Biathlon. Nadia Biełowa: Monika Hojnisz bardzo żałowała. Kamila Żuk? A proszę dać jej spokój

- Błąd był jak w przedszkolu - mówi o strzelaniu, które zepsuła Monika Hojnisz. - Nie bójcie się, jeśli ona już robiła medale, to znów będzie je robić - wierzy w mistrzynię świata juniorek Kamilę Żuk. Trenerka Nadia Biełowa nie umie odejść na emeryturę, choć próbowała już kilka razy. I chyba mamy szczęście, że jej się nie udało, bo kto inny uwierzyłby w doprowadzenie polskiej sztafety do podium igrzysk olimpijskich?
Zobacz wideo

Nadia Biełowa prowadziła kadrę polskich biathlonistek w latach 2002-2010. Później szkoliła Ukrainki, z którymi zdobyła m.in. złoty medal igrzysk olimpijskich w sztafecie w Soczi. Sukcesy odnosiła też z Ukraińcami, a teraz – po pracy z polską młodzieżą – prowadzi do sukcesów Monikę Hojnisz. Nasza 27-letnia biathlonistka do niedawna tylko raz w karierze stała na pucharowym podium, zdobywając brązowy medal mistrzostw świata w 2013 roku. Kilka dni temu w Pokljuce w pierwszym starcie nowego sezonu Pucharu Świata była druga w biegu indywidualnym na 15 km.

Następnie zajęła 11. miejsce w sprincie i 21. w biegu na dochodzenie. Do Hochfilzen przyjechała jako piąta zawodniczka klasyfikacji generalnej PŚ.

W Austrii panie będą rywalizowały w sprincie na 7,5 km (czwartek, godzina 14.15), biegu na dochodzenie na 10 km (sobota, 11.30) i w sztafecie 4x6 km (niedziela, 11.15).

***

Łukasz Jachimiak: Monika Hojnisz zaczęła sezon od miejsc drugiego, 11. i 21. Może już Pani powiedzieć, że dobre wyniki będzie osiągała przez całą zimę?

Nadia Biełowa: Mogę powiedzieć, że jako jej trenerka bardzo bym tego chciała. Monika czuje się bardzo dobrze. Najważniejsza i dla niej, i dla mnie jest stabilizacja. Chcemy cały czas być w czołówce, aż do mistrzostw świata. Czas do nich mamy na to, żeby dużo rzeczy sprawdzić. Ja muszę to zrobić, muszę ją poznać, bo nigdy wcześniej z nią nie pracowałam. W każdym starcie widzę u niej coś nowego. Na razie wychodzi nam dobrze. I mam nadzieję, że cały czas będziemy walczyć o „dziesiątkę”. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a to jest tylko sport i różnie może być. Najważniejsze, że jest zdrowie.

Monika już pokazuje swoją najwyższą formę czy widzi Pani u niej rezerwy? Wiadomo, że biegać jak Kaisa Makarainen nie będzie, ale na ile jeszcze może się zbliżyć do najszybszej w stawce Finki?

- Makarainen jest tylko jedna, inne rywalki tak nie biegają, więc nie ma sensu się bardzo przejmować. A rezerwy są, oczywiście. I będziemy tak trenować, żeby czasy biegu Moniki były coraz lepsze, a najlepsze na mistrzostwach świata. Przed nimi będzie jeszcze zgrupowanie, spróbujemy wyszlifować formę, wszystko przygotować na czysto. A teraz idziemy spokojnie z myślą o mistrzostwach i o dobrych wynikach po drodze.

Jakie cele postawiła Pani przed Moniką na Hochfilzen? Zakłada Pani, że na przykład w obu startach powinna się zmieścić w Top 10?

- Absolutnie nie daję jej takich zadań. Być w „dziesiątce”, być w „szóstce” – takie wyznaczanie wyników nie jest potrzebne. Spokojnie jej tłumaczę, że ma być w najwyższej formie na mistrzostwach. Do tego czasu ona chce ciągle być w czołówce i ja też tego chcę. Chodzi o to, żeby być w gronie najlepszych, mieć z nimi kontakt, widzieć, co i jak, upewniać się, że jest forma, żeby z czołówką walczyć. Chcemy, żeby cały czas Monika była stabilna. Żeby cały czas punktowała. Żeby na strzelnicy była bezbłędna albo miała jeden błąd, nie więcej. Jak będzie tego pilnowała, to nie będzie wypadać poza „20”. I wtedy na pewno będzie startowała w biegach masowych, a to ważne, bo tam zawodnik najwięcej się uczy. To jest bieg bardzo dynamiczny, kontaktowy, trzeba wszystko wytrzymać psychicznie, żeby wygrywać w tej konkurencji. Ze szkoleniowych względów ona jest bardzo ważna [Hojnisz właśnie w niej osiągnęła największy sukces w karierze – zdobyła brąz MŚ w 2013 roku].

Mówi Pani, że Hojnisz ma popełniać na strzelnicy nie więcej niż jeden błąd, domyślam się więc, że po ostatnim starcie w Pokljuce nie byłyście zadowolone. Tam przez trzy karne rundy spadła na 21. miejsce z piątego jakie zajmowała w połowie rywalizacji.

- Monika bardzo żałowała tego strzelania. Była nim bardzo zdenerwowana i bardzo zdziwiona. Na ostatnim strzelaniu zrobiła błąd postawy. To się stało niespodziewanie, ona ostatnio strzelała bardzo pewnie, była bardzo stabilna. Błąd był jak w przedszkolu. Nie skontrolowała pozycji, dlatego strzały poleciały na dół. Żal, spora strata, ale trudno, nie ma co się użalać. Sport, po prostu. Porozmawiałyśmy, wyciągnęłyśmy wnioski, Monika wie, co zrobiła źle. I już sobie na coś takiego więcej nie pozwoli. To znaczy mam taką nadzieję.

Hojnisz jest piąta w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, który w poprzednim sezonie skończyła na 82. miejscu. Ale my mimo wszystko trochę żałujemy, że nie była wyżej w swoim ostatnim starcie, że w pierwszym zabrakło jej 5,9 s do zwycięstwa, że w drugim była 11., a nie siódma, bo przez to uciekła jej możliwość zostania liderką Pucharu Świata. Widzi Pani, że szybko się przyzwyczajamy do dobrego i chcemy jeszcze więcej?

- Dziękuję, że pan to zauważył. Cały czas jest bardzo dobrze. My to wiemy. I wierzymy, że tak będzie do końca zimy. Monika biega dobrze, zdrowie jej dopisuje, o stabilność dbamy i zadbamy do końca. Tak myślę.

Kiedy zaczynał się sezon, to o Monice pamiętaliśmy, ale najwięcej uwagi poświęcaliśmy Kamili Żuk. Ona w Pokljuce nie wypadła na miarę swoich możliwości. Czy nie niecierpliwi się tym mocniej, że tam pierwsze podium w karierze wywalczyła Marketa Davidova, czyli czeska rówieśnica naszej dwukrotnej mistrzyni świata juniorów i zarazem największa rywalka Kamili z tegorocznych mistrzostw?

- Powiem tak: po trzecim miejscu Davidovej w Pokljuce chyba wszyscy tam obecni zadali mi pytanie czy to czas również na Kamilę. Nie liczyłam, ale z milion takich pytań to już na pewno dostałam. A to jest tak, że Davidova i Żuk to dwie zupełnie inne zawodniczki. Mocno rywalizowały kilka miesięcy temu na mistrzostwach, Kamila była lepsza, ale to są cały czas juniorki. A z juniorkami jeszcze do końca nie wiadomo czego się po nich spodziewać. Ja nie wiem co po juniorskich mistrzostwach robiła Davidova, nie wiem jak pracowała i co będzie robiła teraz, w trakcie sezonu. To jest naprawdę fajna dziewczyna, bardzo zdolna, wyrosła nawet na liderkę czeskiej ekipy. Ale dla Kamili to nic nie znaczy. Jak mnie ludzie pytają dlaczego Davidova już była w „trójce”, a Żuk nie, to odpowiadam tak: „A proszę dać jej spokój”. Ona bardzo dobrze pracuje i potrzebuje spokoju, a nie myślenia przed każdym startem, że to jest ten moment, w którym ma pokazać swoje wielkie możliwości i że już teraz ma wbiec na podium. Kamila jest bardzo ambitna, bardzo chce, to świetna dziewczyna. Ale jak od wszystkich wokół słyszy, że już by mogła robić wielkie rzeczy, to jej to nie pomaga. Mam nadzieję, że teraz dzięki wynikom Hojnisz, wszyscy jej trochę odpuszczą. Zapomnijcie na moment o wynikach z juniorskich mistrzostw, zaczekajcie. Wszyscy musimy się uspokoić, bo Kamila tak bardzo chce, że już sobie zadanie pytanie „kiedy?”. A jeszcze nie jest przygotowana na tyle, ile może pokazać, kiedy będzie w pełnej formie. Ona jeszcze na trasie nie czuje się perfekcyjnie, bo taki jest plan. Nie bójcie się, jeśli ona już robiła medale, to znów będzie je robić. Ale nie od razu. Tak potrenujemy, że przyjdzie dla niej czas.

W niedzielę w Hochfilzen zobaczymy pierwszy w sezonie bieg sztafet. Osiem lat temu właśnie tam pod Pani wodzą nasze zawodniczki jedyny raz w historii wbiegły na podium Pucharu Świata, zajmując trzecie miejsce. Ale teraz buduje Pani nową ekipę, z doświadczoną Hojnisz pobiegną jeszcze Żuk, Kinga Zbylut i Karolina Pitoń. W takim składzie o podium na razie nie mamy prawa marzyć?

- Na razie nie. Zaczynam od sprawdzania zawodniczek, na razie postawiłam na te dziewczyny, ale cały czas obserwuję też Magdę Gwizdoń, która teraz będzie startować w Pucharze IBU. Ją bardzo dobrze znam, rozmawiałyśmy, ona w każdej chwili może do kadry wrócić. Na razie chcę sprawdzić te cztery dziewczyny. Na co je stać? Nie wiem czy będą siódme, dziewiąte, jedenaste czy dwunaste. To mniej ważne. Chciałabym zobaczyć, jak będą wyglądały na trasie, jak będą walczyły. Czy nie będzie u nich strachu przed zawodniczkami biegnącymi obok. Liczę na ich walkę o każdą sekundę, każdy metr. I na dobre, pewne strzelanie. Chcę w oczach każdej dziewczyny zobaczyć to, co widzi się od razu, w jednej sekundzie – że w siebie wierzy. Mam nadzieję, że wszystko będzie nam szło sprawnie i będziemy mieli coraz lepszą sztafetę, że zbudujemy ją na mistrzostwa świata. A przede wszystkim na igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2022 roku. Bo to jest największy cel. W kadrze młodzieżowej, którą prowadziłam przez dwa ostatnie lata, jest kilka bardzo dobrych i jeszcze bardzo młodych dziewczyn, urodzonych w 2000 i 2001 roku. One muszą jeszcze bardzo dużo trenować, ale chcą. I myślę, że w ciągu kilku lat zrobią duży postęp.

Brzmi jak plan, jak wizja stworzenia z Polek naprawdę mocnej sztafety. Ale czy z Polek może Pani zrobić mistrzynie olimpijskie tak jak zrobiła Pani z Ukrainek w 2014 roku? Nie jest tak, że na Ukrainie biathlon trenuje więcej zawodniczek?

- Oczywiście na Ukrainie jest więcej klubów, na pewno dzięki temu jest więcej zawodników i zawodniczek w wieku seniorskim. W Polsce jest 9-10 biathlonistek w wieku seniorskim, a na Ukrainie 25-30. Wybór jest więc większy. Ale w młodszych grupach już nie ma takiej różnicy, w Polsce też trenuje dużo młodzieży. Potrzeba czasu i będzie z niej pociecha.

Szczerze – marzy się Pani wprowadzenie polskiej sztafety na olimpijskie podium za trochę ponad trzy lata?

- Bardzo bym chciała, a już najchętniej do złota z Ukrainą dołożyłabym złoto z Polską. Ale czy trenerka Biełowa wytrzyma do igrzysk? To jest pytanie, bo trenerka nie jest taka młoda, ha, ha.

Kokietuje Pani.

- Oczywiście będę się starała wytrwać. Co mam robić? Siedzieć w domu? Lubię pracować, biathlon kocham, a wiekiem nie ma co się przejmować [Biełowa ma 57 lat].

Mąż chyba w tej miłości do biathlonu Panią wspiera?

- On cały czas też pracuje [Roman Bondaruk w przeszłości prowadził męską reprezentację Polski]. Teraz jest sekretarzem generalnym w ukraińskiej federacji.

A dlaczego Pani nie pracuje na Ukrainie? Po sukcesach na igrzyskach w Soczi [złoto sztafety i brąz Wity Semerenki w sprincie] pewnie mogła Pani dalej spokojnie prowadzić swoje zawodniczki?

- Po igrzyskach uznałam, że już nie chcę dalej pracować w biathlonie. Tylko że szybko dostałam nową ofertę. Pracy z ukraińskimi biathlonistami. I się skusiłam, bo w Polsce pomagałam mężowi prowadzić męską kadrę, z Tomkiem Sikorą mi się pracowało bardzo dobrze, więc uznałam, że spróbuję pierwszy raz w życiu samodzielnie poprowadzić męską kadrę. Przepracowałam z chłopakami z Ukrainy dwa lata, troszkę razem osiągnęliśmy [w pierwszym sezonie Serhij Semenow zdobył Małą Kryształową Kulę za bieg indywidualny, w drugim wywalczył brązowy medal MŚ w sprincie] i w końcu uznałam, że teraz to idę już na emeryturę. Ktoś może się śmiać, że co roku się wybieram na tę emeryturę, ale ja jestem w biathlonie bardzo długo, od 1979 roku [a w 1986 roku osiągnęła największe sukcesy jako zawodniczka, zdobywając złoty i srebrny medal mistrzostw świata]. Dwa lata temu uznałam, że to naprawdę koniec. Ale jak zadzwoniła Dagmara [Gerasimuk, prezes Polskiego Związku Biathlonu] i zaprosiła mnie do pracy z polską kadrą młodzieżową, to się zgodziłam, bo tego też chciałam jeszcze spróbować. I to był piękny czas. Po pracy z seniorami spędziłam czas z dziećmi, które pięknie ciebie słuchają i bardzo, bardzo chcą coś osiągnąć. Musiałam dużo zmienić, wielu rzeczy się nauczyć, inaczej pracować. Ale to było bardzo ciekawe. Chciałam jeszcze dalej pracować z waszą kadrą młodzieżową, ale Dagmara poprosiła, żebym przejęła kadrę seniorek. No i nie wiem kiedy ja skończę z tym biathlonem.

Miłość. Po prostu.

- Tak, na pewno. Miałam kiedyś śmieszną sytuację związaną z tym moim stażem. W jakiejś rozmowie mówiłam  reporterowi IBU, że to już jest mój ostatni rok, a później się spotkaliśmy w trakcie przygotowań do nowego sezonu i on zaskoczony mówi: „O, jest trenerka! Dobrze, że trenerka nie skończyła, bo trenerka taka młoda, nie ma po co tak szybko odchodzić”. Powiedziałam mu na to tak: „Ile mam lat, to ci nie powiem. Ale wiedz, że w biathlonie jestem od lat 70.”. „To ja się nawet wtedy jeszcze nie urodziłem!” – zdziwił się reporter. I poszedł.