MŚ w narciarstwie alpejskim. Trach, i po Lindsey Vonn

Goniła Tinę Maze, ale po fatalnym upadku w supergigancie na MŚ Amerykanie drżą, czy wykuruje się na igrzyska w Soczi

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na smartfony

Od początku w Schladming wszystko szło nie tak. Najpierw górę Planai spowiła gęsta mgła i organizatorzy 13(!) razy przekładali rozpoczęcie supergiganta, pierwszej konkurencji MŚ. Start zaplanowali na 11, ostatecznie alpejki ruszyły dopiero o 14.30. Już po kilkunastu minutach zawody jednak przerwano, bo w środkowej części mokrego od deszczu stoku wywróciła się osoba z obsługi trasy. Tak fatalnie, że potrzebny był helikopter, żeby przewieźć ją do szpitala.

Gdy wydawało się, że wreszcie zapanuje względny spokój, śmigłowiec musiał wrócić. Jadąca z 19. numerem startowym Amerykanka Lindsey Vonn, czyli główna faworytka do złota, przewróciła się w górnej części trasy tak fatalnie, że helikopterem odleciała do szpitala. Upadła tuż po skoku, bo przy lądowaniu uciekła jej prawa narta. Trudno ocenić, czy to efekt błędu, czy raczej grząskiego śniegu i pecha. Amerykanka poleciała głową do przodu i przekoziołkowała, a potem przez kilka minut leżała nieruchomo w otoczeniu służb medycznych. "Wygląda na poważną kontuzję kolana" - od razu zawyrokowali alpejscy eksperci. Wieczorem okazało się, że Amerykanka naderwała lub zerwała więzadła krzyżowe. Na pewno nie wystartuje już w tym sezonie, ma równo rok, by wykurować się i zdążyć przygotować do startu na igrzyskach w Soczi. Jeśli więzadła są zerwane, czeka ją co najmniej pół roku przerwy w treningach.

- To nie jest trudna technicznie trasa, ale widoczność na górze była słaba, ledwo widziałyśmy, gdzie jedziemy - mówiła Szwajcarka Fabienne Suter. Kilka innych alpejek, m.in. typowana do medalu Niemka Maria Höfl-Riesch, nie dojechało do mety, bo nie trafiało w bramki, co w supergigancie zdarza się bardzo rzadko.

Gdy Vonn się przewracała, na mecie z najlepszym czasem stała już uśmiechnięta Słowenka Tina Maze, która zdominowała w tym sezonie Puchar Świata. W momencie wywrotki Amerykanka traciła do niej 0,12 s, ale przed sobą miała jeszcze dwie trzecie dystansu i mogła odrobić stratę. Maze oglądała upadek na telebimie, a jej twarz w ciągu sekundy przeobraziła się z uśmiechniętej w skrajnie przerażoną. - Bardzo mi przykro, to był straszny wypadek, ale wydaje mi się, że Lindsey za bardzo zaryzykowała - oceniła Słowenka, która - jak się później okazało - zdobyła drugi w karierze złoty medal MŚ po zwycięstwie w gigancie dwa lata temu w Garmisch. Srebro wywalczyła Lara Gut (0,38 s straty), młoda szwajcarska specjalistka od konkurencji szybkościowych, a brąz - Amerykanka Julia Mancuso (0,52), której zazwyczaj ciężko wyjść z cienia sławniejszej koleżanki. Po starcie 37 zawodniczek zawody przerwano, bo na stoku zapadły ciemności. 22 alpejki w ogóle nie wystartowały, w tym trzy Polki. Taka procedura jest zgodna z przepisami, bo większość zjechała.

Dramat Vonn to też ogromny cios dla MŚ, bo rywalizacja Amerykanki z Maze miała być ich największą atrakcją. Vonn to czterokrotna zdobywczyni Kryształowej Kuli, tylko trzy zwycięstwa dzielą ją od pobicia rekordu wszech czasów - 62 zwycięstwa w PŚ Austriaczki Annemarie Moser-Pröll. Im bliżej rekordów, tym bardziej prześladuje ją jednak pech. Po kłopotach osobistych i rozwodzie z mężem zachorowała - jej jelita zaatakował zjadliwy wirus. Dopiero po przyjeździe do Schladming mówiła, że znów czuje się mocna.

Rośnie szansa na zdobycie przez Maze pięciu medali, bo Słowenka należy do czołówki w każdej konkurencji. Najmniej pewnie czuje się w zjeździe, gdzie faworytką była właśnie Amerykanka.

Dziś o godz. 11 na MŚ zaplanowano supergigant mężczyzn. Głównym faworytem jest Norweg Aksel Lund Svindal.

Relacje w Eurosporcie i TVP Sport

Więcej o: