MŚ w narciarstwie alpejskim. Kostelić poszedł na wojnę z FIS

- Trasy są nieludzko trudne, a kalendarz startów bez sensu - grzmi najlepszy narciarz globu Ivica Kostelić, który w połowie rozgrywanych w Niemczech MŚ spakował walizki i... pojechał na urlop nad morze.

Chorwat to aktualny lider PŚ, w tym sezonie wygrał już siedem zawodów, m.in. po dwa razy na kultowych trasach w Wengen i Kitzbuehel. W środę zdobył brąz w supergigancie na trwających w niemieckim Garmisch-Partenkirchen MŚ.

Z trzeciego miejsca się ucieszył, ale po odebraniu krążka przypuścił ostry atak na Międzynarodową Federację Narciarską (FIS), która razem z Niemcami organizuje imprezę. - Fajnie zdobyć medal, ale właściwie to dziękuję Bogu, że w ogóle przeżyłem. Nigdy nie jechałem po tak niebezpiecznej trasie! Stok był oblodzony i nierówny. Jak można narażać narciarzy na takie niebezpieczeństwo - grzmiał 31-letni Kostelić.

Stok Kandahar, na którym w 1994 r. w tragicznym wypadku zginęła Austriaczka Ulrike Maier, rzeczywiście był w kiepskim stanie. Narzekali na niego też inni narciarze, ale że trasa była dość wolna - mało kto przekraczał 100 km/godz. - nie zdarzył się żaden niebezpieczny upadek. - Nie chodzi o upadki, ale o nieustające wstrząsy spowodowane przez nierówności, które kumulują się w ramionach, kolanach i wracają w postaci kontuzji - podkreślił Kostelić, którego młodsza siostra Janica, czterokrotna mistrzyni olimpijska, musiała zakończyć karierę jako 24-latka, właśnie przez powracające urazy kolan.

Krytyka FIS za niebezpieczne trasy, czy niskie nagrody (złoty medalista dostaje 42 tys. dol, mniej niż tenisista za III rundę Wielkiego Szlema), to nie nowość. Kilka lat temu w takich atakach specjalizował się Amerykanin Bode Miller, który zarzucał władzom narciarskim także dopingową hipokryzję ("oczekujecie nadludzkiego wysiłku, a nie pozwalacie brać nawet leków uśmierzających ból").

Kostelić posunął się jednak jeszcze dalej, bo w połowie najważniejszej dla FIS imprezy sezonu ostentacyjnie spakował walizki i... wyjechał nad Adriatyk na urlop. Celowo zrezygnował ze startu w zjeździe i superkombinacji, w której był głównym kandydatem do złota. - Przykro mi, ale kalendarz jest tak skonstruowany, że w czasie MŚ mam jedyny moment, kiedy mogę odpocząć. Na dwa dni przed MŚ musiałem startować w PŚ, za chwilę są kolejne zawody - wypalił Ivica, który jako junior spał w namiotach i wchodził ze swoją siostrą oraz ojcem na piechotę na austriackie lodowce, bo nie było ich stać na drogie ski-passy i hotele. Rebelia Kostelicia nie będzie jednak totalna, bo Chorwat wróci do Garmisch 16 lutego, żeby zjechać w slalomie i gigancie. - Zjechać rekreacyjnie - zastrzega.

FIS na razie zgrzyta zębami, od otwartej wojny z Kosteliciem się powstrzymuje (może go np. - jak kiedyś Millera - ukarać finansowo). - Bezpieczeństwo to nie tylko kwestia stoku, ale też stylu jazdy, taktyki. Narciarze muszą być świadomi własnych umiejętności - to jedyny złośliwy komentarz Guentera Hujary z FIS, który sugeruje, że Kostelić jeździ przesadnie ryzykownie. Chorwat na razie nie odpowiedział, ale kiedy wróci z urlopu, może znów być ciekawie.

W piątek na MŚ superkombinacja kobiet (zjazd o 9.45, jeden przejazd slalomu o 13.45). Bardzo możliwe, że bez udziału największych gwiazd, bo zarówno Lindsey Vonn, jak i Maria Riesch rozważały wycofanie się. Amerykanka mówi, że ciągle widzi "jak we mgle" po zeszłotygodniowym upadku na głowę na treningu, a Niemka ma grypę z wysoką gorączką. Relacje z MŚ w Eurosporcie i TVP Sport.

Trasy FIS: gdzie w Polsce pojeździsz jak alpejczyk

Więcej o: