Polskie narciarstwo goni światową potęgę. "Zbudowali wszystko od zera"

Mateusz Król
Jeszcze kilka lat temu polskie narciarstwo z zazdrością patrzyło na słowackie. Przed igrzyskami w Pekinie wiele wskazuje na to, że wreszcie dogoniliśmy kraj Petry Vlhovej. Ale szampanów jeszcze nikt nie otwiera. Cel jest nowy - dogonić Norwegów, czyli światową potęgę. Czy to misja nierealna?

Polskie narciarstwo dawno nie miał tak dobrej prasy. Głównie za sprawą Maryny Gąsienicy-Daniel. Nasza gigancistka w lutym 2021 r. podczas mistrzostw świata zajęła szóste miejsce w koronnej konkurencji, a w najlepszej dziesiątce znalazła się też w zawodach równoległych. Ostatecznie trzy starty w Pucharze Świata zakończyła na szóstych lokatach. Nadzieje medalowe przed igrzyskami rosną, polscy kibice narciarstwa są w coraz lepszych nastrojach i niemal nikt już nie pamięta, że kilka lat temu o tej dyscyplinie nie pisało się w niemal w ogóle. Co zatem się zmieniło i czy rzeczywiście są powody do optymizmu?

Zobacz wideo Polscy skoczkowie jeszcze wyjdą z kryzysu. Schuster podpowiada trenerom

"Słowacy w narciarstwie są dużo przed nami"

Jeszcze kilka lat temu z zazdrością patrzyliśmy na Słowaków. To oni najpierw doczekali się Veroniki Velez-Zuzulovej, która poprowadziła zespół po wicemistrzostwo świata w 2017 r., w całej karierze aż pięć razy wygrała zawody Pucharu Świata. Po niej nadeszła jeszcze większa gwiazda - Petra Vlhova, która najpierw sięgnęła po złoty medal MŚ w Aare, a następnie po dużą Kryształową Kulę. Pierwszą w historii dla jej kraju. Dołożyła do tego jeszcze medale z czempionatu globu. W tym czasie Polacy liczyli na to, że Maryna Gąsienica-Daniel doszusuje do światowej czołówki i z zazdrością patrzyli na to, co osiągają Słowaczki. 

Maryna Gąsienica Daniel na trasie giganta w SoeldenMaryna Gąsienica-Daniel lepsza od mistrzyń świata i igrzysk! "Gdybym nie był żonaty..."

 - Słowacy w narciarstwie alpejskim są dużo przed nami. Mają większe możliwości, są lepiej zorganizowani i mają lepszy warsztat. U nas problem jest nawet ze śnieżeniem i przygotowaniem tras - mówił na łamach Polityki w marcu 2016 r. Wojciech Gajewski, trener narciarstwa i delegat FIS, który jeździ na Słowację od lat. Pomagał m.in. w organizacji zawodów PŚ w Jasnej - głównej słowackiej bazie. Patrzył na to wszystko z uznaniem, ale i zazdrością. W Polsce nie było tras, na których można byłoby profesjonalnie trenować. 

 - Jedna w Szczyrku na dobrym poziomie, ale na niskiej wysokości. Stok na Harendzie w Zakopanem, który jest dokładnie południowy i właściwie od połowy lutego trudno znaleźć na nim warunki potrzebne do treningów. Słowacy mają tego mnóstwo. Wysokie Tatry, Jasna z ogromną liczbą doskonale przygotowanych tras, nie licząc mniejszych miejsc - opowiadał Gajewski. 

Teraz sytuacja ma być zgoła odmienna. Porozmawialiśmy z autorem powyższych słów dzisiaj. I jak wtedy był mocno krytyczny wobec polskich warunków, tak teraz wskazuje wiele pozytywów. - Można powiedzieć, że przez te sześć lat bardzo wiele się zmieniło - potwierdza Sport.pl Wojciech Gajewski. I wskazuje na to, że dzięki porozumieniu Polskiego Związku Narciarskiego z Polskimi Kolejami Liniowymi udało się stworzyć lepsze warunki do treningów dla klubów. - Trasy są teraz przygotowywane bardziej pod zawodników. Są twarde i bardziej strome - tłumaczy polski delegat FIS.

Polskie narciarstwo dogoniło słowackie, ale nie we wszystkim

- Jeszcze ich nie dogoniliśmy, bo nie mamy tylu gigantowych tras, ale przez to, że mamy Szczawnicę, bardziej otwartą Krynicę czy Mosorny Groń, bardzo się zbliżyliśmy. Nawet mogę powiedzieć, że Słowacy przyjeżdżają do Szczawnicy, gdzie przygotowują się do startów w Pucharze Świata - dodaje Gajewski. 

Porównując poziom sportowy oby krajów, wydaje się, że Polska wypada lepiej na arenie międzynarodowej w gigancie kobiet. O ile Petra Vlhova wciąż lepsza jest od Maryny Gąsienicy-Daniel w rankingu FIS, o tyle trudno szukać wysoko innej jej rodaczki. Najpierw w klasyfikacji jest Magdalenę Łuczak, która w światowym zestawieniu jest 64. To o ponad sto lokat wyżej niż druga notowana Słowaczka - Sona Maravcikova, która jeszcze nie zaliczyła debiutu w PŚ. Młoda Polka ma już nawet punkty. Następnie są jeszcze dwie nasze gigancistki, a dopiero później kolejna ze Słowaczek.

Podobnie sytuacja rysuje się w slalomie, chociaż w nim właściwie nie startuje Maryna Gąsienica-Daniel. W tym przypadku jednak najlepszym spośród biało-czerwonych jest Michał Jasiczek, który na liście FIS punktów jest 129. 19 miejsc wyżej jest najlepszy ze Słowaków - Adam Żampa. W konkurencjach szybkościowych Słowacja wypada nieco lepiej, ale oceniając ogólnie możliwości zawodników z obu państw, sytuacja się wyrównała.

Maciej Kreczmer i Maciej Staręga na trasie eliminacji drużynowego  biegu sprinterskiego Wszystkie zawody PŚ do igrzysk odwołane! Polski trener komentuje

Nasi sąsiedzi mogą jednak pochwalić się punktami PŚ mężczyzn. W polskim przypadku tylko Michał Jasiczek ma prawo startu. Ostatnio był w Adelboden i zajął 42. miejsce. Słowacy mają jeszcze brata Adama Żampy - Andreasa. On ma prawo startu w gigancie i też zdobywa w nim co jakiś czas punkty PŚ. - W przypadku mężczyzn rywalizacja jest na takim poziomie, że trudno jest dogonić światową czołówkę - tłumaczy Wojciech Gajewski. I dodaje, że słowacki duet braci stworzył prywatny team i na własną rękę buduje formę. Tak też jest w przypadku braci Jasiczków (prócz Michała jest też Jędrzej).

Przygotowania alpejczyków na własną kieszeń

Warto jednak podkreślić, że w Polsce właściwie nie istnieje męska kadra seniorów. Została powołana, ale szkolenie zawodnicy opłacają sobie sami. – Zawodnicy dostają od nas ubezpieczenie, ubrania, możliwość współzawodnictwa sportowego, wsparcie administracyjne i merytoryczne biura oraz pomoc w przypadku kontuzji. Dodatkowo mają możliwość pozyskiwania środków z Okręgowych Związków Narciarskich – tłumaczył wiosną minionego roku Jan Winkiel, sekretarz generalny Polskiego Związku Narciarskiego.

PZN postawił bardziej na szkolenie od podstaw. W przypadku seniorów związku nie stać na spełnienie wszystkich wymogów. Przed blisko dwoma laty Jasiczkowie chcieli ponoć utrzymać siedmioosobowy sztab. To zdecydowanie wykracza poza możliwości federacji. - Skupiamy się teraz na sześcioosobowej kadrze młodzieżowej mężczyzn – tłumaczy Winkiel. Grupę tworzą: Paweł Pyjas, Michał Michalik, Jan Grodecki, Bartosz Szkoła, Bartłomiej Sanetra i Przemysław Białobrzycki.

Ryoyu Kobayashi wydał 14 tysięcy złotych na dwie pary butów. Spełnił tym samym swoje marzenie. Zakup to nagroda za zwycięstwo podczas LGP w Klingenthal.Ryoyu Kobayashi wydał krocie i spełnił swoje marzenie. "W opór drogie"

Starsi tworzą własne zespoły i opłacają ze środków rodziców, znajomych, sponsorów czy zrzutek w sieci. Brzmi kuriozalnie? Wygląda na to, że takie są realia w tym niesamowicie drogim sporcie. Przynajmniej w naszej części Europy. Austriacy mają ośrodki blisko. Dla nas opłata chociażby 80 euro za dzień pobytu na zgrupowaniu to zdecydowanie więcej niż dla narciarzy, którzy mają Alpy na wyciągnięcie ręki. A do tego trzeba doliczyć też dojazd i inne aspekty związane z wyjazdem. Jeśli chcielibyśmy dogonić najlepszych, musielibyśmy na wyjazdy wydawać krocie.

- Znane słowackie i czeskie zawodniczki wywodzą się z rodzinnych teamów. Nie było tak, że za sukcesem stały federacje. Wydaje mi się, że u nas dużo zależy od tego, czy się jest cierpliwym. W takich krajach jak nasze, wyniki przychodzą trochę później, potrzebujemy trochę więcej czasu, żeby dotrzeć na szczyt. A w Polsce wszystkie zawodniczki wcześnie kończyły. Możliwe, że w momencie, w którym dopiero mogły zacząć osiągać dobre wyniki - mówiła nam przed rokiem Maryna Gąsienica-Daniel, jakby potwierdzając, że ważne jest samozaparcie i - przede wszystkim - zasobność portfela.

Nowy cel polskiego narciarstwa. Teraz gonimy Norwegię

- Teraz w porównaniu ze Słowacją naprawdę nie mamy się czego wstydzić - podkreśla Marcin Blauth, wiceprezes ds. narciarstwa alpejskiego w PZN. Czy powinniśmy otwierać już szampany, skoro Słowacja - poza wielką Vlhovą - nie jest bardzo znaczącym krajem w świecie narciarstwa alpejskiego? Okazuje się, że w związku od dawna nie porównują się do południowych sąsiadów. - Jeżeli bierzemy z kogoś przykład, to z Norwegów. Oni zbudowali w latach 80. wszystko od zera i są potęgą w narciarstwie, mimo że nie są krajem alpejskim - zaskakująco wyznaje Blauth. Norwegia to przecież zespół wielkich gwiazd.

Dobrze jednak, że wzorem nie jest Słowacja. Zwłaszcza że w ostatnich latach to ich związek miał złą prasę. Pod koniec 2020 r. od federacji odłączyła się m.in. Petra Vlhova. W tle były problemy z wypłacalnością związku i kuriozalne oskarżenie ówczesnego prezesa w kierunku aktualnie sprawujących władzę na Słowacji. Później tamtejsze Ministerstwo Edukacji, Nauki i Sportu cofnęło Słowackiemu Związkowi Narciarskiemu status narodowego związku sportowego. Wszystko udało się po kilku miesiącach naprawić, ale niesmak pozostał. 

- Dlatego, jeśli dzisiaj mamy się na kimś wzorować, to na krajach skandynawskich. Wiem, że teraz to nie brzmi poważnie, ale skoro zbudowaliśmy potęgę w skokach narciarskich, to dlaczego nie miałoby nam się udać w narciarstwie alpejskim? Norwegowie mają góry, ale my też je mamy - snuje wizje Marcin Blauth. I, co ważne, podkreśla, że w przyszłości PZN zamierza skupić się także na rozwoju zawodników z predyspozycjami w konkurencjach szybkościowych. - Tu głównie chodzi jednak o supergigant. Do tej pory mieliśmy tylko pojedyncze osoby, które chciały się w tym specjalizować. Teraz będziemy chcieli stworzyć grupę. Myślę, że Maryna pokaże wkrótce, że droga od giganta do supergiganta nie jest wcale taka długa - tłumaczy wiceprezes PZN.

Norwescy skoczkowie i JohaugBurza w Norwegii po wyborze sportowca roku. Skoczkowie grzmią: Nic nieznaczący sport

Wygląda na to, że sytuacja w polskim narciarstwie z roku na rok jest coraz lepsza. Nadal nie jest idealnie i może nawet do tego daleko. Można pytać też, dlaczego dzieje się to tak późno. Najważniejsze jednak, że pojawia się wizja i wzorce, z których PZN chce czerpać. Nawet jeśli dzisiaj mało realnie wyglądają szanse na dorównanie krajowi fiordów. Z tych zapowiedzi rozliczać działaczy będziemy za kilka lat.

Na igrzyskach w Pekinie głównie spoglądać będziemy jednak wciąż na "Ultra Marynę", która szansę medalową postara się wykorzystać w gigancie. Ten zaplanowany został na 7 lutego. Poza tym polska nadzieja wystartuje prawdopodobnie w supergigancie i kombinacji. Na 95 proc. będzie mogła też powalczyć w zawodach drużynowych. W nich udział biorą dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Dzięki świetnej postawie Gąsienicy-Daniel w Pucharze Świata i punktom Magdy Łuczak, Polska jest trzynasta w klasyfikacji Pucharu Narodów. To dlatego nasza drużyna będzie mogła zadebiutować w tych widowiskowych zmaganiach. I dzięki temu w Pekinie pojawi się aż dwóch naszych alpejczyków. Oby za cztery lata była to głównie zasługa ich znakomitych wyników. 

Więcej o: