Biegi narciarskie. Justyna Kowalczyk: Teraz będzie pod górkę

Rok temu byłam słabsza fizycznie, ale biegło mi się łatwiej. Znowu chcę wygrać, ale już wiem, jaką cenę trzeba za to będzie zapłacić, i dlatego ciężko to znoszę - mówi liderka Tour de Ski

Najbardziej prestiżowa rywalizacja po igrzyskach i mistrzostwach świata kończy się w niedzielę. Prowadząca po czterech wyścigach Justyna Kowalczyk ma dużą szansę na powtórzenie sukcesu sprzed roku, co dotąd nie udało się nikomu. Trwają właśnie piąte zawody cyklu - sprint na 1,2 kilometra. Relacja na żywo - tutaj.

Robert Błoński: Bardzo jest pani zmęczona na półmetku Tour de Ski?

Justyna Kowalczyk: Bardzo. Najbardziej dostałam w kość w poniedziałkowym biegu łączonym. Wtorek poświęciłam więc na regenerację, byłam na odnowie biologicznej i w saunie. Jest ciężko, ale dzięki wolnym dniom przeżyję. Odpocznę jeszcze w piątek.

Stary rok skończyła pani zwycięstwem w prologu techniką dowolną, nowy zaczęła od wygranej na 10 km klasykiem. Później było drugie miejsce w sprincie i piąte w biegu łączonym.

- Prologu w Oberhofie nigdy nie wygrałam, nie jestem specjalistką od łyżwy. 200 m przed metą wiedziałam, że mam prawie sekundę straty do Szwedki Kalli. Biegłam pod wiatr i, choć przyspieszyłam, pomyślałam, że nic z tego nie będzie. Na mecie byłam zdziwiona, kiedy okazało się, że wyprzedziłam Szwedkę o półtorej sekundy. Ale też bez przesady, nie była to wielka sensacja. Mój trener Aleksandr Wierietielny od początku sezonu powtarza mi, że jestem mocna w "łyżwie". Szybkości nigdy mi nie brakowało. Kalla jest świetna technicznie i tym się różnimy. W klasyku pobiegłam na miarę swoich możliwości, nie oglądając za siebie.

To był bieg pościgowy, ruszyła pani na trasę pierwsza z niewielką przewagą nad rywalkami, ale szybko pozbawiła je pani złudzeń.

- Nie tylko z biegów, ale i z kolarstwa wiadomo, że w peletonie jest łatwiej. Samemu człowiek bardziej się męczy. Długie minuty w samotności kosztowały więc sporo mój organizm. Pierwszą pętlę pobiegłam tylko na miarę swoich możliwości. Nie narzuciłam szaleńczego tempa, żeby sprawdzić, co zrobią rywalki. Trener i serwismeni cały czas mieli mi mówić, czy przewaga się zwiększa, czy zmniejsza. Na podstawie wyników oraz samopoczucia miałam zdecydować - zwalniam i czekam na grupę czy do mety biegnę sama. Drugi wariant był ryzykowny, ale gdy na koniec pętli miałam 19 sekund przewagi, postanowiłam biec sama. W pewnym momencie sekund było prawie 40. Dwa kilometry przed metą Mateusz Nuciak przekazał mi informację od trenera, żebym przestała szarżować. Nie finiszowałam więc i skończyło się na 27 sekundach. W Tourze samotne biegi nie zdarzają się często. Kiedyś próbowała tego będąca wówczas w świetnej formie Virpi Kuitunen, ale nawet jej się to nie udawało.

Niedzielny sprint klasykiem był popisem Petry Majdić. Wygrała w wielkim stylu po raz pierwszy od igrzysk, na których upadła i połamała żebra.

- To był kapitalny występ Petry. Ja walczyłam na miarę swoich możliwości. A nawet chyba powyżej, bo w poniedziałek miałam zakwasy jak juniorka. Już nie pamiętam, kiedy po zawodach tak mnie "zakwasiło" - bolały uda i odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Technicznie i taktycznie Petra pobiegła świetnie każdy wyścig. Przegrywać w takim stylu z taką rywalką to dla mnie żadna ujma. Mogłam tylko patrzeć i uczyć się od niej. Cieszę się z wygranej Słowenki, bo jej potrzebowała. Tak jak i mnie potrzebne było zwycięstwo w Oberhofie. Byłam bardzo zmotywowana, chodziło o to, aby poczuć się pewniej psychicznie. Walka w Tourze idzie na całego. Mówiliśmy, że będą zwycięstwa, ale przyjdą też słabsze dni. Taki miałam w poniedziałek. Od rana czułam, że będzie gorzej, ale wygrzebałam się, i to w nie najgorszym stylu.

Gorszym nazwała pani start, po którym o ponad pół minuty zwiększyła przewagę w klasyfikacji generalnej TdS.

- Starałam się wygrywać lotne premie i zgarniać dodatkowe sekundy. Na podbiegu łyżwą walczyłam ze Szwedkami Kallą i Haag, jakby to był finisz. Przynajmniej ja się tak poczułam, bo po tej premii miałam wszystkiego serdecznie dosyć i najchętniej odpięłabym narty. Wiele osób może uznać ten bieg za słaby, a wynik poniżej oczekiwań. W Tour de Ski chodzi jednak o to, żeby powiększać przewagę, kiedy tylko jest to możliwe.

Trudno było spodziewać się czegoś innego niż pani dobrych biegów. W Tour de Ski nie ma Marit Bjorgen, która zdominowała początek sezonu, wygrywając wszystko. Pani, jako jedyna, dotrzymywała Norweżce kroku, więc pod jej nieobecność każdy widział faworytkę w Justynie Kowalczyk.

- W prologu liczyłam na podium, bo fizycznie czuję się mocna, Myślałam tylko, że psychicznie nie dam rady. To nie mój dystans i nie moja technika. 10 klasykiem? To ....no, co tu dużo mówić. Moja konkurencja. Sprint? Wiedziałam, że jeśli z kimś przegram, to tylko z Petrą. Bieg łączony, który był w poniedziałek, bardzo lubię. Mam parę sukcesów...

...jest pani mistrzynią świata z Liberca z 2009 roku i brązową medalistką olimpijską z Vancouver.

- Tak, ale to były biegi łączone na 15 km, a w poniedziałek startowałam na 10. 5 kilometrów zabrakło mi w poniedziałek. Na dłuższym dystansie jest inna taktyka i inne tempo. Więcej okazji i czasu, żeby zgubić dobre na finiszu łyżwiarki. W poniedziałek też chciałam być na podium, ale się nie udało. Przynajmniej okazało się, że jestem normalną dziewczyną, która też ma słabsze dni. Nikomu nie mam zamiaru udowadniać, że jestem z żelaza. Czasem będzie lepiej, czasem gorzej i trzeba się do tego przyzwyczaić.

Da się porównać start w tegorocznym Tour de Ski do poprzedniego, który pani wygrała?

- W tamtym roku biegało mi się lżej psychicznie, choć byłam słabsza fizycznie. Inaczej się biegnie, kiedy chce się wygrać, a inaczej, kiedy wszyscy dookoła tej wygranej oczekują. Oczywiście w tym roku też chcę wygrać, ale wiem, ile wysiłku to kosztuje. W ubiegłym nie wiedziałam i lżej wszystko zniosłam. Nie chodzi o to, że nie mam siły, tylko psychicznie bardziej się męczę. Inaczej się walczy o 12. miejsce, a inaczej, kiedy wszyscy widzą mnie w roli murowanej faworytki. Dziennikarze zawsze kogoś takiego potrzebują, a my z trenerem nieraz przekonaliśmy się, jaki potrafi być sport i jak często murowani kandydaci do zwycięstwa przegrywają. Istniej coś takiego jak choroba, kobiece organizmy działają różnie, są osłabiane przez różne czynniki, czasem siada psychika albo któraś z rywalek ma rewelacyjne dziesięć dni jak Kalla trzy lata temu, kiedy była nie do pokonania. Sport jest piękny, bo nieprzewidywalny. Pierwsze dwa wygrane biegi, nadmuchały balon oczekiwań do niebywałych rozmiarów, więc może i dobrze, że przydarzyło się to piąte miejsce? Na półmetku mam przewagę, ale przede mną wciąż cztery biegi. Za mną starty, dystanse i style bardziej mi odpowiadające. Teraz będzie pod górkę. W przenośni i dosłownie, bo w niedzielę podbieg na Alpe Cermis. Jeszcze nie rozdawajmy medali.

Śni się pani już Alpe Cermis?

- Raz na tydzień przez cały rok. Sprint łyżwą, który czeka mnie w Toblach, jest w moim wykonaniu loterią. Bywa piękny, a bywa kiepski. Mam nadzieję, że ten środowy będzie przynajmniej średni. Pobiegnę maksymalnie skoncentrowana, bo za zwycięstwo jest 60 sekund bonifikaty. Nie mówię, że wygram, bo to mało prawdopodobne. Najważniejsze, aby jak najmniej sekund stracić. Fajnie, gdyby wygrały sprinterki, czyli Randall albo Follis, a nie dziewczyny, z którymi będę walczyć w niedzielę pod górę. Optymistyczne scenariusze, które sobie układam, nie zawsze się sprawdzają, więc najbardziej liczę na siebie i swoją moc, a nie na słabość rywalek. W czwartek bieg pościgowy na 15 km łyżwą po normalnej, wymagającej pętli w Toblach. W sobotę w Val di Fiemme 10 km klasykiem. Od dawna próbuję odczarować to miejsce, ale jakoś mi się nie udaje. Rok temu tam się przewróciłam. Czas najwyższy przełamać fatum. W niedzielę Alpe Cermis - w zależności od wyników postaramy się z trenerem ułożyć odpowiednią taktykę. I, jeśli ciało nie odmówi posłuszeństwa, będę walczyła o wszystko.

Więcej o: