Biathlonowe MŚ. Magdalena Gwizdoń: Dorosłam do pewnych rzeczy

- Do trenera Adama Kołodziejczyka nie wrócę na pewno. Dorosłam do pewnych rzeczy: że mogę sama trenować i różne rzeczy korygować, mogę też z wami rozmawiać. Mam całkiem inne podejście - mówi w Oslo Magdalena Gwizdoń. W niedzielę Gwizdoń z Krystyną Guzik będą reprezentować Polskę w biegu ze startu wspólnego. Relacja na żywo w Sport.pl od 13.00

Ten tekst wymaga osobistego komentarza. To trzecie mistrzostwa świata które relacjonuję w Sport.pl, byłem też na dwóch zawodach Pucharu Świata. Od Magdaleny Gwizdoń nigdy nie udało się wyciągnąć komentarza - mi, ani żadnemu z kolegów. Choćby zdania, nawet po dobrym występie. Aż do 12 marca 2016 roku.

Poprzedni sezon by dla Gwizdoń jednym z najsłabszych w karierze. Na mistrzostwa świata w Kontiolahti jechała po tym jak nie zdobyła punktów PŚ kolejno w Pokljuce, Oberhofie, Ruhpolding i Anterselvie w sumie w dziesięciu startach. - Widziałam, że plan i przygotowania trenera Adama Kołodziejczyka nie idą w dobrym kierunku. Szukałam możliwości, żeby coś zmienić. Rok temu przed MŚ przez miesiąc trenowałam sama i już wtedy był efekt. Nie udało się wszystkiego w miesiąc odbudować, zabrakło czasu - wspomina.

W Kontiolahti Gwizdoń była siódma w sprincie, 17. w biegu pościgowym i 19. w wyścigu ze startu wspólnego. Zawaliła jednak sztafetę, która po jej pudłach na strzelnicy z pierwszego miejsca spadła na 21. - Potrafiłam strzelić w biegu indywidualnym, ale gdy przychodziły biegi sztafetowe, lub inne starty z bezpośrednią rywalizacją, to czasami sobie nie radziłam - przyznaje.

Po sezonie Gwizdoń trafiła do kadry B, prowadzonej przez ukraińskiego szkoleniowca Nikołaja Panitkina. - Trenowałam w kadrze B, bo sama zdecydowałam, że nie będę się przygotowywać z trenerem Kołodziejczykiem. Chciałam pójść do przodu i zrobić jakiś postęp. Czułam, że w kadrze A zostanę w miejscu, albo nawet się cofnę - mówi.

Miała jednak sporo wątpliwości. - Okres przygotowawczy przed tym sezonem był dla mnie ciężki. Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało, czy będę biegać, czy to już mój kres możliwości i więcej z siebie nie dam. Okazało się, że można ze mnie jeszcze dużo wyciągnąć i jest nad czym pracować w przyszłości - dodaje.

Gwizdoń szybko udowodniła, że nie odstaje od podopiecznych Kołodziejczyka. Wygrała pierwsze zawody Puchar IBU, odpowiednika Pucharu Kontynentalnego w skokach i od początku sezonu została włączona do kadry na Puchar Świata. W nim spisywała się najrówniej z Polek. Przed mistrzostwami w Oslo zdobywała punkty PŚ w każdym z 19 startów i zajmowała 15. miejsce w klasyfikacji generalnej. Co spowodowało taki progres u 36-letniej zawodniczki?

- Ja jestem najstarsza wiekiem i stażem i nie służą mi takie treningi jakie są dobre dla młodych. Dla mnie to zabójstwo. Nie chodzi o to, że nie wytrzymywałam fizycznie, ale jako starsza zawodniczka potrzebuję więcej treningów szybkości, bo z roku na roku ją tracę. Jasne, że jest okres, żeby wykonywać treningi objętościowe, ale potem trzeba z nich schodzić. Denerwowałam się, bo czułam, że trening nie przyniesie efektu a musiałam iść go zrobić - tłumaczy Gwizdoń. - Trenując w grupie B miałam mniej zgrupowań zagranicznych, więcej byłam w domu. Trening był prowadzony bardziej indywidualnie, nie tak jak w kadrze A. Teraz trenowałam z chęcią. Byłam pewniejsza, bo robiłam treningi które chciałam i mnie zadawalały. Są rzeczy nad którymi wciąż muszę pracować, ale jest dobrze. Wierzę, że mogę osiągać jeszcze lepsze wyniki - dodaje.

Gwizdoń w tym sezonie znacznie lepiej spisuje się na strzelnicy. Tu też, jak zaznacza, nie ma nowy o przypadku.

- W pracy z trenerem Nikołajem jest inne podejście do strzelania. Było więcej pracy, treningu na sucho, także nad emocjami i nad koncentracją na wykonaniu zadania. Dużo dał mi też zabieg, laserowa korekta wady wzroku, którą przeszłam w kwietniu. To był szok, bo to są oczy praktycznie zrobione od zera. Jak przyszłam na trening i się złożyłam do karabinu to nic nie widziałam. Oko nie było wytrenowane, ale z godziny na godzinę i z dnia na dzień było coraz lepiej. Wcześniej przez krótkowzroczność startowałam w szkłach kontaktowych, które przy temperaturze minusowej wysychały i musiałam często mrugać okiem. By stres, czy soczewka nie wypadnie. Jeżeli chodzi o jakość widzenia, to nie ma różnicy,ale mam większy komfort psychiczny, nie muszę o tym myśleć - mówi Gwizdoń.

Komfort, spokój psychiczny - te słowa często padały w trakcie kilkunastominutowej rozmowy z dziennikarzami w Oslo. - Dorosłam do pewnych rzeczy: że mogę sama trenować i różne rzeczy korygować, mogę też z wami rozmawiać. Mam całkiem inne podejście - przyznaje.

Że to nie puste słowa, Gwizdoń pokazała w piątek. Znów pobiegła w sztafecie podczas mistrzostw świata, ale tym razem nie zawiodła. Spudłowała tylko dwa razy, Kończąc zmianę na ósmym miejscu. Ostatecznie Polki były czwarte, gwarantując sobie stypendium na przyszły sezon.

- Bieg sztafetowy a indywidualny to są dwie różne rzeczy. W piątek się nie bałam, ale na strzelnicy na stadionie trochę mi skoczyła adrenalina. Moim zadaniem było ukończenie zmiany tak, by utrzymać kontakt z czołówką. Dwa razy dobierałam nabój, stąd 20-sekundowa strata - komentuje.

Co dalej? Gwizdoń dalej chce iść swoją drogą. - W przyszłym sezonie nie będę trenować z trenerem Kołodziejczykiem, bo to nie przynosiło efektu. Jeśli będzie możliwość trenowania z kadrą B to będę się z nią przygotowywać. Z drugiej strony nie chciałabym wypaść z grupy A, z której mnie trochę odsunięto. Troszkę nieładnie to wyszło i trochę mi przykro z tego powodu. Myślę, że teraz to będzie inna współpraca - mówi.

O końcu kariery na razie nie wspomina, ale jako zawodowy żołnierz przyszłość ma zapewnioną. - Etat w wojsku jest dla mnie ważny, bo inaczej pewnie już bym skończyła karierę i poszła do normalnej pracy, bo bym nie miała za co żyć. Będę chciała zostać w wojsku - deklaruje starsza szeregowa Magdalena Gwizdoń.

Więcej o: