Biegi narciarskie. Kowalczyk spokojna. Tak miało być

Kuusamo jak zwykle balsamem po nieudanym początku sezonu. Justyna Kowalczyk była druga w Ruka Triple. To jej pięćdziesiąte podium PŚ w karierze.

Wygrała bezkonkurencyjna Marit Bjoergen. Norweżka jest niepokonana od początku sezonu, wygrała wszystkie wyścigi. Biega jakby w innej lidze, nokautuje rywalki. W niedzielę po raz pierwszy w sezonie za jej plecami pojawiła się Polka, która jak zwykle zaczęła zimę słabo, ale będzie rozkręcać się ze startu na start. To nie jest szczyt możliwości, jej celem są złote medale MŚ w Val di Fiemme. Patrząc wstecz, ale też słuchając Justyny oraz jej trenera Aleksandra Wierietielnego, można uwierzyć, że w tym sezonie Polka nie zawsze będzie oglądać plecy Bjoergen. - To nie jest jeszcze moje najlepsze bieganie - zapewniała Kowalczyk w Kuusamo.

Polka, która zawsze startami dochodzi do optymalnej formy, po raz pierwszy pokazała moc, choć ciągle powtarza, że najwyższa forma dopiero przed nią. - Pierwsze dwie pętle biegłam na zupełnym luzie. Daleko było do stu procent możliwości - opowiadała. Dzięki temu na ostatnim podbiegu z łatwością odjechała Norweżkom Weng i Johaug. Przewaga byłaby większa, gdyby nie sypiący z nieba gęsty śnieg, który zasypał tory i zatrzymał Polkę.

- Rozkręcam się ze startu na start, między 27. miejscem w Gaellivare a drugim teraz jest przepaść. Ale przez te kilka dni nie zrobiłam szalonego postępu, po prostu klasyk to mój styl - mówiła na mecie. - Jestem pewna, że w klasyku to będzie dobry sezon, łyżwy już tak pewna nie jestem. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. W tym momencie biegi narciarskie są na takim poziomie, że - jeśli chce się coś wygrać - trzeba znaleźć swoją specjalizację. Łyżwa będzie mi więc służyć do wyścigów etapowych jak Ruka Triple czy Tour de Ski.

Właśnie na Tourze, który rozpoczyna się 29 grudnia w Oberhofie, Kowalczyk i Bjoergen spotkają się ponownie w Pucharze Świata. W poniedziałek Polka leci na kolejne starty do Kanady, Norweżka odpuszcza wyjazd do Ameryki Północnej, będzie trenowała we Włoszech.

- Utrudnieniem może być zmiana czasu, ale z Kanady wracamy 16 grudnia i będzie sporo czasu, żeby się przestawić i zdążyć z aklimatyzacją przed Tourem. A starty w Canmore uwielbiam. To piękne miejsce, z którym mam same dobre wspomnienia. Tylko raz w życiu nie stałam tam na podium. A poza tym po treningach w Canmore zawsze dobrze biegam. Tam przygotowywałam się do igrzysk w Vancouver.

Z Kanady Polka powinna wrócić jako liderka PŚ - do Bjoergen traci 190 pkt, a w Canmore czekają ją trzy starty. - Przyjęłam podobną taktykę jak przed MŚ w Libercu w 2009 r. - mówiła Kowalczyk. - Wtedy do lutego spokojnie walczyłam w Pucharze Świata, a na klasyfikację generalną spojrzeliśmy z trenerem dopiero po mistrzostwach. Teraz też tak zrobimy. Po Val di Fiemme zobaczymy, gdzie jesteśmy i o co jeszcze można walczyć w PŚ. Na razie na żółtą koszulkę w ogóle nie patrzę. Mam już trzy Kryształowe Kule, wygrałam trzy ostatnie Toury, ale np. nigdy nie byłam mistrzynią świata w biegu klasykiem. W Val di Fiemme czeka nas sprint i 30 km klasykiem. Jest więc coś, czego jeszcze nie mam, i na pewno warto spróbować o to powalczyć.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.