Kibolska zaraza przenosi się na inne dyscypliny

Kibolstwo żużlowe jest faktem. Kiedyś fani Sparty zajmowali się wyłącznie dopingiem swojej drużyny, dziś niektórzy z nich dewastują obiekty sportowe albo uczestniczą w marszach faszystów.
Piłkarskie szczury roznoszą zarazki największej choroby polskiego sportu, czyli kibolstwa, poza mury futbolowych aren. W miniony weekend kibole żużlowego Betardu Sparty Wrocław zdewastowali stadion Unii Leszno. Włamali się tam w nocy, sprayami wypisali na murach swoje idiotyczne hasła, niemające nic wspólnego ze sportem, zdewastowali krzesełka i mieszczący się na stadionie lokal. Niby to nie są wyczyny kalibru, z jakimi mamy do czynienia na futbolowych stadionach, ale nie lekceważyłbym ich i traktował tak samo poważnie jak te, do których doszło niedawno na bydgoskim stadionie podczas finału piłkarskiego Pucharu Polski.

Jeszcze 10 lat temu trybuny Stadionu Olimpijskiego podczas meczów żużlowych radykalnie różniły się od widowni piłkarskiego stadionu przy Oporowskiej. Po pierwsze, było na nich o wiele więcej kibiców niż dziś. Ale o wiele istotniejsza od frekwencyjnej była różnica w klimatach panujących na obu arenach. I w latach 90. i już w XXI wieku piłkarski stadion zamykano wielokrotnie. Były tam mecze bez udziału publiczności i z nią, ale pod specjalnym nadzorem policji - tzw. mecze wysokiego ryzyka. Były burdy, mordobicia, okładanie się wyrwanymi z trybun ławkami, były kłęby gazu łzawiącego, kordony antyterrorystów z plastikowymi tarczami, a na przekleństwa i rasistowskie hasła długo nikt nawet nie zwracał uwagi. Tak wyglądały mecze na Oporowskiej w pierwszej dekadzie XXI wieku.

Na Olimpijskim tego nie było. Pamiętam, jak po ostatniej chyba w historii awanturze podczas meczu koszykarskiego we Wrocławiu (w 1998 roku podczas finału rozgrywek pomiędzy Zepterem Śląskiem Wrocław i PKS Pruszków na parkiet Hali Stulecia poleciały butelki), przywołując mecze żużlowe, pisałem o tym, jak powinna wyglądać atmosfera i doping na imprezie sportowej. To, co działo się na trybunach podczas spotkań Sparty, było czymś w rodzaju punktu odniesienia, wzorca z Sevres pod Paryżem.

Na żużel przychodziły tłumy - rodziny z dziećmi, przyjeżdżali fani z całego województwa, a kibice gości nie byli lżeni. Bo na Olimpijski przychodziło się na zawody sportowe, pomóc swojej drużynie, a nie na wojnę.

Ale widać to już przeszłość. Nie tylko dlatego, że Sparta jest dziś słabsza i na jej mecze przychodzi mniej kibiców. Przede wszystkim dlatego, że część ludzi na stadion żużlowy zaczyna przynosić zwyczaje piłkarskich troglodytów.

"To margines" - powie ktoś, wskazując, że w Lesznie kamery stadionowego monitoringu zarejestrowały jedynie dwóch zamaskowanych osobników, którzy dewastowali stadion. Nie stawiałbym tak sprawy. Lepiej zastanowić się, jakie działalność tego marginesu niesie za sobą skutki. Co z tego, że za tydzień czy dwa fanów jakiejś przyjezdnej drużyny zaatakuje zaledwie garstka bezmózgich osobników, skoro przez nich ci, którzy przyjdą na mecz dopingować, następnego mogą już nie obejrzeć. Bo jestem przekonany, że kary w postaci meczów bez publiczności dotkną także sport żużlowy.

Kibolstwo żużlowe jest faktem. Kiedyś fani Sparty zajmowali się wyłącznie dopingiem swojej drużyny, dziś niektórzy z nich dewastują obiekty sportowe albo uczestniczą w marszach faszystów. Kibolstwo to choroba, która łatwo się rozplenia, dlatego nie można jej lekceważyć, nawet gdy jest jeszcze zjawiskiem marginalnym. Nie czekajmy, aż przeniesie się na inne, niezarażone nią jeszcze dyscypliny.