Sport.pl

"Lepiej wejść komuś w drogę niż w d...". Ostre słowa o żużlowym Toruniu

Dobre pieniądze? Miałem obiecany telefon. Oczywiście go nie dostałem. Jak odliczyć wszystkie wydatki na paliwo i inne tego typu rzeczy, "wychodziłem" 1 tys. zł na "czysto". Dużo?
Rozmowa z Mirosławem Kowalikiem*

Filip Łazowy: Kiedyś świetny żużlowiec, ostatnio trener młodzieży w Unibaksie, teraz żużlowy ekspert w nSport. Co sprawia panu teraz największą satysfakcję?

Mirosław Kowalik: Trenerem już nie jestem. Zostałem bezczelnie wyrzucony.

Dość niespodziewanie, tej wiosny. Zdziwiła mnie opinia płynąca z Unibaksu, że Kowalik jako trener młodzieży ma dwie lewe ręce.

- Co ja mam powiedzieć... Ze swoich obowiązków wywiązywałem się tak jak należy. Nawet robiłem więcej, niż to było przewidziane w umowie. Ale jak się kocha żużel, to nie patrzy się na pieniądze. Ja dla Torunia mógłbym pracować dzień i noc - bo to jest mój klub, moje miasto. Tak będzie zawsze. W każdym innym miejscu będę pracował dla pieniędzy. Ale nie tutaj. Tutaj się wychowałem, tu spędziłem większość mojej sportowej kariery. Dałbym się pokroić za toruński żużel.

W Unibaksie komuś pan przeszkadzał?

- Widocznie. Słyszałem opinie, że Kowalik dwa razy nie stawił się w miejscu pracy. Tylko nie było powiedziane, co w tym czasie robiłem. Kiedy mnie w Toruniu nie było, pojechałem na zawody młodzieżowe z Dawidem Krzyżanowskim. Naprawdę nie wiem, co jeszcze miałbym robić. Może pilnować Motoareny w dzień i w nocy? Jestem zły i rozgoryczony, ale najbardziej żal mi chłopaków.

Przygotował pan juniorów do sezonu.

- Krzywdę nie wyrządzono mi, ale właśnie im. Paweł Przedpełski i Oskar Fajfer to zawodnicy, z którymi pracowałem bardzo długo. Tego pierwszego odkryłem wraz z Jankiem Ząbikiem. Z kolei Oskar stawiał przy mnie pierwsze kroki, kiedy pracowałem w Starcie Gniezno. Są jeszcze Krzyżanowski, Marcin Turowski, Paweł Wolender czy też Igor Kopeć. To żużlowcy, którzy przy odpowiednim rozwoju mogą coś w tym sporcie osiągnąć. Boję się, że teraz nie będzie miał się nimi kto zajmować. Szkoda, bo kibice bardzo chcą mieć w zespole wychowanków właśnie takich jak Przedpełski.

Jaka była reakcja zawodników na informację, że jest pan odsunięty od drużyny?

- Byli zaskoczeni. Jednak niewiele mogli zrobić. Z każdym jestem cały czas w kontakcie telefonicznym, ale oficjalnie pomagać i doradzać nie mogę. Wszyscy są zdziwieni, bo nasza współpraca układała się bardzo dobrze, obie strony były zadowolone. Jednak komuś to przeszkadzało. Jedną z moich życiowych zasad jest to, że lepiej wejść komuś w drogę niż w d....

Mocne słowa.

- Taki jestem. Nie uważam siebie za najlepszego trenera na świecie, ale coś dobrego robiłem. Były wyniki, które są mocnym argumentem. Może za rok wrócę - jak się zmieni właściciel. Ktoś sobie przypomni o dobrej robocie Kowalika i znów będę pracował z młodzieżą. To sprawia mi dużo satysfakcji.

Są z tego dobre pieniądze?

- (śmiech) Na pewno nie tu. Miałem obiecany telefon, którego oczywiście nie dostałem. Jakby odliczyć wszystkie moje wydatki na paliwo czy inne takie rzeczy, wychodziłem 1 tys. zł na "czysto". Dużo? Ale tu nie chodzi o pieniądze, bo ja nigdy do nich dużej wagi nie przywiązywałem. Starczy nawet ten 1 tys., ale chciałbym robić to, co kocham i to w czym czuję się dobry.

Unibax pozbywa się - lub traci - kolejne osoby związane z toruńskim żużlem sprzed lat. Kontakty z klubem zerwał Wiesław Jaguś, nie ma też Roberta Sawiny. Rozstały się z Unibaksem osoby, które były w nim od lat. Teraz pan.

- To nie jest przypadek. A wracając do Roberta. Dostał on propozycję pracy na moje miejsce. Bardzo dobrze się znamy i lubimy. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy byłbym zły, gdyby przyjął tę propozycję. Powiedziałem mu, że nie ma problemu. Jednak później dowiedziałem się, że Robert nie przyjął warunków oferowanych przez Unibax [ostatecznie Kowalika zastąpił inny były żużlowiec Apatora, Jacek Krzyżaniak - red.].

Może jest pan człowiekiem konfliktowym i stąd taka decyzja Unibaksu?

- Zawsze staram się porozumieć z drugą stroną. Tutaj jednak się nie dało. Po prostu chciano się mnie pozbyć i tak zrobiono, nie patrząc na to, co robiłem. Myślę, że ktoś mnie tu nie lubi. Nawet jak poprosiłem o karnet na ten sezon, odmówiono mi. Powiedziałem, że jak prezesem klubu był Wojtek Stępniewski [szef Unibaksu do 2012 r., a teraz szef ligi - red.], byli zawodnicy dostawali bez problemu karnety, bo szanowano ich wcześniejszy wkład w rozwój toruńskiego klubu. Usłyszałem, że teraz jest inny prezes i karnetu nie będzie. Uznałem, że nie ma sensu się kopać z koniem.

Dlaczego Unibax tak źle rozpoczął nowy sezon?

- Nie jestem teraz tak blisko zespołu jak wcześniej i nie chcę się wypowiadać na ten temat. Jestem w kontakcie z juniorami i tylko z nimi rozmawiam. Na pewno nie jest tak jak powinno być. Tylko że jeszcze nie wszystko stracone. Na Motoarenie zawodnicy spisują się bez zarzutu - tu ta drużyna jest ciągle bardzo silna. Natomiast na wyjazdach, gdzie są inne nawierzchnie, jest duży problem. Mimo że zostałem zwolniony, nie życzę źle drużynie. Wręcz przeciwnie, trzymam kciuki za zespół, aby wygrywali wszystkie mecze.



Tomaszu Gollobie, po co chłopie żużel i rozmienianie sławy na drobne?



* Mirosław Kowalik -

45 lat, wielokrotny medalista mistrzostw Polski z zespołem Apatora Toruń. Reprezentował go w latach 1988-2002. W tym czasie klub 9-krotnie stawał na podium MP. W swoim najlepszym sezonie, 2001 r., Kowalik był 12. zawodnikiem ligi pod względem średniej biegopunktowej. Później zajął się m.in. pracą trenera.