Kontrolerzy dopingowi odwiedzili Norweżki podczas trwającego właśnie zgrupowania wysokogórskiego w Val Senales i dla wracającej po urlopie macierzyńskim Marit Bjorgen to była pierwsza kontrola od marca 2016, czyli od siedmiu miesięcy. A przed marcem poprzednią kontrolę miała gdy była jeszcze w ciąży (syna Mariusa urodziła w grudniu 2015).
Jak wynika ze słów Norweżki w rozmowie z "Verdens Gang", tamta kontrola była jedyną podczas ostatnich miesięcy ciąży. To oznacza, że najlepsza narciarka ostatniego dziesięciolecia była przez ostatnich kilkanaście miesięcy badana tylko trzy razy. Mimo że od początku zapowiadała, że będzie chciała po urodzeniu dziecka wrócić jak najszybciej do sportu. Nie miała żadnego testu podczas letnich przygotowań do sezonu, czyli wówczas, gdy biegacze narciarscy trenują najciężej. I teoretycznie właśnie wtedy najbardziej potrzebują dopingu by szybciej się regenerować. - Może to dlatego, że mieliśmy rok letnich igrzysk i kontrolerzy antydopingowi skupili się na kontrolowaniu olimpijczyków. Ja chcę być kontrolowana tak często jak się da - mówi Bjoergen "VG".
Wcześniej wyszło na jaw, że Therese Johaug, najlepsza narciarka ostatnich dwóch sezonów nie miała badań przez 129 dni najtrudniejszych przygotowań: od początku maja - wtedy narciarze wracają po wolnym kwietniu do ciężkiej pracy - aż do połowy września, gdy podczas niezapowiedzianego testu w domu, w Oslo, wykryto u Johaug zakazany clostebol. Dwie najlepsze Norweżki miały wolne od testów akurat to lato, które w Norwegii upłynęło pod znakiem medialnych sensacji o przedawkowaniu leku na astmę przez Martina Johnsruda Sundby'ego i o nakłanianiu do brania leków na astmę zdrowych biegaczy z męskiej kadry. Dla porównania: Justyna Kowalczyk, mimo że od dwóch lat nie jest już w ścisłej światowej czołówce, miała od końca ostatniego sezonu do października, jak wynika z naszych informacji, pięć testów w trzech podejściach: dwa pobrania moczu oraz krwi do paszportu biologicznego i jedno pobranie moczu. A w tych latach, gdy była w czołówce, rzadko się zdarzał miesiąc bez choćby jednego niezapowiedzianego testu.
Informacje o tak długich przerwach w testach uderzają nie tyle w norweskich biegaczy - to nie ich wina - co w wiarygodność Międzynarodowej Federacji Narciarskiej. Nie ma skutecznej walki z dopingiem bez testowania z zaskoczenia. Zwłaszcza podczas przygotowań, a nie w okresie startowym. Zawodnicy wracający do sportu po przerwie na urodzenie dziecka lub długiej przerwie na leczenie kontuzji powinni być teoretycznie brani jeszcze mocniej pod lupę, bo muszą odrabiać treningowe zaległości.
Kontrole przy okazji zimowych startów są częste i wtedy najlepsi - czyli ostatnio głównie Norwegowie i Norweżki - są badani nawet po dwa, trzy razy w jeden weekend, bo ścisła czołówka każdego biegu trafia na testy z urzędu. Ale system kontroli wyrywkowych nadal, jak widać, działa słabo i po uważaniu.
O karierze Justyny Kowalczyk i historii biegów narciarskich przeczytaj w książce >>
Czterokrotna mistrzyni olimpijska kończy karierę! Oj, będziemy tęsknić [ZDJĘCIA]