Narodowy buczał i gwizdał. Też jak Zmarzlik przeżył swoją drogę z piekła do nieba. Adrenalina w powietrzu

To miało być Grand Prix Bartosz Zmarzlika, to miał być pierwszy triumf Polaka na PGE Narodowym, ale na taki moment radości musimy jeszcze poczekać. Mistrz świata miał swoje wzloty i upadki, ale ostatecznie należy być zadowolonym z jego trzeciego miejsca. To wciąż sukces!

Odkąd żużlowe Grand Prix jest organizowane na stadionie PGE Narodowym, czyli od 2015 r., Polak nigdy nie wygrał ten rundy mistrzostw świata. Ponownie głęboko wierzono w Bartosza Zmarzlika, który mógłby przełamać klątwę. Mistrz świata, zwycięzca pierwszej rundy w chorwackim Gorican - lepszych okoliczności żużlowej przyrody nie mogło być ku temu. Ale sam Zmarzlik przeżył przygodę z piekła do nieba. W finale znów mógł wylądować w tym piekle, niewiele brakowało. Mimo to można być naprawdę zadowolonym z jego postawy, czego generalnie nie można powiedzieć o pozostałych naszych reprezentantach.

Zobacz wideo Traktowanie sędziów? Listkiewicz nie kryje oburzenia

Był potencjał na bardzo dobre ściganie. Był

Zacznijmy jednak od ogólnego obrazu Grand Prix. Pierwszy bieg dał spore nadzieje na fajne ściganie i mogło u organizatorów urosnąć przekonanie, że całkowicie nowa nawierzchnia, inna niż w poprzednich edycjach, będzie "pracować" zgodnie z założeniami i przyniesie i dość dużą liczbę mijanek. Mikkel Michelsen zaatakował z ostatniego miejsca i wygrał. Mogła też podobać się walka między Jasonem Doylem a Fredrikiem Lindgrenem, albo ósmy bieg z Doylem, Jackiem Holderem, Martinem Vaculikiem i Danem Beyleyem, kiedy cała czwórka jechała koło w koło prawie cały czas.

Ale później większość biegów rozgrywała się już na pierwszym łuku. Ten, kto wjechał najszybciej w wiraż, miał potem pełną swobodę i możliwość ucieczki. W walce o drugie miejsce tor premiował defensywny styl jazdy. Trudno było atakującym o znalezienie przestrzeni do ataku, ruchy były bardzo czytelne. Opłacał się jedynie manewr na wirażu, pojechanie w nim bardzo szeroko, ale nie wszystkich zawodników było na to stać. Tak to żużlowcy jechali dość blisko siebie, straszyli, ale bez efektów. Mimo wszystko dobrze się to oglądało.

Polska huśtawka nastrojów

Pierwsze dwie serie w wykonaniu polskich żużlowców były zaskakująco słabe. Bartosz Zmarzlik zaliczył słuszne wykluczenie i trzecie miejsce, ale zachowywał spokój. - Mówię sobie: "To jest Warszawa, spokojnie..." - przyznał na konferencji prasowej po zawodach.

Maciej Janowski dwukrotnie był drugi, ale jechał zupełnie bez zęba i pazura. Sam zaprzepaścił szansę na półfinał kiepską jazdą w ostatniej serii. Patryk Dudek dwukrotnie trzeci - bez tempa, dawał się objeżdżać z dużą łatwością. I tę słabą tendencję utrzymał do końca zawodów.

Dużym pozytywnym zaskoczeniem był Bartłomiej Kowalski. Junior Betard Sparty Wrocław miał być tylko rezerwowym i wskoczyć w trybie nagłym. Zastąpił kontuzjowanego Dominika Kuberę, o czym dowiedział się dzień wcześniej. Na Narodowym jechał bez kompleksów, choć zdobył tylko cztery punkty. Zaimponował w siódmym biegu, który sensacyjnie wygrał, dzielnie odpierając ataki rywali przez pełne cztery okrążenia.

Od trzeciej serii Zmarzlik włączył swój tryb. Szalał po zewnętrznej, objeżdżał rywali z dużą łatwością, a potem nie dawał się złapać. To było całkowicie w jego stylu. Faza finałowa nie była jego popisem, choć dostarczył sporą dawkę emocji.

Dramatyczny finał z niespodziewanym zwycięzcą, mimo wszystko

Faza zasadnicza toczyła się całkowicie pod dyktando Jasona Doyle'a, który całkowicie zgasł w finale Grand Prix. Dał się wypchnąć na starcie, przez co potem był na stratnej pozycji. Musiał zażarcie walczyć ze Zmarzlikiem, który zawalił start. I ta walka mogła skończyć się wykluczeniem Polaka.

Po upadku Doyle'a w finale publiczność była wściekła. Buczała, gwizdała, nie wyobrażała sobie drugiego dziś wykluczenia mistrza świata. Manewr wyprzedzania Zmarzlika wciąż trwał, w wejściu w wiraż był kontakt między żużlowcami i ich motocyklami, po którym Australijczyk się przewrócił. Na pierwszy rzut oka wykluczenie dla Zmarzlika wydawało się oczywistym, trudno było się wcisnąć tuż przy krawężniku.

Ale Doyle sam dał Zmarzlikowi okoliczność łagodzącą. Ułamek sekundy wcześniej zaczął się podkładać. Czuł presję Polaka i chciał to wykorzystać. Powtórki go zdradziły, nie wyszedł na cwanego lisa. Efekt - wykluczenie Doyle'a, powtórka w trójkę. Australijczyk jechał mądrze całe zawody, aż do tego momentu, w którym chciał być aż za sprytny.

W powtórka Zmarzlik znowu zepsuł start, musiał gonić i było blisko wyszarpania wyższego miejsca. W pierwszy najlepiej wjechał Fredrik Lindgren, który potem nie oddał prowadzenia do mety. Choć tuż przed linią końcową popełnił duży błąd, który mógł go dużo kosztować.

Piąty finał Lindgrena, piąty z medalem. Pierwszy finał Jacka Holdera w cyklu Grand Prix. Pierwszy finał Zmarzlika w Warszawie.

Klątwy żużlowego Narodowego nie udało się przełamać, a tym razem było naprawdę blisko. Cała trójka wjechała na linię mety niemalże w tym samym momencie. Dramaturgia, przyspieszone bicie serca, dodatkowe nerwy, a potem euforia lub łzy, niedosyt lub docenienie tego, co się ma. Grand Prix na Narodowym było mieszanką wielu emocji, ale za to ludzie kochają żużel. Od pierwszej do ostatniej sekundy było czuć w powietrzu adrenalinę.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.