dwa lata później nie jesteśmy już tak radykalni i patrzymy na przykład na dobro widowiska? Bo przyznasz, że brak rosyjskich skoczków nie ma znaczenia dla wyników światowej czołówki, więc tam nikt się o nich nie upomina. A tu jest inaczej.

- Na pewno każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. I trzeba podkreślić, że powrotu do Grand Prix stuprocentowych Rosjan nikt się nie domaga. Inna sprawa, że oni nie mają aż tak wysokiego poziomu, żeby móc tam startować. Ale spójrzmy na fakty - w przypadku Artioma i Emila mówimy o ludziach, którzy po pierwsze: mają polski paszport, po drugie: od kilkunastu lat mieszkają w Polsce, po trzecie: ich dzieci chodzą do polskiej szkoły. Blokują ich tylko i aż za to, że przed wybuchem wojny startowali pod flagą rosyjską. Chociaż tak naprawdę Artiom wcale nie zdobywał mistrzostwa świata pod flagą rosyjską, tylko pod flagą Rosyjskiej Federacji Motocyklowej, bo wtedy przez aferę dopingową w rosyjskim sporcie tamtejsi zawodnicy nie mogli używać swoich symboli narodowych. I Artiom odbierając złoty medal mistrzostw świata nie usłyszał rosyjskiego hymnu, tylko jakiś utwór Czajkowskiego. Więc tak, to nie jest łatwy temat i rozumiem argumenty obu stron. Ale biorąc pod uwagę wszystkie konteksty, akurat te dwa przypadki rozpatrzyłbym na korzyść zawodników i całego cyklu. Tylko, że na razie nie ma się co na to nastawiać.

Czy Zmarzlik wypowiadał się na ten temat? Kiedyś próbowałem podpytać czy chciałby powrotu Łaguty i Sajfutdinowa, ale ucinał, mówiąc, że temat wojny jest trudny i on tego tematu nie chce podejmować.

- Nie słyszałem, żeby Bartek zajął inne stanowisko niż to, o którym mówisz.

Nie sądzisz, że - choć to może na pozór zabrzmi nielogicznie - w interesie Zmarzlika byłoby, żeby Łaguta i Sajfutdinow wrócili?

- Czy byłoby to w jego interesie, to najlepiej wie sam Bartek. Natomiast wszyscy mają z tyłu głowy taką myśl, że oczywiście Zmarzlik jest najlepszy na świecie i najprawdopodobniej i tak by zdobywał złote medale...

Ale jest "ale". Wicemistrz świata, Fredrik Lindgren, nie wygrał ze Zmarzlikiem, nawet mimo że w poprzednim sezonie Zmarzlika wykluczono z przedostatnich zawodów, podczas których Szwed odrobił sobie aż 18 punktów ze straty do Polaka. Przez takie sytuacje coraz więcej jest opinii, że Zmarzlik ma za łatwo.

- Tak, ale on za kilka lat na 99 proc. zostanie najbardziej utytułowanym żużlowcem w historii i to w pełni zasłużenie. Nawet mimo to, że u niektórych pojawia się myśl "co by było, gdyby?". To naturalne, że zastanawiamy się, czy skoro Bartek przegrał z Artiomem raz, to czy nie przegrałby znowu. Albo czy może Emil by mu zagroził. Niestety, tego się nie dowiemy. Ja uważam, że koniec końców Bartek i tak by wygrywał, ale na pewno byłoby znacznie ciekawiej.

Czy średnie punktowe zdobywane w naszej lidze są takie, że Zmarzlik to numer jeden, a Łaguta i Sajfutdinow są zaraz za nim?

- Początek tego sezonu u Emila nie jest aż tak piorunujący, jak zeszły rok. To oczywiście wciąż jest ścisła światowa czołówka, ale Emil miewa delikatne wpadki. Za to Artiom spisuje się fenomenalnie - sam w poniedziałkowym magazynie w Eleven mówił, że to jest jego najlepszy początek sezonu w karierze i nigdy po czterech kolejkach Ekstraligi nie miał aż tak wysokiej średniej.

Nie doprecyzowałem pytania - bardziej mnie interesują średnie z całego poprzedniego sezonu.

- W takim razie można śmiało stwierdzić, że Emil i Artiom to światowa "dwójka" i "trójka". Lidngren, który jest wicemistrzem świata, w Ekstralidze nie był aż tak porywający. Choć trzeba zauważyć, że w naszpikowanym gwiazdami Motorze Lublin trudniej się zdobywa punkty niż w innych drużynach. Lindgren wszędzie indziej byłby zdecydowanym liderem, może poza Spartą Wrocław, natomiast w Motorze gra drugie skrzypce, bo tam jest Zmarzlik. A poza Bartkiem są jeszcze Jack Holder i Dominik Kubera, czyli też światowa czołówka.

Kubera to już światowa czołówka? Pomówmy o innych niż Zmarzlik Polakach w cyklu. Kibice przyzwyczaili się, że są Maciej Janowski i Patryk Dudek, którzy czasem też potrafili wygrywać. A czy Kubera i Szymon Woźniak są w stanie wygrywać?

- Kubera moim zdaniem się w Grand Prix zadomowi. Nie wiem, czy już teraz utrzyma się na kolejny rok, ale nawet jeśli nie, to szybko wróci. On docelowo będzie w ścisłej światowej czołówce, bo przede wszystkim ma potrzebny do tego mental. Udowodnił to trzy lata temu w Lublinie. Wtedy dwukrotnie startował z dziką kartą, jako zawodnik znacznie młodszy niż dziś [to rocznik 1999] i dwukrotnie stanął na podium - był drugi i trzeci. Taka rzecz udaje się nielicznym. Oczywiście Zmarzlik z dziką kartą też stawał na podium, a nawet wygrywał, jako najmłodszy zawodnik w historii. Ale generalnie dzikim kartom w ostatnich latach idzie w Grand Prix słabo, a Kubera przywitał się dwoma podiami dzień po dniu. To pokazuje, że jego ta stawka nie przerasta, że głowa się nie gotuje. I nawet runda w Gorican powiedziała nam sporo dobrego o warstwie psychicznej Dominika. Początek miał tak nieudany, że miał prawo się załamać, ale tego nie zrobił i skorzystał z tego, że jako pierwszy wybierał sobie numer startowy [dzięki temu, że wygrał kwalifikacje] i w dwóch ostatnich biegach ruszał z pola B. Oba te biegi wygrał i dzięki temu wślizgnął się do półfinału [ostatecznie zajął ósme miejsce].

Na dziś Dominik ma szansę wygrać jakąś pojedynczą rundę, ale nie sądzę, że będzie seryjnie wchodził do wielkiego finału. Niemniej, umiejętnościami do tej stawki jak najbardziej pasuje, chociaż nie zapominajmy, że dostał stałą dziką kartę bardziej pod kątem potencjału, bo ubiegły sezon miał dobry, ale nie spektakularny, na co wpływ miała przede wszystkim straszna kontuzja.

Przypomnijmy: Kubera rok temu upadł na Narodowym i doznał urazu kręgosłupa, po czym przeszedł operację.

- Tak, miał bardzo pod górkę.

Ja wiem, że medycyna robi ze sportowców cyborgów, ale tu chyba do cudów wyczynianych przez lekarzy musiał dojść wyjątkowy charakter zawodnika, skoro on wrócił półtora miesiąca po wypadku, a mówiono, że wróci najwcześniej za cztery miesiące, a może nie wróci już do końca sezonu?

- Na pewno medycyna rozwinęła się bardzo i bez niej szybki powrót Kubery byłby niemożliwy. Samym charakterem sobie ciała nie wyleczysz, choćbyś bardzo chciał. Ale Kubera był bardzo zdeterminowany. W materiale dla Canal+ opowiadał, jak eksperymentalnym metodom leczenia się poddał. Wstrzykiwali mu ciecz, która, słowami lekarza Dominika, była "jak beton". Brzmiało to hardkorowo, bo Dominik opowiadał, że było ryzyko - niewielkie, ale było - że te zabiegi go sparaliżują! Na całe szczęście wyszło dobrze, a chakter Dominika na pewno w rehabilitacji bardzo pomógł. Najbardziej imponujące jest, że nie stracił sportowo na tej kontuzji, choć uraz był naprawdę paskudny. Na pewno wielu coś takiego wyleczyłoby z żużla na długo, a u Kubery nawet nie spowodowało regresu formy.

Gdyby zastosować kryterium czysto sportowe, to na stałą dziką kartę pewnie bardziej zasługiwał Janusz Kołodziej, który nie wygrał mistrzostwa Europy tylko przez kontuzję, a w PGE Ekstralidze był skuteczniejszy niż Kubera. Jednak organizatorzy cyklu Grand Prix dali dziką kartę młodszemu Dominikowi, wiedząc, że on prędzej czy później do czołówki trafi i ten wybór się jak najbardziej broni.

Wracając do pytania o Polaków - Szymon Woźniak sam sobie prawo jeżdżenia w tegorocznym Grand Prix wywalczył. Tu były obawy czy cykl go nie przerośnie, bo w poprzednich latach podczas jego występów z dziką kartą w Gorzowie bywało słabo. Ale w Gorican zobaczyłem takiego Szymona, na jakiego liczyłem - wyluzowanego, niespiętego, ambitnego. Półfinału nie było [Woźnak zajął 11. miejsce], ale nic nie szkodzi, bo Szymon na pewno wyciągnął lekcję i będzie lepiej. Przy czym trzeba uczciwie powiedzieć, że dla niego utrzymanie się w cyklu byłoby gigantycznym sukcesem. Gdyby on skończył w top 6, to byłby rewelacyjny rezultat, bo konkurenci są bardzo mocni. Ale na pewno nie będzie odstawał i kilka razy koło finału się zakręci.

To co, będzie ten "Mazurek Dąbrowskiego" w sobotę na Narodowym?

- Będzie!

Ale nie tylko na początek zawodów?

- Wierzę, że jednak odśpiewamy go dwukrotnie. Brak polskiego zwycięstwa na Narodowym to coś naprawdę zaskakującego - nam zostało bardzo niewiele bastionów do zdobycia. Polski żużel nie wygrał nigdy jeszcze tylko Speedway of Nations [nowa formuła drużynowych mistrzostw świata], SEC-a, czyli indywidualnych mistrzostw Europy w ich nowej, poważniejszej erze, no i właśnie Grand Prix na Narodowym. Prędzej czy później wszystkie te "klątwy" odczarujemy, a w sobotę pora na pierwszą z nich.

Czy uważasz, że mający też polskie obywatelstwo Rosjanie Artiom Łaguta i Emil Sajfutdinow powinni wrócić do cyklu Grand Prix?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.