- Trudno jest oszukać swój mózg - mówi Maryna Gąsienica-Daniel. - Ale to dobrze. Świadomość tego, o co walczysz, nie powinna cię niszczyć. Chęć sukcesu i jego bliskość powinna cię napędzać - dodaje jedna z najlepszych gigancistek na świecie. W sobotę w Soelden początek Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. 29-latka chce pójść taką drogą, jaką w skokach poszedł Dawid Kubacki. Żeby zwiększyć szanse na sukcesy, Gąsienica-Daniel m.in. zaczęła pracować z psychologiem.
Maryna Gąsienica-Daniel to szósta zawodniczka slalomu giganta na MŚ 2021 i ósma zawodniczka slalomu giganta na igrzyskach olimpijskich Pekin 2022.
W Pucharze Świata Gąsienica-Daniel w top 10 skończyła już 14 startów w karierze, ale najwyżej była na szóstym miejscu, a jej celem i marzeniem jest podium, a właściwie - podia. Czy będzie na nie wjeżdzała tej zimy?
Gigant w Soelden w sobotę o godz. 10. Transmisja od 9.30 w Eurosporcie 1. Cały sezon PŚ w Eurosporcie.
Łukasz Jachimiak: Czy pytaniem, które przed startem nowego sezonu słyszysz najczęściej, jest to o twoje pierwsze w karierze podium w Pucharze Świata?
Maryna Gąsienica-Daniel: Nie wiem czy to pytanie pada najczęściej, ale faktycznie ludzie zastanawiają się czy wjadę na podium.
A ty się zastanawiasz? To jest twój cel po już wielu gigantach skończonych w top 10?
- Nie jest tak, że wprost się zastanawiam, kiedy w końcu będę na podium. Ale cały czas pracuję na to, żeby na podium wjechać. Pracuję, żebym była coraz lepsza, bo to podium oczywiście jest moim celem. A czy na nie wjadę tej zimy? Fajnie by było, gdybyśmy mogli przewidzieć przyszłość. Chociaż nie, nie chciałabym, to by było nudne, nie byłoby żadnych niespodzianek. Chciałabym odpowiedzieć: "Tak, w tym sezonie już będę na podium", ale muszę powiedzieć inaczej: "Może będę, a może nie będę, natomiast na pewno zrobię wszystko, żeby na tym podium stanąć".
Jest trochę tak, że choć już kilka razy byłaś blisko podium, to jeszcze brakuje ci odrobinę doświadczenia i opanowania w sytuacji walki o nie? Pytam czy trochę się stresujesz, mając taką szansę i czy wtedy - po dobrym miejscu po pierwszym przejeździe - trudniej jest ci drugi pojechać luźno, swobodnie?
- Zawsze wtedy pojawia się adrenalina. Trudno jest oszukać mózg. Wszyscy walczymy o to, żeby być coraz wyżej. Ale to dobrze. Świadomość tego, o co walczysz, nie powinna cię niszczyć, tylko motywować. Chęć sukcesu i jego bliskość powinna cię napędzać.
Mówisz tak, jakbyś popracowała z dobrym psychologiem.
- Ha, ha! Oczywiście łatwo się mówi, a w zawodach takie sytuacje są stresujące. Choć staram się wychodzić z założenia, że jestem w dobrym miejscu, żeby to zrobić. Oczywiście bardzo nie lubię błędów popełnianych w drugich przejazdach, ale one nie do końca wynikają zawsze z presji. Narciarstwo alpejskie jest po prostu bardzo trudnym sportem, w którym na końcowy wynik składa się bardzo dużo rzeczy. To warunki, prędkości, siły, które na nas działają. To dziury na trasie, która zmienia się po każdym kolejnym zawodniku. W grę wchodzi też kwestia zmieniającej się widoczności, wiatru, który może nagle zawiać, i wielu innych losowych rzeczy, które się zdarzają. Mnóstwo rzeczy musi się złożyć na wynik. Oczywiście możemy tu powiedzieć, że Mikaeli Shiffrin za każdym razem wszystko się składa.
I to jest dowód mistrzostwa, jakie osiągnęła.
- Tak. Uważam, że trzeba zrobić bardzo wiele kroków, żeby coś takiego osiągnąć. I wiem, że łatwiej jest zrobić te wszystkie kroki, które zaprowadzą cię z miejsca 30. do miejsca w top 10 niż te wszystkie kroki, które zaprowadzą cię z miejsca w top 10 do wygrywania.
Podkreślmy, że ty zdecydowanie doszłaś z miejsc w top 30 do poziomu top 10. Przebiłaś się.
- Tak, łatwiejsza część zadania za mną. A teraz trzeba może cierpliwości, może znaleźć swój własny sposób na zrobienie kolejnego kroku. Ale myślę, że jak już się go zrobi, to mam taką nadzieję i wydaje mi się, że przy doświadczeniu, które już mam z całej kariery, nie będzie to jednorazowy wyskok. Uważam, że jeśli wjadę na podium, to nie jeden raz, tylko po prostu osiągnę poziom, który pozwoli mi o takie miejsca walczyć regularnie. Sądzę, że po takim pierwszym sukcesie zwiększa się twoja pewność siebie, może też trochę zmienia się podejście twojego teamu. Na pewno taki pierwszy wjazd na podium byłby dla mnie szansą na kolejny przełom.
Podam dobry przykład. Dawid Kubacki przez lata pracował na to, żeby krótko przed swoimi 28. urodzinami pierwszy raz wskoczyć na podium Pucharu Świata, a jak już to zrobił, to od pięciu lat jest czołowym skoczkiem świata z medalami wielkich imprez, z prestiżowymi zwycięstwami i z liczbą prawie 40 podiów w Pucharze Świata. Ty masz 29 lat i może właśnie przyszła dla ciebie taka chwila, jak tamto pierwsze podium dla Kubackiego?
- Myślę, że jeden krok na podium w moim wieku byłby bezcenny. Bo nie jestem 17-letnią dziewczynką, której supertalent raz pozwoliłby wjechać na podium i później mogłoby się okazać, że więcej już tego nie zrobię albo że będę musiała czekać 10 lat aż się ustabilizuję. Wydaje mi się, że w moim przypadku widoczny jest ciągły postęp.
Zgoda - twoja kariera to ciągła, cierpliwa wspinaczka.
- Jak najbardziej. U mnie nie ma pojedynczych wyskoków, które dają jakieś nadzieje. Ja już naprawdę ustabilizowałam swoją pozycję w top 10 giganta.
Podpowiedzmy czytelnikom, że w top 10 giganta byłaś już i na igrzyskach olimpijskich, i na mistrzostwach świata, i w wielu startach w Pucharze Świata w trzech ostatnich sezonach.
- Tak, to jest naprawdę dobra baza. I myślę, że przede mną kolejny krok we wspinaczce, a po nim ustabilizuję się o jeszcze jeden poziom wyżej.
Co z tym psychologiem? Pracujesz z kimś, prawda? Słyszę to w tym, co i jak mówisz.
- Tak, niedawno zaczęłam taką współpracę. Żeby spróbować jeszcze zwiększyć swoje szanse.
To jakiś znany psycholog w świecie sportu?
- Wolę to zostawić dla siebie.
A poza psychologiem ktoś jeszcze dołączył do twojego zespołu?
- Osób w teamie mam tyle samo, ale po sezonie zmieniła mi się fizjoterapeutka, która wszędzie ze mną jeździ. Zaczęłyśmy współpracować od Argentyny i mam nadzieję, że będziemy ze sobą współpracować cały sezon, a może dłużej.
Skoro wspomniałaś o Argentynie, to opowiedz proszę, jak i gdzie przygotowywałaś się na walkę o jeszcze większe rzeczy niż te, które już osiągnęłaś. Na co przede wszystkim trzeba postawić w przygotowaniach, żeby wytrzymać aż pięć miesięcy sezonu?
- Trzeba bardzo mocno pracować nie tylko nad techniką, nad doskonaleniem jazdy, ale też bardzo mocno trzeba zadbać o kondycję. Po sezonie mamy więc tylko chwilę przerwy. Po dwóch tygodniach wznawiamy treningi kondycyjne.
Pięć miesięcy startów, dwa tygodnie wakacji i znowu do roboty?
- Tak, przy czym te dwa tygodnie to jest zawsze czas aktywny, tyle że bez określonego programu. A po nim już jest program, już są przygotowania kondycyjne przeplatane zgrupowaniami narciarskimi. W tym rok byliśmy dwa razy na lodowcu i na pięciotygodniowym zgrupowaniu w Argentynie. I te narciarskie przygotowania, które przebiegły bardzo dobrze, przeplataliśmy przygotowaniami kondycyjnymi. Mam nadzieję, że w Soelden warunki śniegowe pozwolą nam faktycznie dobrze zacząć sezon.
Od Oskara Kwiatkowskiego, naszego snowboardowego mistrza świata, usłyszałem, że warunki na lodowcach są takie, że on coraz częściej jeździ trenować do Holandii na stok zamknięty blaszanymi ścianami i dachem, ze sztucznym śniegiem utrzymywanym w warunkach imitujących zimę.
- To już jest normalne, że temperatury na lodowcach są coraz wyższe, więc snowboardziści i narciarze jeżdżą trenować do hal. Warunki są tam dobre, ale dla zawodników, którzy potrzebują krótszych stoków niż ja. Z narciarstwa alpejskiego to tylko slalomiści. Giganta w hali nie potrenujesz, bo go tam nie ustawisz, nie ma na to miejsca.
No tak, halowa trasa w Holandii ma tylko 400 metrów długości.
- Dlatego my musimy szukać treningu gdzie indziej, choćby w górach w Argentynie.
W tej Argentynie udało ci się zobaczyć cokolwiek poza stokiem?
- Niewiele. Pojechaliśmy do pracy, program treningowy mieliśmy bardzo mocny - wypełnialiśmy nim każdy dzień po brzegi. Mieliśmy zaplanowane 20 dni na nartach i rzeczywiście zrobiliśmy pełne 20 dni treningu na nartach, a w dni wolne musieliśmy odpoczywać. Oczywiście aktywnie, ale nie na tyle, żeby jakoś bardzo mocno zwiedzać.
Czyli do Buenos Aires nie udało się wyskoczyć?
- Nie było szans, do Buenos mieliśmy cztery godziny samolotem. Taka wycieczka byłaby nie do zrobienia w jeden wolny dzień. Można było najwyżej godzinę przepłynąć się statkiem, żeby zobaczyć pingwiny, piękną naturę. I tak odpocząć.
Generalnie słysząc o pięciu tygodniach zgrupowania w Argentynie, myślę, że świetne jest to, że wypracowałaś sobie status takiej zawodniczki, której po prostu trzeba dawać możliwość budowania formy bez szukania oszczędności. Bo rozumiem, że nie jesteście jakoś mocno ograniczani?
- Finansami i logistyką ja się nie zajmuję, ja też nie proszę Polskiego Związku Narciarskiego o pieniądze. Tym zajmują się trenerzy. Mają określone środki do wydania w trakcie sezonu i starają się dopasować do budżetu. Ale jeżeli byłby za mały, to prosilibyśmy o zwiększenie go.
Sprzętowo też jesteś zabezpieczona, jako zawodniczka Atomica?
- Tak, mam podpisany kontrakt bezpośrednio z główną siedzibą Atomica w Austrii. Mam bezproblemowy dostęp do sprzętu.
Nie pytam o szczegóły twojej umowy, ale chcę poznać realia, stąd moje pytanie czy taki kontrakt daje sprzęt plus jakieś pieniądze za to, że jesteś ambasadorką marki?
- Warunki umowy zależą od poziomu zawodnika. Na sprzęt też podpisujesz kontrakt. A do tego są widełki, w które się wpasowujesz. My nie możemy opowiadać, jakie to są kwoty, ale one oczywiście są dopasowane do pozycji w światowej czołówce. Ja na przykład nie mam pojęcia, jaki kontrakt ma Mikaela Shiffrin, ale absolutnie mi wystarcza to, że w moim kontrakcie jest jasno zapisane, że jeżeli jestem na miejscach 20-25, to coś dostaję, jeżeli wyżej, to dostaję więcej albo że coś dostaję za pojedyncze wyniki.
Co sezon podpisujesz inną umowę?
- Podpisuję na dwa lata, ale gdybym na przykład w tym sezonie zaczęła wygrywać Puchary Świata, to na pewno dałoby się zrobić aneks do umowy. To jest zupełnie normalne.
Zostawmy Atomica, Argentynę i sezon, który za chwilę ruszy i pogadajmy o tych twoich dwutygodniowych wakacjach, bo jak cię trochę znam, to nie spodziewam się, że były to wczasy all inclusive gdzieś pod palmą.
- Masz rację. Wykorzystałam ten czas na przeniesienie swojej domowej siłowni w inne miejsce. Po remoncie zostało mi pięć dni i wyjechałam do Chorwacji z rodzicami, z siostrą i z jej dziećmi. To było odrabianie rodzinnych zaległości, zwłaszcza spędzanie czasu z dziećmi siostry, z którymi bardzo lubię się bawić, a bardzo rzadko się z nimi widzę. To jest dla mnie najlepszy relaks.
W jakim wieku są dzieciaki?
- Pięć lat i trzy lata. Kochane są! I strasznie szybko rosną. Dla mnie takie wakacje znaczą dużo więcej niż all inclusive. Chociaż nie powiem, na egzotyczny wyjazd też mam ochotę. Na taki, na jakim byłam kiedyś na Sri Lance. Zobaczyłam kraj, plantacje herbaty i piękne słonie, do tego doszły kapitalne trekkingi i surfowanie.
Na koniec to, o co w sumie powinienem zapytać na samym początku - czy z twoim zdrowiem jest w porządku? Pytam, bo pamiętam, że w tym roku długo miałaś problemy żołądkowe i na lekach jeździłaś w mistrzostwach świata, a choćby w ubiegłym roku sezon kończyłaś z połamanymi żebrami.
- W ostatnim sezonie rzeczywiście miałam trochę kłopotów zdrowotnych, głównie z żołądkiem. Na mistrzostwach świata byłam osłabiona i jeszcze dodatkowo złapałam jakiegoś wirusa, więc problemy się skumulowały. Na szczęście w końcu udało się to zdiagnozować i już jest dobrze.
Jesteś głodna startów? Nie możesz się doczekać?
- Szczerze powiem, że bardzo szybko minęło mi lato i trochę sobie myślę: "Jejku, już się zaczyna sezon i cała ta karuzela". Ale jak już ruszę w Soelden, jak wejdę w ten rytm, to wiem, że będzie super!