Hampel na podium, Gollob też wysoko

Świetny start w walce o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata na żużlu mieli w sobotę polscy żużlowcy. Jarosław Hampel stanął na podium, a piąta lokata Tomasza Golloba dała mu trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej

Grand Prix Nowej Zelandii było bez wątpienia trudnymi zawodami dla całej stawki. 30-godzinna podróż samolotem i nowo wybudowany, a co za tym idzie, kompletnie nieznany zawodnikom tor były wyzwaniem.

Na dodatek były to właściwie pierwsze poważne w tym sezonie zawody nie licząc memoriału im. Alfreda Smoczyka w Lesznie, w którym start nie był dany całej stawce Grand Prix. Kolejny utrudnieniem był fakt, że motocykle, na których jeździli zawodnicy musiały być zapakowane i wysłane drogą morską już miesiąc wcześniej, a więc zaledwie po kilku treningach na południu Europy.

Mimo tych przeciwności zawodnikom udało się stworzyć interesujące widowisko. Jedną z najciekawszych postaci tego żużlowego spektaklu był Jarosław Hampel. Ubiegłoroczny wicemistrz świata rozpoczął zawody niemrawo, dwukrotnie przyjeżdżając jako trzeci. Jego team wykonał jednak fantastyczną pracę i już od trzeciej serii oglądaliśmy jazdę Hampela do jakiej przyzwyczaił nas w sezonie 2011. - Ciężko jedzie się, kiedy masz problemy od początku zawodów, bo w parku maszyn trzeba myśleć o tym, jak to poprawić - tłumaczy wicemistrz świata. - Miałem małe problemy z szybkością motocykli, co jest dość zaskakujące po dwóch dniach treningu. No ale cóż, żużel bywa dziwny - dodaje.

Zupełnie inaczej wyglądały zawody w wykonaniu Tomasza Golloba, który już od pierwszego wyścigu imponował szybkością. W rundzie zasadniczej przegrał tylko raz - z Antonio Lindbäckiem w 15. biegu. W sumie w całym turnieju Gollobowi nie wyszedł jeden start. Na jego nieszczęście był to półfinał, w którym zajął trzecie miejsce i zakończył swoją rywalizację na 5. lokacie. W ogólnym rozrachunku z pierwszego w tym sezonie GP powinien być jednak zadowolony, bo 15 punktów, które zdobył w sześciu startach dało mu trzecią lokatę w klasyfikacji przejściowej. W turnieju Grand Prix nie ma bowiem premii za zwycięstwo poza podwójnie liczonymi punktami w finale.

W Auckland wszystkich przyćmił broniący tytułu Greg Hancock. 41-letni weteran Grand Prix (w swojej karierze nie opuścił ani jednego turnieju!) z łatwością wygrywał starty. Nie powiodło mu się dwukrotnie - ze świetnie dysponowanym Gollobem i w półfinale z Jasonem Crumpem.

Doświadczenie Hancocka dało mu nie tylko punkty i pierwsze zwycięstwo w tym roku. Amerykanin wykazał się niesamowitym refleksem i opanowaniem motocykla w 16. gonitwie, kiedy podcięty przez Emila Sajfutdinowa upadł Nicki Pedersen. Niewiele brakowało, aby Hancock wjechał w lecącego w bandę Duńczyka. Skończyło się jednak tylko na mocnym stłuczeniu stopy Pedersena, który zakończył zawody na najniższym stopniu podium. - Chciałem mieć dobry początek sezonu i go mam. A do następnego turnieju jest miesiąc, więc mam czas aby wydobrzeć po upadku - zaznaczył Pedersen.

Wygrana w Nowej Zelandii czyni z Hancocka jedynego żużlowca, który wygrał zawody poza Europą. Kiedy 10 lat temu zorganizowano turniej w Sydney to zwyciężył także Amerykanin. - Nie mogłem się doczekać tego turnieju. Lubię zawody, kiedy jedzie się w nieznane. Jest nowy tor, jego geometria i nawierzchnia, a takie zawody to sprawdzian na szukanie dobrych ustawień i ścieżek - podsumował.

Kolejny turniej odbędzie się 28 kwietnia w Lesznie.

Więcej o: