Justyna Kowalczyk zaczyna rewolucję. Torgensen na ratunek, działa na "zgliszczach"

Mateusz Król
Po fatalnym sezonie w polskim biathlonie zapowiadano rewolucję. Efektem są zmiany w sztabach szkoleniowych. Kadrę kobiet objął Tobias Torgersen - Norweg, który pracował już w Polsce przed pięcioma laty, ale związek nie przedłużył z nim umowy po roku współpracy. Teraz szkoleniowiec przyznaje, że targały nim wówczas mieszane uczucia. - Dorastała we mnie chęć prowadzenia tego zespołu z nową generacją młodych biathlonistek - przyznaje trener w rozmowie ze Sport.pl.

- Jest źle i trzeba wiele zmienić. Trzeba to zmieniać od zakończonych igrzysk. Żeby za cztery lata nie było gorzej, a żeby było dużo lepiej. Przykry to był dzień, naprawdę bardzo przykry. Ale czasem na zgliszczach buduje się lepiej - tak tuż po sztafecie biathlonistek w Pekinie mówiła Justyna Kowalczyk w komentarzu dla Eurosportu.

Zobacz wideo W skokach narciarskich są równi i równiejsi!

Najbardziej utytułowana biegaczka narciarska w historii Polski zmieniła przed rokiem dyscyplinę i została dyrektorką sportową w Polskim Związku Biathlonu - słuchając jej komentarzy podczas igrzysk i znając jej konsekwencję we wszystkim, co robi, wiadomo było, że do rewolucji doprowadzi. Jej pierwszy efekt to zmiana na stanowisku trenera kobiecej kadry. Wrócił Tobias Torgersen, który podczas igrzysk w Pjongczangu (2018) prowadził ekipę składającą się z tak utytułowanych zawodniczek jak Weronika Nowakowska, Monika Hojnisz, Krystyna Guzik czy Magdalena Gwizdoń.

Wtedy było blisko medalu w sztafecie, ale związek po ledwie roku współpracy postanowił zrezygnować z norweskiego szkoleniowca, rozpoczynając tym samym etap ciągłych zmian na stanowisku trenera. Teraz Torgersen przyjechał do Polski z długowalowym planem przywrócenia biało-czerwonych do ścisłej światowej czołówki i obudzenia ogromnego potencjału Kamili Żuk. - To jest dla mnie największa motywacja do pracy w Polsce. Ona jest materiałem na medalistkę olimpijską - mówi w rozmowie ze Sport.pl Norweg.

Olga AbramowaAbramowa wyjechała z Ukrainy do Rosji. Teraz tłumaczy: Moje serce krwawi

Mateusz Król: Czuje się pan największą niespodzianką sezonu transferowego w biathlonie?

Tobias Torgersen: Może? Na pewno nie wiem jeszcze, jakie zmiany zajdą w innych drużynach. Ale tak, to była dla mnie niespodzianka, kiedy otrzymałem propozycję ponownej pracy w Polsce. Zawsze starałem się jednak utrzymywać dobre i otwarte relacje z Polskim Związkiem Biathlonu i zawodniczkami. Jestem bardzo szczęśliwy, że znów jesteśmy razem.

To zaskakujące, bo poprzednio związek nie przedłużył z panem umowy raptem po roku pracy. Sporo mówiło się o tym, że to nie było ładne zachowanie z naszej strony.

- Dla mnie były to mieszane uczucia. Pamiętajmy jednak, że podpisałem wtedy kontrakt tylko na rok. Z drugiej strony podczas tego roku dorastała we mnie chęć prowadzenia tego zespołu z nową generacją młodych biathlonistek. Zatem było to dla mnie rozczarowujące, kiedy usłyszałem, że nie ma możliwości dalszej współpracy. Na taką decyzję wpłynęło kilka czynników, ale być może to lepiej, że tak się wtedy stało? Miałem szansę, aby rozwinąć się jako trener, a wasi sportowcy mieli okazję popracować i spojrzeć na inne wizje, a teraz czujemy wspólnie silną potrzebę pracy razem. Czuję się świetnie przywitany i świetnie rozpoczynamy. 

Joanna SzwabEmocjonalne wyznanie Joanny Szwab. "Kiedyś kochałam skoki, dzisiaj nienawidzę"

Co się zmieniło w naszym biathlonie względem tej sytuacji, którą zastał pan pięć lat temu? Wydaje się, że czeka pana większe wyzwanie niż wówczas.

- Oczywiście, sytuacja jest zgoła odmienna. Wówczas miałem jednoroczny projekt z zespołem, w którym znajdowały się doświadczone zawodniczki, których kariery zmierzały ku końcowi. Mieliśmy wtedy pchnąć w nie jeszcze energię, która pozwoliłaby im osiągnąć jeszcze coś wyjątkowego. Teraz będę pracował z kompletnie innym zespołem, w który są zawodniczki z osiągnięciami z czasów juniorskich, czy młodzieżowych oraz takie, które prezentują dobry poziom, ale nie odnosiły sukcesów na arenie międzynarodowej. To zatem oczywiste, że mamy przed sobą dłuższy projekt niż ostatnio. Ludzie nie powinni oczekiwać wielkiego kroku po pierwszym roku współpracy. Potrzeba trochę czasu, aby nauczyć się pewnych nawyków we współpracy. Ta grupa przeszła w ostatnich lat przez wiele zmian i różne drogi. Dlatego potrzeba teraz chwili, aby zawodniczki przyzwyczaiły się do nowej drogi, a później będzie można zbierać owoce z kontynuacji dobrej pracy. 

To była trudna decyzja dla pana? Nie mamy już takich gwiazd jak Gwizdoń, Guzik, czy Nowakowska w kadrze. Z tamtej ekipy została jeszcze Monika Hojnisz-Steręga.

- Nie do końca. Cały czas byłem w kontakcie z waszą drużyną. Dobrze wiedziałem, w jakiej formie są zawodniczki. Teraz mam okazję pracować z nowym pokoleniem. Oczywiście, że zawsze łatwiej jest przejąć kadrę ze sportowcami, którzy mają już na koncie sukcesy. Ciekawszym wyzwaniem jest jednak prowadzenie nowego zespołu, którego postępy możesz śledzić od początku. 

Wiem, że Kamila Żuk cieszy się na pana powrót. Kiedy był pan poprzednio trenerem, mówiło się o niej, jako o zawodniczce z potencjałem, której trzeba dać czas. Wtedy sięgała po mistrzostwa świata juniorów. Wygrywała z Marketą Davidovą. Teraz Czeszka jest już mistrzynią świata seniorek, stawała wielokrotnie na podium, a Kamila... Jak wiele musimy zrobić, aby ona też sięgała po takie sukcesy?

- Przede wszystkim to Kamila musi włożyć w to sporo pracy. To jest dla mnie największa motywacja do pracy w Polsce. Ona jest materiałem na medalistkę olimpijską. Mówiłem jej wielokrotnie, że ona musi skupić się na pracy, a ja powinienem dać jej oraz innym biathlonistkom tak wiele narzędzi fizycznych, czy mentalnych, aby osiągały swoje cele. Jestem tutaj, aby wskazać im wiele kluczy, czy rozwiązań. Jestem pewny, że w przyszłości Żuk będzie zawodniczką, która powalczy o miejsca na podium. Musimy jednak mieć świadomość, że to nie stanie się na pstrykniecie palcem. Potrzeba czasu. Wiem, że dla dziennikarzy porównywanie Kamili do Markety Davidovej jest interesujące, ale ona nie powinna być zestawiana z konkretną zawodniczką. Musi podążać własną drogą i skupiać się na podnoszeniu własnego poziomu.

Cztery lata temu mieliśmy bardzo dobrą sztafetę z utytułowanymi zawodniczkami, ale teraz mamy kłopot z jej skompletowaniem. Widzi pan szansę na zniwelowanie tego kłopotu, może nie w przyszłym sezonie, ale na przykład na kolejne igrzyska we Włoszech?

- Jestem pewny, że małymi krokami jesteśmy w stanie doprowadzić zawodniczki na taki poziom, aby Polska miała dobrą sztafetę. Cztery lata temu mieliśmy sztafetę składającą się z zawodniczek mogących zaprezentować dobry poziom, ale brakowało kogoś, kto zrobiłby coś szalonego. Czegoś, co wykraczałoby ponad dobry poziom. Jeśli ma się w drużynie kogoś takiego, kto może pokusić się o coś ekstra, to wtedy można śmiało walczyć o medal.

U nas brakowało liderki?

- Trochę tak było. Chociaż wiele drużyn wolałoby mieć cztery zawodniczki na dobrym poziomie niż tylko jedną wyróżniającą się. My mieliśmy sztafetę na dobrym poziomie i dlatego skończyliśmy blisko medalu. Ale dróg dojścia do takiego poziomu jest wiele i jestem pewien, że możemy tego dokonać. 

FIS opowiadał o laserach, rentgenach, ale rewolucji w skokach nie będzieFIS opowiadał o laserach, rentgenach, ale rewolucji w skokach nie będzie

Podczas igrzysk w Pjongczangu zobaczył pan chyba, co to jest fala hejtu w kierunku polskich sportowców. Sukcesy osiągnęli tylko skoczkowie, a reszta zmagała się z krytyką. Ofiarą była m.in. Weronika Nowakowska, która w pewnym momencie nie wytrzymała i odpowiedziała w kontrowersyjny sposób. Jakie był pana przemyślenia w tamtym czasie?

- Szczerze mówiąc byłem trochę z boku tego, bo nie rozumiem prawie nic w języku polskim. Nie miałem też czasu na to, aby szukać i czytać opinie z pomocą Google Translate, aby zobaczyć, co ludzie piszą i sądzą na temat naszych występów. To nie miałoby i tak wpływu na to, w jaki sposób pracujemy wewnątrz grupy. Mieliśmy jednak sytuację z Weroniką. Wtedy wszystko wybuchło. Patrząc wstecz wiem, że chciałbym mieć jednak więcej kontroli nad takimi sytuacjami. Chciałbym mieć więcej informacji na ten temat i widzieć, że coś takiego się zbliża. Wówczas nie byłem w stanie tego powstrzymać. Nie mieliśmy też żadnego sztabu osób, które mogłyby nas od tego oddalić. Stało się to, co się stało. Teraz musimy wyciągnąć lekcję z tego.

Jeśli pyta pan, co wtedy czułem… To zawsze jest smutne, kiedy podziwiani są tylko sportowcy, zdobywający medal. To oznacza, że nie ma sportu dla pozostałych. Przecież w igrzyskach chodzi o udział wszystkich nacji. Dla mnie trochę mniejszą wartość ma medal zdobyty w bardziej niszowych sportach, gdzie startuje niewiele ekip i połowa kończy z medalami. Jestem dumny z tego, że pracuję w sporcie, w którym startuje wiele zespołów. W Pucharze Świata podczas sztafet pojawia się nawet 28-29 zespołów. 

Dla przykładu w skokach narciarskich czasami startuje tylko osiem drużyn.

- Tak, ale nie chciałem tutaj zaniżać wartości skoków narciarskich. Nie o to chodzi. Nie chciałbym po prostu brać udziału w sporcie, gdzie liczy się tylko kilka drużyn, a inne są wykluczone. To jest coś, czemu świetnie przeciwdziała Międzynarodowa Unia Biathlonu w ostatnich latach. 

Wracając do naszej kadry. W Pjongczangu najlepszy wynik wśród biathlonistek osiągnęła Monika Hojnisz, która zajęła szóste miejsce w biegu indywidualnym. Wówczas jej sezon w Pucharze Świata był jednak bardzo słaby. I teraz polscy kibice zastanawiają się, czy ona jest szczęśliwa z powodu pana powrotu. Rozmawiał pan z nią?

- Oczywiście powinniśmy zadać to pytanie Monice. Ja bardzo się cieszę na tę współpracę. Uwielbiam Monikę jako osobę i sportsmenkę. Kiedy pracowałem z nią przez rok, ona miała bardzo ciężki trening w okresie przygotowawczym. Wykonała świetną pracę latem i wtedy osiągała dobre wyniki. Jednak wiele małych czynników złożyło się na to, że poza igrzyskami nie osiągała tak dobrych rezultatów w indywidualnych startach Pucharu Świata. Miała natomiast kilka świetnych występów w sztafetach. Pamiętam, że wtedy zaliczyła niezwykle udany występ w zawodach IBU Cup [druga biathlonowa liga - przyp. red] i gdyby powtórzyła to podczas PŚ, to byłoby bardzo dobrze. Była zatem na wysokim poziomie, ale nie przekładała tego na zawody. Rozmawiałem z nią już. Teraz ma czas dla rodziny i myślenie na temat swojej przyszłości. Potem mam nadzieję dać jej to, czego potrzebuje do dobrych wyników.

Jakie są zatem pana krótko- i długofalowe cele?

- Mamy kwiecień, jestem po pierwszych spotkaniach z zespołem. W pierwszym etapie musimy narysować mapę. Mam wiele pomysłów, ale trzeba ustalić, które potrzebujemy wprowadzić w życie. Potem musimy wejść razem w rytm współpracy. W pierwszym roku chciałbym zawodniczkom dać sporo doświadczenia i pokazać, jaki jest ich maksymalny potencjał. W przypadku wyników to przede wszystkim utrzymanie swojej pozycji w Pucharze Narodów, aby nie stracić kwoty startowej. Potem chciałbym zobaczyć spory krok naprzód w wykonaniu całego zespołu. W przypadku długofalowego celu chcemy być drużyną z czołowej dziesiątki Pucharu Narodów. Jeśli jesteś już na tych miejscach, jesteś gotowy do osiągnięcia czegoś wyjątkowego. W planach i marzeniach jest medal i oczywiście do tego to powinno zmierzać.

W pana sztabie znajdą się tylko Polacy, czy chciałby pan mieć jakiegoś asystenta zagranicznego?

- Na razie mówimy tylko polskim sztabie. Pracowałem z tymi ludźmi cztery lata temu i byłem zadowolony. Zawsze szukam jednak sposobności do radzenia się ekspertów z zewnątrz. Pomyślimy o takich rozwiązaniach, ale na razie trzeba dobrze zaplanować całą współpracę tutaj. 

Gregor Schlierenzauer chce ratować klub piłkarski. Gregor Schlierenzauer chce ratować klub piłkarski. "Pociąga za sznurki"

A nie uważa pan, że potrzebujemy trenera od strzelania? Wiele czołowych nacji ma taką osobę, a u nas właściwie nie ma nawet o tym mowy.

- Jestem bardzo ostrożny w określaniu siebie jako eksperta od konkretnej dziedziny, ale przez ostatnie trzy lata w Chinach pracowałem bardzo blisko ze specjalistą od strzelania. To Jean Pierre Amat. Nauczyłem się bardzo wiele od niego. Jestem pod tym względem pewny siebie, że będę mógł pomóc zbudować z zawodniczkami bazowy poziom, a potem ich umiejętności strzeleckie podnosić. 

To na koniec ważne pytanie. Rozmawiał pan z Marit Bjoergen przed powrotem do Polski? Jak ona zareagowała na fakt, że będzie pan współpracował z jej największą rywalką? 

- Nie rozmawiałem z nią (śmiech). Nie znam jej niestety osobiście, ale to byłoby bardzo ciekawe, gdybym miał okazję zapytać, co o tym sądzi. Dla mnie to jednak wielki zaszczyt, że mogę poznać Justynę Kowalczyk. Do tej pory mogłem ją widzieć tylko przez ograniczony obraz w norweskich mediach. Bardzo miło, że mogę z nią rozmawiać, prowadzić dyskusje i wymieniać się pomysłami. Jako dyrektor sportowa pomoże zrealizować różne rzeczy, które chcę zrobić. Lubię jej osobowość i styl bycia, chociaż w norweskich mediach nie była przedstawiana dobrze każdego dnia. 

Więcej o: