Narodowy nie lubi Zmarzlika? Tym razem nie lubił Polaków w ogóle!

Jakub Seweryn
Bartosz Zmarzlik jeździł jak natchniony, Maciej Janowski niezwykle efektownie wjechał do półfinału, a do tego dobrze spisywał się Paweł Przedpełski - tak wyglądała większość żużlowego Grand Prix Polski w Warszawie. A jednak 50 tysięcy kibiców na Narodowym ostatecznie przeżyło ogromny zawód, bo na koniec żadnego z Biało-Czerwonych nie było w finale. Zwyciężył znakomity w końcówce zawodów Australijczyk Max Fricke.

Trzy lata żużlowi kibice musieli czekać na powrót rywalizacji o mistrzostwo świata na Stadion Narodowy w Warszawie. W sezonie 2020 i 2021 na drodze przeciwko rozegraniu rundy Grand Prix w stolicy Polski stawała pandemia koronawirusa. A wypełnione niemal po brzegi, około 50 tysiącami kibiców trybuny Narodowego tylko potwierdziły, jak bardzo stolica tęskni za "czarnym sportem", którego za wyjątkiem pojedynczych imprez brakuje od kilkudziesięciu lat. 

Zobacz wideo Vuković jest pewny: Runjaić trenerem Legii. "Większego potwierdzenia nie trzeba"

Solidarność z Ukrainą, później świetna postawa Polaków. Ale tylko do czasu...

Jeszcze zanim w ogóle żużlowcy pojawili się na torze, polscy organizatorzy Grand Prix zaprezentowali swoją solidarność z walczącą z rosyjskim okupantem Ukrainą. W trakcie "Mazurka Dąbrowskiego" trybuny Narodowego zamieniły się w dwie wielkie flagi - polską i ukraińską.

Jednym z rezerwowych, który ostatecznie nie pojechał w zawodach, był z kolei Ukrainiec Witalij Łysak. To z kolei oznaczało, że ukraińskich żużlowców na Narodowym było więcej niż rosyjskich, bo mistrz świata Artiom Łaguta i brązowy medalista Emil Sajfutdinow zostali wykluczeni z całego sezonu 2022. 

Zawody z kolei rozpoczęły się dla polskich żużlowców i kibiców fantastycznie. Fani mogli co chwila świętować wygraną Zmarzlika i spółki, którzy wygrali aż 7 z 20 biegów rundy zasadniczej, a gdy Polacy popisywali się swoimi umiejętnościami na torze, kibice tworzyli przeraźliwy huk, porównywalny tylko z tym, gdy do siatki na tym samym obiekcie trafia Robert Lewandowski w koszulce z orłem na piersi. 

Wyraz solidarności z Ukrainą przed GP Polski w WarszawieKibice na Narodowym wyrazili solidarność z Ukrainą. Dwie wielkie flagi na trybunach

Miało być pięknie, a był tylko jęk zawodu. Narodowy nie lubi Polaków?

Te same trybuny, które tworzyły niesamowicie głośny huk, gdy swoje biegi wygrywali Zmarzlik, Janowski i inni Polacy, potrafił też zamrzeć, gdy na niezbyt równy tor na Narodowym upadali kolejni żużlowcy.  A kilku ich było. Najgroźniej wyglądało zderzenie Patryka Dudka z Australijczykiem Jackiem Holderem w biegu szóstym. Polak stracił kontrolę nad motocyklem na prostej i wpadł w swojego kolegę klubowego z toruńskiego Apatora. Inny Australijczyk Jason Doyle upadał nawet dwukrotnie, ale gdy wyglądało, że wszyscy zakończą zawody bez poważniejszych urazów, największe konsekwencje miał upadek już w finale Duńczyka Mikkela Michelsena, który po starciu ze swoim rodakiem Leonem Madsenem miał wielkie problemy z opuszczeniem toru w asyście lekarzy i swojego teamu. 

Te wszystkie reakcje publiczności, to jednak było nic z wielkim jęknięciem, gdy w pierwszym półfinale jadący na drugiej pozycji Bartosz Zmarzlik wydawał się pewnie zmierzać do finału, a jednak na przedostatnim okrążeniu wyrzuciło go na tyle daleko, że musiał ratować się przed upadkiem. To mu się udało, ale awansować do finału już nie. Podobnie jak Maciejowi Janowskiemu i Pawłowi Przedpełskiemu. Gdyby ktoś po rundzie zasadniczej powiedział, że w finale zabraknie choćby jednego reprezentanta Polski, chyba nikt z 50 tysięcy osób zgromadzonych na Narodowym by nie potraktował tego poważnie. A jednak, po raz kolejny Stadion Narodowy okazał się niezwykle pechowy już nie tylko dla Zmarzlika, ale też dla wszystkich polskich żużlowców. 

Tony Rickardsson"Sam chciałbym pojechać". Legenda żużla rozpływa się nad Narodowym i Zmarzlikiem

Szalony Kangur królem Narodowego, szwedzki rollercoaster 

Jak ktoś miał pecha, to kto inny musiał mieć szczęście, a emocjonalny rollercoaster przeżywał Fredrik Lindgren. Szwed w biegu siódmym ambitnie przebiegł z motocyklem niemal całe okrążenie, by tylko nie zaliczyć defektu (gorzej punktowanego niż "0"), co spotkało się z ogromną owacją polskiej publiczności. W swoim ostatnim biegu doświadczony Lindgren tuż przed metą zaliczył bolesny upadek, ale z ośmioma punktami i tak się zakwalifikował do półfinału. Jakby tego było mało, to właśnie on skorzystał na pechu Zmarzlika, by rzutem na taśmę wjechać do wielkiego finału. 

Lindgren skończył trzeci, a dramatyczny finał po upadku Mikkela Michelsena wygrał Australijczyk Max Fricke, który w drugiej części zawodów najpierw stoczył genialny pojedynek z Bartoszem Zmarzlikiem, najlepszy w całym GP i wygrany o kilka centymetrów. Później w półfinale pokonał Zmarzlika raz jeszcze, a i w finale dwa razy najlepiej wychodził ze startu i był po prostu nie do doścignięcia. Drugi był Duńczyk Leon Madsen.

Całą imprezę zakończył fajerwerki, ale tych akurat nie brakowało przez całe sobotnie zawody. Liderem klasyfikacji generalnej wciąż jest Bartosz Zmarzlik, a kolejne zawody odbędą się 28 maja w czeskiej Pradze. 

Więcej o: