Sport.pl

Był mistrzem. Siedem lat temu odszedł Robert Dados

Środa 30 marca jest smutnym dniem rocznicy śmierci Roberta Dadosa. To już siedem lat, od kiedy nie ma wśród nas indywidualnego mistrza świata juniorów z 1998 roku.
Sport.pl na Facebooku! Najświeższe informacje »

Tak postanowił. Popełnił samobójstwo. Wraz z nim odeszło z polskiego żużla coś, czego bardzo dziś brakuje. Jak co roku kibice i przyjaciele wspominają tego dnia Roberta. Ci, co pamiętają go ze wspólnych startów mówią, że był wesoły, impulsywny i że poza torem wcale nie był "święty". Nosił w sobie żywioł. Wychowanek lubelskiego Motoru nie wyróżniał się jakoś szczególnie. Może tym, że nie chciał być przeciętny. Może białym kevlarem, bojową sylwetką, popularnością i sympatią. Czasem rzeczywiście ponosiła go odrobina szaleństwa. To był swoisty rodzaj ułańskiej fantazji.

"Non omnis moriar", czyli nie wszystek umrę, bo będę żył w moich dziełach - łacińska sentencja Horacego chyba najlepiej oddaje pamięć, ale i świadomość obecności we wspomnieniach. Tak zapamiętali "Dadiego":

Marta Dados - siostra

- Fascynowało mnie w nim to, że zawsze miał jakieś zainteresowania. Zbierał historyjki obrazkowe, bardzo ładnie rysował, lubił wyszywać, grać na gitarze. Nigdy się nie nudził i prowadził aktywny tryb życia. Odważnie jeździł na torze, ale nigdy się nie przyznał, że to on potrzebuje pomocy. Dla niego żużel był najważniejszy. Dopiero w ostatnim okresie zaczął się skarżyć i okazywać swoje słabości...

Jacek Rempała - zawodnik:

- Być może z zewnątrz odbierano Roberta jako gwiazdora, ale ja go znałem i wiem, że był normalnym chłopakiem, który zawsze robił swoje i dążył do celu. Pamiętam takie zawody, to był bodaj ćwierćfinał IMP w Krośnie, gdzie Robertowi po prostu nie szło. Dados podchodzi do mnie, rozmawiamy, a on mówi: Jacek, mnie w tym roku mistrzostwa Polski nie interesują. Ja się zdziwiłem, pytam go dlaczego, a on do mnie: mnie interesuje finał mistrzostw świata juniorów, bo chcę to wygrać i w tym roku zdobędę złoto.

Marek Kępa - były zawodnik

- Czułem, że to będzie ogromny talent, bo ma serce do żużla i faktycznie, po kilku latach to się potwierdziło. To był wesoły i uśmiechnięty wojownik, który walczył do samego końca, nie przeszkadzało mu błoto, dziury na torze, on robił swoje.

Tadeusz Supryn - wieloletni działacz Motoru Lublin

- Moim zdaniem był bardzo niezdyscyplinowany, wiadomo jak to młody chłopak. Może nie uderzyła mu do głowy "sodówka", ale na pewno był zbyt pewny siebie. Był pewny tego, że jest dobrym zawodnikiem. Czy słusznie? Poniekąd tak, ale później, kiedy został już mistrzem świata juniorów, to uważał, że nie ma na niego mocnych.

Ksiądz Jan Kiełbasa - kapelan lubelskich żużlowców

- To był radosny młodzieniec, którego pasją życia był żużel. Talent, poparty pracą dał mu wyniki. Tyle cudownych zwycięstw, tyle pokonanych wiraży, a nie wyszedł z tego ostatniego wirażu Szkoda, że go nie ma pośród nas, ale Jego pamięć jest wśród nas i pozostanie na zawsze.

Adam Jaźwiecki - dziennikarz

- Zapamiętałem Roberta Dadosa jako zawodnika żużlowego, który jawił mi się jako taki kolejny twardziel Jancarz, taki charakterny Plech, po prostu dobra polska szkoła jazdy, talent na światowe areny, co to nie da sobie jeździć po plecach. Był dla mnie człowiekiem, który w tym sporcie mógł zdziałać bardzo dużo, a żużel nie jest dla mięczaków. Niezbadane są jednak wyroki boskie, wyroki wykonywane wbrew naturze.

Paweł Staszek - zawodnik

- To był super kolega, dużo lat spędziliśmy razem. Razem wychowywaliśmy się w lubelskiej szkółce, razem zaczynaliśmy wchodzić w ten prawdziwy żużel. Mogę powiedzieć, że Robert był dla mnie jak brat. Był wulkanem energii, facetem w którym życie aż kipiało. Na pewno trochę szalonym, z fantazją.

Wojciech Marciniak - opiekun i sponsor z Grudziądza

- To koleżeński sportowiec dużego formatu, który wiedział, czego chce. Do wszystkiego dochodził dzięki silnej woli i ciężkiej pracy. Nie był materialistą i zawsze stawiał sobie wysoko poprzeczkę. Robert poza torem nie radził sobie już tak dobrze. Wymagał ojcowskiej opieki i kontroli. W dorosłym świecie bywał zagubiony jak dziecko.

Mirosław Kowalik - były zawodnik, trener:

- Przede wszystkim był bardzo dobrym, życiowym i wesołym kolegą. Zawsze można było na niego liczyć, jak nie mógł pomóc to przynajmniej się starał. To był fajny kolega i takim go zapamiętałem.

Ryszard Bielecki - nieżyjący już trener z okresu startów w Lublinie

- Chłopak był zawzięty i odważny. Miał wielkie pragnienie wygrywania i talent, który wymagał szlifowania. Robił do pewnego czasu szybkie postępy i doszedł do sukcesów dzięki własnej silnej woli. Jego niespożyty organizm domagał się mocnych dawek adrenaliny.

Tomasz Lorek - dziennikarz

- Najważniejsze w Dadosie było dziecięce dążenie do ciągłych psot, co nie jest w żadnym wymiarze negatywną cechą, lecz świadectwem fantazji i bogatej wyobraźni. Ten sam figlarz brnący w zamyśleniu po piaskach Estoril i dopytujący się z blaskiem w oczach ile kosztuje sweter robiony na drutach przez portugalską starowinkę, bo on chciałby kupić taki dla żony Agnieszki Człowieka kochający wolność i ekstremalne sytuacje.

Dariusz Śledź - były zawodnik, trener

- Robert był doskonałym przyjacielem. Wystarczył jeden telefon do Roberta i pomógł mi sprzętowo, po prostu pożyczył mi silnik. Zwykła koleżeńska, bezinteresowna pomoc, choć przecież nie musiał tego robić. Wielu żużlowców nie stać na taki gest, dla niego to nie był żaden problem.

Andrzej Rusko - były prezes WTS-u Wrocław

- To taki nieoszlifowany brylant. Z dużymi możliwościami, ale bardzo trudny do prowadzenia. Indywidualista lubiący chodzić własnymi drogami. Na torze twardy, ambitny, nieustępliwy, gotowy na wszystko byle osiągnąć sukces. Jako człowiek był pogodny, wesoły i koleżeński. Otwarty na otoczenie i świat. Z drugiej strony trochę roztrzepany, na luzie podchodzący do wielu spraw, lekkoduch, któremu potrzebny był delikatny nadzór.

Krystyna Kloc - prezes Atlasu Wrocław

- To był normalny człowiek. Toczyła się w nim walka. Miał dwie osobowości. Z jednej strony bezkompromisowy twardziel, z drugiej człowiek niesamowicie wrażliwy, o dużych emocjach i z gruntu rzeczy fajny facet. Miał wielkie ambicje i szaloną duszę. Uwielbiał kibiców. Jemu do życia potrzebne były tłumy, ta atmosfera na stadionie.

Marek Cieślak - trener z okresu startów we Wrocławiu

- Ujmował radością życia, entuzjazmem. Gdy wchodził do klubu, tylko jego było słychać. Po meczach rzucał w tłum czapką, ludzie go kochali. Rozbrajał mnie tym swoim uśmiechem.

Takim człowiekiem był "Dadi", kochającym szybkość, adrenalinę, emocje i czarny sport... Sam Robert na pytanie czy potrafiłby żyć bez żużla twierdził: - Nie, raczej nie. Nie potrafię powiedzieć, co bym robił, gdybym nie jeździł na żużlu. Żużel to jest całe moje życie Roberta wystarczyło raz spotkać w życiu, by został w nim na zawsze.

2 kwietnia 2004 roku w kościele parafialnym w Garbowie, tam gdzie Dados przyjmował chrzest, komunię i wziął ślub odbyła się msza żałobna. 27 -letni Robert Dados został pochowany na wzgórzu cmentarza w Garbowie, kilkanaście kilometrów od Piotrowic Wielkich, w których się wychował. Szkoda tylko, że żył podobnie jak jeździł - szybko, ale przeraźliwie krótko.

* Maciej Maj jest autorem książek o tematyce żużlowej. Napisał m. in. "DaDi przerwany wyścig".

Piotr Protasiewicz » pojedzie w ekstralidze?


Więcej o: