Jedyna taka liga w Polsce. Żużlowy DNA

Dla par żużel jest jak choroba zakaźna. W rodzinach to już kwestia genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie
Dziesięć tysięcy kibiców na trybunach zakończonego przed tygodniem sezonu ligowego to nic nadzwyczajnego. Nie ma nic dziwnego również w tym, że na trybunie siedzą obok siebie mąż, żona i dzieci. Nadzwyczajne są za to sytuacje takie jak ta sprzed tygodnia w Zielonej Górze. Rozsierdzeni szalikowcy atakujący policjantów zostali w jeden wieczór wizytówką żużlowej ligi. Tej, która od kilkunastu lat jest spokojna, bez kibolstwa ze stadionów piłkarskich, wysokich siatek odgradzających widzów od areny. I tej, o której względy walczą sponsorzy. Zielona Góra dotychczas znana była z tego, że na przedmeczową prezentację miejskiego zespołu przyszło - zimą, w mróz - 6 tys. kibiców traktujących to niczym spotkanie religijne. Szalikami nie zasłaniali twarzy, demonstrowali poparcie dla klubu.

Liga pikników i Januszy

Menedżer klubu żużlowego w Anglii cieszy się, kiedy na trybunach brytyjskich obiektów nijak mających się do coraz wyższego standardu torów w Polsce - jest 2 tys. ludzi. W Szwecji tak samo. W Polsce zdziwienie na meczu ekstraligi budzi 5 tys. kibiców.

W październiku ostatni mecz ligowy w Toruniu oglądało ponad 6 tys. ludzi. Przyszli, choć zespół Unibaksu zawiódł, przegrywając wysoko pierwsze spotkanie o trzecie miejsce i stracił szanse na medal. Gdyby stawka była inna, nowoczesny stadion mieściłby kilkanaście tysięcy fanów.

W skali 200-tys. Torunia to niewiele. W 60-tys. Lesznie na stadionie bywa nawet 20 tys. kibiców. W Zielonej Górze zapewne przyszłoby jeszcze więcej - gdyby trybuny mogły pomieścić wszystkich chętnych.

Przeciętny kibic żużlowej ekstraligi to nie szalikowiec rzucający w policjanta kostką brukową w Zielonej Górze. To raczej sportowy klient idealny: nienarzekający na pieniądze, gotowy wydać 100 zł, aby iść z rodziną na mecz. Siadający grzecznie na swoim miejscu, zajadający w przerwie między wyścigami kiełbaskę i martwiący się głównie o to, że po zakończeniu meczu będzie musiał stać swoim autem - klasy nieco powyżej średniej - w korku na drodze wyjazdowej ze stadionu. Piknik, Janusz - obraźliwie powiedziałby szalikowiec.

Ekstraliga z pikników i Januszów zrobiła swój atut.

Z ojca na syna. Albo córkę

Uniwersytecki Toruń żyje z - i dla - studentów. Stadion Motoarena postawiono za niemal 100 mln zł. Tylko to wyróżnia miasto od innych, gdzie żużel ma status lokalnej religii. Toruń, Zielona Góra, Gorzów Wielkopolski, Leszno, Częstochowa, kilka innych nie są ani wielkie, ani małe. Nie mają wielkich zespołów piłkarskich - co kiedyś wytknął Kazik Staszewski. Mają za to żużlowe tradycje nie zaszczepiane sztucznie - przez sponsorów czy pasjonatów sprawdzających, czy uda się tym sportem zafascynować miejsce żużlowo dziewicze. Nie uda się. Nie udało się w Warszawie, nie udaje w Łodzi, problemy są w Poznaniu, bez żużla jest Kraków. Przeciwieństwo miast żużlowych - są duże i piłkarskie.

Mechanizm budowania żużlowej społeczności jest taki sam - niezależnie czy to Toruń, Bydgoszcz czy Zielona Góra. Socjologowie mówią o "pokoleniowości" - tradycji przekazywanej z ojca na dziecko.

Fenomen żużla wynikł z lokalnych konfliktów. Bydgoszcz i Toruń kilkadziesiąt lat temu rywalizowały o prymat na Pomorzu. Stolicą województwa została Bydgoszcz, Toruń nie mógł się pogodzić. W PRL emocje przeniosły się na żużlowe stadiony i słynne derby. Przyciągały tysiące mieszkańców, miasta żyły walką też poza meczami. Podobnie jest w Gorzowie Wielkopolskim i Zielonej Górze.

82-letni Jerzy Wierzchowski pamięta początki żużla w Toruniu tuż po II wojnie światowej. Był jednym z pierwszych zawodników miejskiego klubu. - W porównaniu z początkami zmieniło się w żużlu wszystko oprócz tej, nazwijmy to, zasady. Chodzę na mecz, więc zabieram syna. No, albo córkę, ale raczej syna. Syn - powiedzmy, że teraz ma 50 lat - też zabierał swoje dzieci na stadion. Te dzieci teraz mają ok. 30 lat. I co zrobią? To samo co ojciec, dziadek.

Popularne internetowe forum. Dyskusja schodzi na żużel.

Justyna J.: - W mojej rodzinie miłość do żużla to ciężka choroba genetyczna. Tuż po II wojnie światowej - boso przez łąki, często uciekając całą bandą ze szkoły - zaczęła chodzić już moja babcia. Biegała sama, potem z dziadkiem na randki. Wszak Rybnik żużlem stoi. I tak naprawdę to chyba więcej u nas nic sportowego o większym prestiżu się nie działo. Chodziła na żużel, będąc w ciąży z moim ojcem, ojciec chodził z rodzicami, sam z moją mamą na randki. A potem zabierał mnie i moje rodzeństwo.

Odpowiada Marek, menedżer sprzedaży: - U nas żużel to choroba zaraźliwa. Pierwszą żonę sprowadziłem z centralnej Polski. I wystarczyły dwa-trzy mecze z synem w brzuchu, a żużel zaraził ją i syna. Druga żona, choć z Pomorza, to z żużlem nic wspólnego nie miała. Do czasu. Znów dwa-trzy mecze, znów z kolejnym synem w brzuchu. Też się zaraziła.

- Z żużlem zapoznała mnie mama. Mieszkaliśmy blisko stadionu, a piękny hałas motorów działał na mnie uspokajająco - pisze Izabela. Katarzyna, psycholog: - Ja również żużel mam chyba wpisany w swój DNA. Mój dziadzio był jednym z pierwszych, którzy rozkręcali ten sport w Lublinie, jako drużynę, w której byli pracownicy fabryki samochodów.

Kobiet na trybunach ligowych meczów żużlowych jest mnóstwo. Monika, torunianka (niechętnie przyznaje się do tego, że kiedyś słała do "Tygodnika Żużlowego" swoją poezję poświęconą uczuciom do zawodników): - Chodziłam na żużel ze względu na chłopaka. Na żywo wyglądał lepiej niż w telewizji. Żużel, nie chłopak. I tak już przy lidze zostałam, poznałam na stadionie mojego męża.

Kobieta jest w ciąży. Dziecko chce zabierać na mecze ze sobą tak szybko, jak to będzie możliwe. - A na zimę szalik będzie miała z logiem Apatora Toruń - mówi.

Tomaszowi Lisowi zdarza się pędzić z meczów Falubazu z rodzinnej Zielonej Góry do Warszawy na swój poniedziałkowy program telewizyjny: - Jeśli ktoś żyje żużlem jako dziecko - usłyszy warkot maszyn, poczuje charakterystyczny zapach - pokocha ten sport. Żużel albo się czuje, albo nie. Nie ma wyjścia pośredniego.

Nawet HD tego nie pokaże

Ligowym fenomenem jest Leszno. W Wielkopolsce żartuje się nawet, że w Lesznie, kto żyw i może chodzić, ten w niedzielę jest na stadionie. Tam przed wyborami jeden z kandydatów Prawa i Sprawiedliwości próbował zdobywać głosy, podkreślając, że jego dziadek kiedyś gościł w swoim domu Alfreda Smoczyka, byłego żużlowca i patrona wielkiego miejskiego stadionu. Do sukcesu to nie wystarczyło, ale w mieście traktowane jest jako anegdota pokazująca jak wielkie znaczenie ma żużel.

Dyrektor marketingu jednej z dużych poznańskich firm: - Kiedyś mówiło się u nas, że w niedzielę najpierw idzie się do kościoła, potem obiadek i po południu żużel. Tak jest do dziś, może tylko poza tym, że obiad to gdzieś w drodze do Leszna. Kiedyś w Warszawie spotkałem się z dość poważnym kontrahentem. Rozmowa zeszła na Legię, ja zacząłem mówić o żużlu. Chciałem go zaprosić, ale zupełnie tego nie poczuł. To jest właśnie problem żużla w Polsce. Zamknięty krąg. W miastach, gdzie jest od 50 lat, będzie pewnie zawsze, ale nie ma szans na to, żeby zaszczepić go tam, gdzie nie ma tradycji. Ludzie tego nie zrozumieją.

Potwierdza to warszawski dziennikarz telewizyjny uwielbiający żużel. - Można go pokazać wieczorem przy sztucznym świetle w transmisji HD ze studiem, ekspertami, dobrą realizacją, ale w stolicy i tak nikt go nie poczuje. Zbigniew Boniek, też skazany na żużel ze względu na pochodzenie z Bydgoszczy, kiedyś powiedział, że cały urok oglądania tego sportu polega na zmysłach. Chłonie się go trzema: wzrokiem, słuchem, węchem. Dwa pierwsze można jakoś oddać w telewizji, trzeciego już nie - mówi.

Dlatego kibic telewizyjny - lub, jak kpią szalikowcy na stadionie, warszawski - zobaczy w trakcie żużlowego wyścigu jedynie czterech ludzi na motocyklach, którzy jadą czasem nawet bez choćby cienia walki. Kibic ligowy widzi detale. Misterne przygotowania do startu, analizowanie najlepszego miejsca przy taśmie, refleks zawodników podczas rozpoczęcia wyścigu, niewidoczne na pierwszy rzut oka delikatne dotknięcia łokciami w tłoku i planowanie ataków - raz po wewnętrznej, raz po zewnętrznej części toru. Czterech ryzykantów pędzi nawet 100 km na godz. motocyklami bez hamulców, zwalnianych jedynie sprzęgłem. Jest głośno, szybko i specyficznie - ze względu na zapach spalonego paliwa. Mecz żużlowy to w porywach 20 minut emocji. 15 wyścigów - każdy trwa nieco ponad minutę. Cały mecz trwa sporo ponad godzinę, ale mija zaskakująco szybko.

* Liga żużlowa - przez lata traktowana jako zaściankowa, plebejska, swojska i daleka od elitarności mimo zatrudnianych największych gwiazd tej dyscypliny - pierwszy raz w historii jest zimą w nietypowej sytuacji. Dotychczas poszukiwała sponsora strategicznego. Teraz będzie mogła wśród nich wybierać. O sponsorowanie ligi i możliwość reklamowania się przy okazji jej meczów rywalizuje teraz kilka polskich koncernów energetycznych - potwierdził to już szef Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski. Wydarzenia z Zielonej Góry potencjalnych sponsorów nie odstraszyły. - Potraktowano je jako wypadek niewpływający na wizerunek ligi - mówi "Gazecie" osoba znająca szczegóły negocjacji.

Amerykański hymn grali dwa razy Greg Hancock wygrywa także w Gorzowie »