Burza w polskim biathlonie. Wierietielny nie wytrzymał. "Kołodziejczyk jest bezczelny"

Mateusz Król
Manipulacje bliskie kłamstwu, kiepski warsztat i marnowanie talentów, bezczelne atakowanie Justyny Kowalczyk-Tekieli oraz uporczywe trzymanie się stołka - Aleksander Wierietielny w oświadczeniu przesłanym Sport.pl w mocnych słowach ocenia byłego trenera biathlonowej kadry Adama Kołodziejczyka. To kolejny odcinek wojny w polskim biathlonie.

Blisko miesiąc temu w polskim biathlonie zawrzało po tym, jak podczas walnego zgromadzenia nie udało się wybrać nowego prezesa związku. Delegaci w większości nie poparli jedynego kandydata, ubiegającego się o reelekcję prof. Zbigniewa Waśkiewicza. Zawodnicy, w obawie o przyszłość dyscypliny, wystosowali list otwarty do działaczy, w którym wyrazili poparcie dla Waśkiewicza.

Zobacz wideo Widzew po ośmiu latach wrócił do ekstraklasy. "Już nigdy nie będzie szedł sam"

Burza w polskim biathlonie. Kowalczyk uderza w trenera

Mocny głos w tej sprawie zabrała także Justyna Kowalczyk-Tekieli, która od ubiegłego roku pełni funkcję dyrektora sportowego w PZBiath. Jedna z najlepszych biegaczek narciarskich w historii wskazała, że za powstaniem opozycji wobec Waśkiewicza stoi Adam Kołodziejczyk, były trener reprezentacji. - Pod moim wpływem prezes zrezygnował z usług trenera Adama Kołodziejczyka i stawiam, że to on był motorem tej całej rewolucji. Uważam, że to błąd. Związek funkcjonował dobrze - mówiła Kowalczyk "Przeglądowi Sportowemu". A potem jeszcze wytknęła Kołodziejczykowi masę błędów szkoleniowych. - Jego poglądy już na wstępie były dla mnie tak abstrakcyjne, że nie widziałam żadnego sensu w tej dyskusji. Tak małe obciążenia treningowe, jakie on stosuje, nasi rywale aplikują juniorom młodszym - wskazywała. Z tym zgodził się Tomasz Sikora. - Nie ukrywam, że gdy byłem asystentem trenera Adama, kompletnie się w tym nie umiałem odnaleźć - mówił dla Sport.pl wicemistrz olimpijski.

Zdjęcie z MŚ w Seefeld z 2019 roku. Justyna Kowalczyk pociesza Monikę SkinderKowalczyk punktuje publicznie błędy Kołodziejczyka w szkoleniu. "Ma to we krwi"

Kołodziejczyk w rozmowie z TVP Sport odparł zarzuty i zaprzeczył, że to on jest prowodyrem zamieszania. - Pani Justyna przyjechała z trenerem Wierietielnym na początku poprzedniego okresu przygotowawczego popatrzeć na nasze zajęcia. W sumie widzieliśmy się kilka godzin. My trenowaliśmy, a pani dyrektor siedziała na ławce i czytała książkę. Zajęcia obserwował jedynie trener Wierietielny, dla którego była to pierwsza styczność z treningiem biathlonowym po 23 latach przerwy. Na drugi dzień powiedział, że wszystko robimy źle i już do nas więcej nie przyjedzie - przytoczył Kołodziejczyk.

Teraz głos w sprawie zabiera wywołany do tablicy Wierietielny. Ceniony trener, który doprowadził Sikorę do złota mistrzostw świata w 1995 r., a męską drużynę biathlonistów do brązu dwa lata później. W XXI wieku Wierietielny pracował z Kowalczyk, która pod jego okiem stała się czołową biegaczką świata, wielokrotną medalistką igrzysk olimpijskich, mistrzostw i Pucharu Świata. W długim oświadczeniu przesłanym Sport.pl doświadczony trener bardzo krytycznie ocenia dokonania Kołodziejczyka i wprost zarzuca mu:

  • kiepski warsztat i marnowanie talentów polskich zawodników;
  • odpowiedzialność za złe wyniki biathlonistek i biathlonistów;
  • manipulacje bliskie kłamstwom;
  • bezczelne i chamskie atakowanie Justyny Kowalczyk;
  • uporczywe trzymanie się stołka pomimo braku sukcesów.

Poniżej całe oświadczenie Aleksandra Wierietielnego przesłane do Sport.pl:

Obecny członek zarządu PZBiath, były trener kadry narodowej (młodzieży, kobiet, mężczyzn), były dyrektor sportowy PZBiath i ponownie trener kadry narodowej Adam Kołodziejczyk wystawił mi publicznie ocenę. W jego oczach jestem przestarzałym trenerem z przestarzałymi metodami. Ma pan Kołodziejczyk tupet!

Pan Adam albo brnie w ślepą ulicę, by tylko bronić swoich miernych olimpijskich wyników, albo niezbyt zna się na biathlonie. Przez minione 15 lat miał ten pan wpływ na system szkolenia, wybór trenerów i ogólnie na wyniki polskiego biathlonu. Im ten wpływ był większy, tym gorsze rezultaty osiągali nasi zawodnicy.

Po 23 latach (jak pan Kołodziejczyk dobrze policzył) wróciłem na prośbę prof. Zbigniewa Waśkiewicza i Justyny Kowalczyk-Tekieli do biathlonu. Wróciłem ja i moje "przestarzałe" metody.

Na wstępie odniosę się do stwierdzenia "przestarzałe metody".

W biathlonie od ponad trzydziestu lat rozmiar tarcz, do których strzelają zawodnicy, nie uległ zmianie. Nie uległa zmianie również odległość do tarcz, czyli 50 metrów. Karabinek również taki sam, KBKS 5,6 mm. Pozostała również taka sama kara za niecelny strzał w biegu indywidualnym (15 km kobiety, 20 km mężczyźni) – minuta. Karna runda w sprincie wciąż ma 150 m. Pan Kołodziejczyk wtedy był lekkoatletą, więc może nie wiedzieć.

Pracując swoimi metodami, nauczyłem Tomasza Sikorę strzelać tak celnie, że w 1995 roku potrafił nie tylko wykonać bezbłędne strzelanie na MŚ w Anterselvie i zdobyć jedyny w historii polskiego biathlonu złoty medal, ale w tym samym sezonie strzelił bezbłędnie jeszcze trzykrotnie na Pucharze Świata w biegach na 20 km, oddając 60 celnych strzałów. Zarówno z wywiadów, jak i rozmów prywatnych dowiedziałem się od Tomka, że baza strzelecka i biegowa, które wypracowaliśmy przestarzałymi metodami, służyły mu do końca fantastycznej kariery.

Pan Kołodziejczyk też miał okazję trenować biathlonowy diament. Cała kariera niezwykle utalentowanej Moniki Hojnisz-Staręgi toczy się pod jego mniejszym bądź większym wpływem. Talent Moniki mogę porównać do talentu Anastazji Kuzminy, która w biathlonie wielokrotnie sięgała po najwyższe trofea. Obie mają wyjątkową smykałkę do wykonania bezbłędnego strzału po maksymalnym wysiłku fizycznym pod ogromną presją. Uważam, że Monika odpowiednio prowadzona powinna osiągnąć wyniki na miarę Tomasza Sikory, a może nawet lepsze. Do tej pory współczesne metody treningowe pana Kołodziejczyka marnują jej ogromny potencjał.

Thomas ThurnbichlerTrener polskich skoczków apeluje po dyskwalifikacji o zmiany

Prócz Tomasza Sikory w biathlonie wychowałem również DRUŻYNĘ, która na MŚ w Osrblie zdobyła brązowy medal w biegu drużynowym. Moi podopieczni, czyli bracia Jan i Wiesław Ziemianiowie, Wojtek Kozub i Tomek Sikora, potrafili obronić się nawet przed drużyną z Norwegii, która po ostatnim strzelaniu wyszła ze stratą zaledwie osiem sekund za nami. Nie dogonili Polaków do mety. Pan Kołodziejczyk wyszydza dyrektor Justynę Kowalczyk-Tekieli, że chce stworzyć w Polsce Norwegię i chce z Norwegami walczyć. Da się, potwierdził to Tomasz Sikora, potwierdzili to wtedy moi zwodnicy, potwierdzała przez 20 lat sama Justyna. Na IO w Nagano ci sami zawodnicy zajęli piąte miejsce w sztafecie, co było drugim najlepszym wynikiem w całej reprezentacji Polski.

Pan Kołodziejczyk nigdy mocnej drużyny nie stworzył. Ba, zawsze otrzymując po innych szkoleniowcach mocną, perspektywiczną drużynę kobiet, w rok ją zupełnie niszczył. W Pekinie mieliśmy tylko jednego zawodnika, a szósta na MŚ rok wcześniej (prowadzona przez trenera Greisa) drużyna kobiet z kretesem wypadła poza dziesiątkę. Ot, takie sukcesy nowoczesnej, lekkoatletycznej myśli szkoleniowej.

Od dłuższego czasu ze wstydem oglądam PŚ, gdy polska sztafeta jest dublowana i usuwana z trasy jak przeszkoda dla innych. To są utalentowane, pracowite chłopaki. Trzeba ich tylko umiejętnie prowadzić i ciężko pracować. Pan Kołodziejczyk przez tyle lat przesuwany ze stanowiska na stanowisko w związku odpowiada za taki obrót spraw. Odpowiada za zmarnowane talenty i wyrzucone w błoto pieniądze, których dzięki gospodarności i zaradności prof. Waśkiewicza i jego drużyny w związku nie brakowało.

Pan Kołodziejczyk chce TRWAĆ wciąż. Ma również czelność podważać moje metody szkoleniowe, mimo że sam nigdy nie miał w życiu do czynienia ani ze strzelectwem, ani z biegami narciarskimi. Gdy dyrektor próbowała dyskutować z panem Kołodziejczykiem o nieprawidłowościach w szkoleniu, usłyszała, że tradycje w lekkiej atletyce sięgają tysiąclecia, a w biathlonie czy biegach są na tyle krótkie, że te rodem z lekkiej muszą być lepsze.

Pan Kołodziejczyk potrafi manipulować ludźmi. Po powrocie z IO w Pekinie i jednym z najgorszych w historii występów polskiej reprezentacji w biathlonie próbuje zwalić niepowodzenie na zimno w zimie, wysokość nad poziomem morza i stały wiatr. Wszystkie te zmienne były znane od momentu, gdy wybrano gospodarza IO. Tylko reprezentacje Polski "zaskoczyły". W posezonowym sprawozdaniu pan Kołodziejczyk uznał nawet, że wyniki nie były wcale takie złe i zabrakło kilku milimetrów a byłby medal.

Takie stwierdzenia pozwalają mi myśleć, że trener nie ma honoru i że to publiczna manipulacja, bliska kłamstwu. Połowie startującym na igrzyskach biathlonistom "zabrakło" kilku milimetrów do medalu...

Miał pan Kołodziejczyk ogromny żal, że po piętnastu latach pracy w PZBiath i czterdziestu zdobytych medalach umowa nie została przedłużona. Z wdzięczności za to, że nie wiadomo dlaczego prof. Waśkiewicz tak dobrze z nim przez te piętnaście lat postępował i wspólnie z panią Dagmarą znaleźli mu bezpieczną przystań na następne lata, on podburzył środowisko i profesor już prezesem nie jest.

To najlepiej opisuje pana Kołodziejczyka. Wracając do tych czterdziestu medali… Pan trener nie wspomina nic o pracy Nadii Bielowej, po której przejmował ukształtowane i świetnie wytrenowane zawodniczki, nie wspomina również o tym, w jaki sposób Weronika Nowakowska wytrenowała swoje laury (o czym publicznie mówi), o tym, co robiła Krystyna Palka, o tym, jak niszczył potencjał Magdy Gwizdoń. To nie są żadne tajemnice, dziewczyny o tym wprost opowiadają. Nic też nie mówi o tym, że Monika Staręga jest w tej chwili w najlepszym wieku do zdobywania medali. Że właśnie na wysoko położonych trasach (jest bardzo lekka) na IO powinna święcić swoje triumfy życiowe, a nie czuć satysfakcji z powodu miejsca pod koniec pierwszej dziesiątki. A wszystkie inne medale to jakieś nartorolki, crossy i inne zawody o pietruszkę.

Przeraża mnie, z jaką łatwością i cwaniactwem pan trener zwala niepowodzenia męskiej kadry na zawodników. Że nieudolni, że nie mają talentów, ze VO2max słabe. Nic nie wspomina, że zawodnicy, których z przerwami krótkimi długo prowadził, mają ogromne zaległości techniczne i siłowe. Widać, że są okropnie zaniedbani treningowo. A pracować chcą!

Thomas ThurnbichlerThurnbichler odmieni swoje życie i polskie skoki? "Ma wszystko, żeby osiągnąć sukces"

Swoje niepowodzenia próbował również zwalić na panią dyrektor Kowalczyk, która nic jego zdaniem nie zrobiła, nie ma doświadczenia i żadnej wiedzy o biathlonie. Pan Kołodziejczyk jest bezczelny i chamski. Justyna od razu zrozumiała, co to za człowiek i że swoje niepowodzenia będzie zrzucał na innych, jak robił to zawsze w przeszłości i dlatego od razu napisała pismo do prezesa, gdzie wypunktowała lekkoatletyczne metody szkoleniowe pana Kołodziejczyka. Moim i nie tylko moim zdaniem Justyna przy wsparciu prezesa zrobiła dla polskiego biathlonu więcej dobrego w rok niż pan Kołodziejczyk w 15 lat. Chcąc mieć obiektywne zdanie na temat jej pracy, nie pytajcie Kołodziejczyka, bo on myśli, że praca w sporcie wyczynowym zaczyna się i kończy na układaniu tabelek w laptopie.

Nie pytajcie jego popleczników, którzy mają jawny interes, by go wspierać. Zapytajcie zawodników kadr narodowych i ich trenerów. Zapytajcie, co wynieśli z obozu w Jakuszycach, który na wiosnę zorganizowała. Zapytajcie, jaka to dla nich ulga, że odsunęła pana Kołodziejczyka od nich. To musi być dla pana Kołodziejczyka bolesne, że po raz kolejny żadne z jego podopiecznych się za nim nie wstawia.

Od wiosny ruszyły przygotowania kadr zupełnie inne, niż do tej pory nakazywał pan Kołodziejczyk. Najpierw obóz narciarski w Jakuszycach i potem trenerzy już indywidualnie wykonują swoje cykle. Wszyscy pracują bardzo ciężko i wszyscy są zadowoleni z komfortu pracy, w jakim się znaleźli. To praca Kowalczyk i Waśkiewicza. Zazdrosne środowisko to zauważyło i musiało znaleźć sposób, by to zburzyć. Jeszcze okazałoby się, że ci wszyscy przeciwnicy pana Kołodziejczyka, których najpierw zdeprymował, a potem wygryzł z biathlonu (łącznie z Tomkiem Sikorą), mieli rację. Że można odnosić regularne sukcesy. Pan trener nie rozumie bardzo prostej zasady: jeśli chcesz być pływakiem, to dużo pływasz, jeśli kolarzem, to większość życia spędzasz na rowerze, biathlonisty ciągłe sprawdziany na bieżni do zimy nie przygotują. Trzeba biegać na nartach bądź nartorolkach, jeśli nie ma śniegu! Pani Kowalczyk-Tekieli ma doświadczenie, wiedzę, wykształcenie i praktykę, o jakich nikt w PZBiath śnić nawet nie może. Pan Kołodziejczyk powinien się od niej uczyć i jeszcze raz uczyć!

Zawodnicy już to robią. Są zdecydowanie od niego mądrzejsi.

Proszę Państwa, napisałem to moje oświadczenie, bo doskonale znam takich cwaniaków jak pan Kołodziejczyk. Tak długie utrzymywanie się przy stołku osób, które nie potrafią zbudować nawet drużyny, wymaga następujących zabiegów:

1. Po każdym marnym sezonie należy wymieniać zawodników na młodszych. Starsi już nie mają perspektyw, są beztalenciami i nic z nich nie będzie. Już drugi rok pracuję wspólnie z trenerem Jakiełą z takimi odrzuconymi przez pana Kołodziejczyka zawodnikami i zawodniczkami. Poprzedniej zimy wszyscy zrobili swoje rekordy życiowe na arenie międzynarodowej. Cztery dziewczyny awansowały do kadry A. Najtrudniejsze jest przywrócić im wiarę w to, że wykonana ciężka praca przyniesie efekty. I że nie są w żaden sposób gorsi od innych. Ogromne zaniedbania techniczno-siłowe wydają się pestką przy kondycji psychicznej.

2. Trzeba się również obwarować nauką. Kał, mocz, Vo2max co chwilę. Należy zapraszać teoretyków na obozy i utwierdzać się w swojej teorii, wpisując to wszystko w przeróżne tabelki, z których nic nie wychodzi. Badania najróżniejsze są jak najbardziej potrzebne. Ale mają być one pomocą do procesu szkoleniowego, a nie jego najważniejszym punktem.

Opowiadania pana Kołodziejczyka często "kupują" osoby sportem zarządzające. Wykłady ma zawsze perfekcyjnie przygotowane. Niepowodzenie tłumaczy złym zawodnikiem, przedstawiając dziesiątki tabelek, że on zrobił wszystko jak trzeba. Nie dziwię się zawodnikom, że nie chcą z nim pracować i czas pod skrzydłami tego trenera uważają za zupełnie stracony.

Łukasz Kruczek i Adam MałyszPierwsi "ludzie Małysza" wybrani. PZN będzie miał nowego dyrektora sportowego

Ponad dekadę temu miałem przyjemność na kursokonferencji sportów zimowych słuchać takiego wykładu. Był najlepszy wśród wszystkich prezentowanych. Wyniki sportowe osiągnięte przez zawodników pana Kołodziejczyka były najgorsze. W podsumowaniu wystąpił przedstawiciel ministerstwa sportu i pochwalił przygotowany wykład, jednak dodał, że PZBiath pieniędzy, o które wystąpił, nie otrzyma, ponieważ sprawozdanie nie odzwierciedla wyników sportowych.

Chciałem się jeszcze zwrócić do delegatów głosujących na pana Kołodziejczyka.

Czy państwu nie jest wstyd patrzeć, jak nasi zawodnicy biegają po setnych miejscach?

Czy państwu nie jest wstyd oglądać dublowanie naszych sztafet (TAK, KOBIETOM TEŻ TO SIĘ W POPRZEDNIM SEZONIE ZDARZYŁO!)?

Czy wam to jest obojętne? Przecież tam startują wasi wychowankowie, utalentowane kiedyś dzieciaki.

Kilkanaście lat pan Kołodziejczyk "pracował" na to, by jego jedyna słuszna myśl szkoleniowa zrujnowała polski biathlon. By to odbudować, potrzeba przynajmniej pięciu-sześciu lat bardzo solidnej i systematycznej pracy.

I pani dyrektor, i koledzy trenerzy odradzali mi pisać to oświadczenie. Justyna stwierdziła, że to poziom, do którego nie powinienem się zniżać. JA jednak nie odpuszczę kłamstwa i chamstwa.

Często byłem konfliktowy z działaczami dla dobra zawodników. Z zawodnikami nigdy, bo ich lubię, i szanuję pracę, jaką wykonują. Bez względu na to, czy to mistrz, czy ktoś słabszy. Pan Kołodziejczyk nie cierpi zawodników, traktuje ich jak wrogów.

Kończąc wywód: dawno temu na jednej z kursokonferencji zadano pytanie śp. Stefanowi Paszczykowi: "Dlaczego gdy polski trener wyjeżdża do pracy zagranicę, osiąga znacznie lepsze wyniki sportowe niż pracując z Polakami?". Odpowiedział: "Bo tam nie ma naszych działaczy!".

Z szacunkiem dla wszystkich czytających

Dr Aleksander Wierietielny

Więcej o: