PŚ w biegach. Trener Norweżek: Chcę wielkiej walki moich dziewczyn z Kowalczyk i Kallą

- Jeśli zbliża się bieg i Marit Bjoergen się nie denerwuje, to znaczy że będzie źle. Ona nie znosi porażek. Nawet przy grze w karty. Chcemy tej zimy zdobyć trochę złota dla Norwegii. Ale przede wszystkim chcę wielkiej walki moich dziewczyn z Justyną Kowalczyk i Charlotte Kallą - mówi Sport.pl trener Norweżek Egil Kristiansen. W sobotę początek Pucharu Świata w biegach. O godz. 13 rozpocznie się sprint stylem klasycznym. Relacja na żywo na Sport.pl.

Paweł Wilkowicz: Jak się trenuje Real biegów? Ma pan w kadrze prawie same mistrzynie olimpijskie i świata, gwiazdy, milionerki, różne osobowości, w różnych punktach karier. Żeby Marit Bjoergen i Therese Johaug pracowały zgodnie, trzeba być jako trener ojcem, kolegą, psychologiem?

- Trzeba to wszystko łączyć. Czasem rzeczywiście czuję się jak ojciec. Może lepiej - jako ten drugi ojciec każdej z nich. Staram się rozmawiać z każdą z nich. O wszystkim. Dbać o całość, ale też nikogo nie zaniedbać indywidualnie. Bardzo trudno jest zbudować grupę i tak nią kierować, żeby szła w jednym kierunku. I trzeba tego doglądać codziennie. Jeśli to zaniedbasz, to zespół ci się rozejdzie w rękach. Szybciej, niż to sobie wyobrażasz. Dziewczyny muszą widzieć i wierzyć, że razem są silniejsze. Inaczej będzie po sprawie.

Jak to się robi?

- Ważne, żeby mówić językiem, który one zrozumieją. Czasem każdej z osobna trzeba to samo powiedzieć inaczej. Trzeba bardzo uważać na słowa. I trzeba słuchać. A potem umieć podjąć decyzję. Ja zawsze wysłuchuję racji wszystkich stron, ale przychodzi taki moment, gdy trzeba postanowić. A nawet uderzyć pięścią w stół. One proponują różne rozwiązania, ale ja tu jestem przywódcą i moim obowiązkiem jest powiedzieć: dobrze, to wybieram tę drogę. I od tej pory koniec dyskusji na ten temat.

A one się potulnie godzą?

- Musiałem na to zaufanie zapracować. Przejąłem bardzo dobrą grupę, ale z problemami. Jednym z nich było np. to, że niektóre dziewczyny miały swoich trenerów. Akceptowałem to przez rok, dwa. A potem powiedziałem, że jeśli mam pozostać trenerem kadry, to koniec z tym. Tutaj rządzę tylko ja. To jest bardzo ważne.

I jest receptą na medialne konflikty z tymi trenerami, którzy zostali odsunięci na bok.

- To prawda. Trochę tych konfliktów miałem, ale nie za dużo. Oczywiście, media uznawały to za bardzo zabawne, że mogą te konflikty ze szczegółami opisywać.

Jest w Norwegii ponad 20 prywatnych zespołów biegowych. Taki prywatny zespół ma Petter Northug, za nim idą inni, skuszeni wizją swobody, pieniędzy. Pana dziewczyny nie chcą założyć swoich zespołów?

- Nie. Myślę, że nawet tego nie rozważały. Chociaż miały propozycje z niektórych zespołów założonych przez chłopaków. Ale one wiedzą, że nigdzie im nie będzie lepiej. Mamy znakomity zespół dziewczyn, ale też równie dobry zespół wokół dziewczyn. Staramy się, by były otoczone ludźmi, którym ufają na sto procent. I to w tej grupie powinny szukać rozwiązania swoich problemów. Problemów każdego rodzaju. Staramy się, żeby tak było. Mamy swój system wczesnego reagowania, staramy się brać byka za rogi, nie odkładać żadnego problemu na później. Jeśli któraś z dziewczyn nie chce zwierzyć się mnie, to może porozmawiać z fizjoterapeutą. Ważne, by mówiły.

I mówią panu?

- Myślę, że prawie wszystko. A cały czas są jakieś problemy do rozwiązania. Nigdy nie było lepiej być biegaczką i biegaczem narciarskim. Płyną pieniądze wcześniej niewyobrażalne, zawodnicy są rozchwytywani przez sponsorów i media. Ale to też jest wyzwanie: gdzie postawić tamę? A to tylko początek listy problemów do rozwiązania. Ktoś ma kontuzję, ktoś ma kryzys. To może nie są załamania tak poważne jak to, które przeżywała Justyna Kowalczyk, ale zdarzają się. Mieliśmy też niedawno tragedię w zespole, gdy podczas igrzysk w Soczi zginął brat Astrid Jacobsen. Był naszym sparingpartnerem, kolegą. To były moje najtrudniejsze chwile jako trenera. Wiadomość dotarła do nas w piątek, w sobotę był bieg łączony. Wróciłem ze spotkania zespołów, a cała drużyna siedziała w pokoju Astrid, na jej łóżku, i płakała razem z nią. Nie wiedziałem, jak mam to wszystko pozbierać, żeby dziewczyny pobiegły na drugi dzień. Wtedy rodzice Astrid powiedzieli jej, że ona też powinna pobiec. I Astrid uznała, że tak zrobi. Powiedzieliśmy sobie: mamy bieg, zajmijmy się nim najlepiej, jak potrafimy, a po nim znów usiądziemy i będziemy płakać.

Pana zawodniczki założyły wtedy opaski żałobne. I dostały za to reprymendę od MKOl. Można po czymś takim stracić wiarę w igrzyska, w sport.

- My wtedy o sporcie nie myśleliśmy. Po prostu każdy starał się wykonać swój obowiązek.

To ta tragedia w zespole, a nie problemy ze smarowaniem nart, była przyczyną niektórych słabszych biegów na igrzyskach?

- Dramat Astrid był ogromnym wyzwaniem. Ale smarowanie też było problemem.

Soczi było sukcesem czy porażką?

- Zdobyliśmy cztery złote medale. Był sukces. Ale igrzyska były dla nas bardzo trudne.

Przez ostatnie lata właściwie tylko Justyna Kowalczyk potrafiła regularnie wygrywać z pana biegaczkami. Zdobywaliście złote medale workami. Trudno z każdym kolejnym rokiem czuć taki sam głód wygrywania.

- Nie, to nie jest problem. Dziewczyny się cały czas nawzajem podciągają w górę. Weźmy Marit. Ona nie znosi przegrywać. Opiekuje się dziewczynami, jest bardzo serdeczna i uśmiechnięta. Ale ja wiem, jak ona nienawidzi przegrywać. Nieważne, czy na treningu czy w zawodach. Nawet gdy gramy w karty, Marit musi wygrać. Gdy zbliża się start, jest nerwowa. Po tylu latach i tylu zwycięstwach! Jeśli zbliża się bieg i Marit się nie denerwuje, to znaczy, że będzie źle. Ona nigdy nie jest wygrywaniem ani zmęczona, ani nasycona. Mogłaby już odpuścić, liczyć medale, pieniądze, sponsorów, ale chce być coraz lepszą narciarką.

Może być jeszcze lepsza? Pan ją jeszcze w ogóle może czegoś nauczyć?

- Oczywiście. Każdego dnia. Zwłaszcza jeśli chodzi o technikę. Tego trzeba cały czas pilnować, bo inaczej zawodniczka się cofa. Do starych nawyków. Do tego, co łatwiejsze dla ciała. Każda, Marit też.

A po Justynie Kowalczyk czego się pan spodziewa tej zimy?

- W stylu klasycznym ma tak wielkie umiejętności, że jestem pewien: dalej będzie bardzo mocna. I trenowaliśmy bardzo ostro, żeby z nią rywalizować. Stylu łyżwowego Justyny nie jestem pewny. Były z nim problemy. Wiem, że w pracy doktorskiej zajmowała się między innymi stylem łyżwowym. Ale może jest mocniejsza w teorii niż w praktyce.

Wrócił przed tym sezonem temat astmy: Marit powiedziała w wywiadzie dla norweskiej agencji antydopingowej, że bez swojego leku nie byłaby numerem jeden na świecie. Pan by się pod tym podpisał?

- Nie muszę się podpisywać, bo się na tym nie znam, to jest sprawa między Marit i lekarzami. Ja nie uważam, żeby ta wypowiedź była warta jakiegoś wielkiego zamieszania. Marit mówiła o swoim leku już nieraz.

W kadrze jest więcej osób z astmą?

- Tak.

Therese Johaug?

- Nie, nazwisk nie mogę podawać, bo to nie jest moja sprawa, tylko lekarzy. Marit mówi o tym otwarcie, tłumaczy, po co jej był ten lek, dlaczego jest tak ważny. Ale każda zawodniczka ma prawo podchodzić do tego inaczej.

Ale to nie było tak, że w drużynie się narodził pomysł: trzeba się przebadać dokładnie, bo może jest jakiś problem i z lekami będzie łatwiej?

- Chodzi znów o astmę? Może pan jednak powinien o tym raczej porozmawiać z lekarzami, nie ze mną. Ja naprawdę się na tym nie znam. I nie sądzę, że to astma była wcześniej głównym powodem nieudanych startów Marit, np. na mistrzostwach świata w Sapporo i Libercu (w 2007 i 2009 roku - red.). Były inne przyczyny. Marit trenowała wtedy inaczej, nie była w dobrej formie. Częścią problemu był jej poprzedni trener, Svein Tore Samdal.

Marit dobiegnie do igrzysk w Pyeongchang?

- Naprawdę nie wiem.

A nie ma pan czasem wrażenia, że nieważne, jak długo będzie biegać, zawsze będzie najlepsza w drużynie?

- Ona jest na tak wysokim poziomie, że wystarczy, że go utrzyma, a zawsze będzie wśród najlepszych. Ale jeśli przyjdzie taki czas, że nie będzie już w stanie skupić całej uwagi na sporcie, odejdzie bez zwłoki. Jestem tego pewien.

Marit zaatakuje Tour de Ski w tym roku czy w przyszłym, w sezonie bez mistrzostw świata?

- Na pewno wystartuje w tym sezonie w Tourze. To jedyne trofeum, którego jej brakuje, a wiem, że stać ją na zwycięstwo, jeśli wyciśnie wszystko z tych etapów przed finałową wspinaczką. Gdy ostatni raz przegrała na Alpe Cermis z Justyną, to przyczyną były właśnie straty na pierwszych etapach. Marit musi ruszać na wspinaczkę z przewagą, bo jest kilka dziewczyn, które wspinają się lepiej od niej. Choć ona też to potrafi, tylko musi mieć dobry dzień.

A co się zdarzy w mistrzostwach świata w Falun?

- Będą tłumy na trybunach, Charlotte Kalla będzie bardzo mocna. A my, mam nadzieję, będziemy mieli drużynę na tyle mocną, że znajdą się w niej dziewczyny na złoto.

To prawda, że Marit, tak jak Charlotte Kalla, odpuści w Falun sprint klasyczny, czyli jedną z tych konkurencji, które sobie szczególnie upatrzyła Justyna?

- Być może. Bliżej mistrzostw ocenimy, czy trzeba coś wykreślić z planów, czy wystartować w każdym biegu. Decyzja jeszcze nie zapadła. To będą bardzo trudne mistrzostwa. Chcemy zdobyć trochę złotych medali dla Norwegii. Ale chcę też, żeby walka moich dziewczyn z Justyną i Charlotte była wielka. Bo to jest w końcu w sporcie najważniejsze.

Egil Kristiansen (rocznik 1966) jest w biegach narciarskich najbardziej utytułowanym trenerem ostatnich lat. Kiedyś biegacz, olimpijczyk z Lillehammer z 1994 roku, ale bez indywidualnych sukcesów. W norweskiej kadrze kobiet pracuje od 2006 roku. Wyprowadził Marit Bjoergen z kryzysu formy, zbudował najlepszy zespół w biegach, w ostatnich dwóch igrzyskach jego zawodniczki zdobyły siedem złotych medali. O kulisach kariery Justyny Kowalczyk i historii biegów narciarskich przeczytaj w książce >>

Zobacz wideo
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.