MŚ w narciarstwie klasycznym. Kowalczyk zbiera siły, lukstorpeda Bjoergen pędzi po kolejne złoto

- Ekipa Norweżek jedzie do przodu jak lukstorpeda. Dobrze, że Justyna Kowalczyk zbiera siły na 30 km ?klasykiem?, bo tu nic by nie zdziałała - mówi prof. Szymon Krasicki przed biegiem na 10 km stylem dowolnym na MŚ w Val di Fiemme. - W sensie fizjologicznym Kowalczyk nie jest już tą zawodniczką co kilka lat temu - dodaje dr Krzysztof Mizera. Transmisja o godz. 12.45 w TVP 1 i Eurosporcie. Relacja na żywo w Sport.pl

Po szóstym miejscu w sprincie stylem klasycznym i piątej pozycji w biegu na dochodzenie (7,5 km "klasykiem + 7,5 km "łyżwą") Kowalczyk zrezygnowała z walki na dystansie 10 km stylem dowolnym. Nasza mistrzyni w tej specjalności nie czuje się dobrze, mimo że nieco ponad tydzień temu zajęła w niej drugie miejsce w zawodach Pucharu Świata w Davos.

Przykro patrzeć

- Jestem przekonany, że Justyna i trener Aleksander Wierietielny podjęli dobrą decyzję. To prawda, że w Davos nasza biegaczka spisała się bardzo dobrze, ale w Val di Fiemme idzie jej gorzej, poza tym wiemy, że podczas biegu "łyżwą" bolą ją piszczele, a w takim przypadku nie ma co nastawiać się na walkę z Norweżkami, bo nic się nie zdziała - ocenia były trener kadry polskich biegaczek Szymon Krasicki.

Profesor krakowskiej AWF nie kryje, że jest pod wrażeniem formy, jaką w Val di Fiemme prezentują Marit Bjoergen, Therese Johaug i ich rodaczki. - Pod nieobecność Justyny chciałoby się życzyć komuś innemu, żeby pokonał Norweżki, ale to raczej nierealne. Niby niezły wynik może uzyskać Charlotte Kalla, bo to mistrzyni olimpijska w tej specjalności, ale tak naprawdę trudno w nią wierzyć, skoro w sobotę w biegu łączonym bardzo szybko straciła kontakt z czołówką, kiedy po "klasyku" trzeba było biec "łyżwą" - analizuje Krasicki. - Cóż, to pokazuje, że bardziej od techniki liczy się siła, a dziś zdecydowanie najsilniejsze są Norweżki. Ich ekipa to lukstorpeda, do której we wtorek raczej nikt się nie zabierze. Byłoby dobrze, gdyby chociaż jednej zawodniczce z innego kraju udało się wejść na podium, ale trudno uwierzyć, że Kalla, jej rodaczka Emma Wiken albo ktokolwiek inny będzie w stanie to zrobić - dodaje.

Według byłego trenera faworytką do złota jest ta, która wygrywała oba poprzednie indywidualne starty w Val di Fiemme. - To, co Bjoergen pokazała na ostatnim podbiegu w sobotę, gdy skontrowała naciskającą Johaug, było imponujące. Poszła do przodu jak maszyna. Jeśli nie stanie się nic dziwnego, zdobędzie we Włoszech swoje trzecie złoto - mówi Krasicki.

Bjoergen już teraz jest największą wygraną mistrzostw. Kilka dni przed nimi, gdy wyraźnie przegrała z Kowalczyk w sprincie stylem klasycznym w Davos, a w niedzielę wycofała się z biegu na 10 km "łyżwą", wydawało się, że w Val di Fiemme norweska królowa będzie biegała w cieniu Polki. - Przykro się to ogląda, wielka szkoda, że po Davos całkiem nam się to wszystko odwróciło - mówi Krasicki.

Jakie bodźce dla Kowalczyk?

Powodów wahań formy Kowalczyk szuka fizjolog pracujący m.in. z kadrą polskich kolarzy. - Nie wiemy, jak dokładnie trenuje Justyna, ale jasne jest, że od lat trzyma się stałego, już sprawdzonego cyklu przygotowawczego - mówi dr Krzysztof Mizera. - Trzeba pamiętać, że stały cykl nie musi się sprawdzać zawsze. Organizm każdego sportowca się starzeje, eksploatuje. Justyna Kowalczyk nie jest już tą samą zawodniczką w sensie fizjologicznym jak trzy czy cztery lata temu. Zdarza się, że po jakimś czasie organizm potrzebuje nowych bodźców, że na stare, sprawdzone już nie reaguje tak dobrze. Może właśnie w tym roku był czas na zmiany, ale ich nie wprowadzono - tłumaczy fizjolog.

Inny punkt widzenia prezentuje Krasicki. Według niego problemem Kowalczyk jest właśnie zmiana. Ta nastąpiła w kalendarzu Pucharu Świata. - Wiemy, że Justyna dochodzi od najwyższej formy poprzez częste starty. Przed mistrzostwami było ich mało, zawody Pucharu Świata odbywały się co dwa tygodnie, a nie jak w ubiegłych latach tydzień w tydzień. Ta zmiana dla Justyny na pewno znaczyła bardzo dużo - tłumaczy profesor.

Tego, że przed sobotnim biegiem na 30 km "klasykiem" naszej mistrzyni zabraknie mocnego treningu w postaci wtorkowego startu, Krasicki się nie obawia. - Po tym biegu "łyżwą" Justynie nasiliłby się ból piszczeli i jej samopoczucie byłoby pewnie jeszcze gorsze, a presja przed "trzydziestką" jeszcze większa. Teraz Justyna zbiera siły, w czwartek pobiegnie w sztafecie i właśnie mocne pokonanie pięciu kilometrów "klasykiem" będzie dla niej idealnym, mocnym bodźcem przed sobotnim biegiem o wszystko - przekonuje Krasicki. - Przed nim trzeba zapomnieć o Davos. Ono zaświeciło nam bardzo mocnym światłem, ale w ostatnich dniach przekonaliśmy się, że biegi narciarskie to inny sport niż biegi lekkoatletyczne, że tu o wyniku decyduje więcej czynników, że choćby trasy są w każdym miejscu inne, a nie wszędzie takie same. Teraz zostało nam oczekiwanie i wiara, że na 30 km Justyna wywalczy to, na co zasługuje - kończy profesor.

Więcej o: