Biegi narciarskie. Kowalczyk: Biegi są proste

- Wciąż jestem szczęśliwa, ale dziś na biegi patrzę z innej perspektywy. Startuję od 12 lat i w każdym sezonie osiągałam lepsze wyniki. Nie wiem, jak zachowa się moje ciało i głowa, kiedy przyjdzie sezon, w którym nie spełnię przynajmniej części swoich oczekiwań. Wtedy może "szczęście pójdzie się pasać" i zachce mi się normalnego życia - mówi "Gazecie" i Sport.pl najlepsza polska biegaczka

Nie umiemy się powstrzymać na Facebook/Sportpl ?

Za niespełna trzy tygodnie, 19 listopada, w Norwegii rozpoczyna się rywalizacja o Puchar Świata. Justyna Kowalczyk zdobywała Kryształową Kulę w trzech ostatnich edycjach. Cztery razy z rzędu Pucharu nie wygrał nikt.

Robert Błoński: Wszystko zapięte na ostatni guzik?

Justyna Kowalczyk: Wszystko. Pogoda zmusiła nas do zmiany planów. Na początku listopada mieliśmy mieć krótkie zgrupowanie i treningi w Lillehammer, a później pierwszy start w Pucharze Świata w Beitostolen. Niestety, w Norwegii nie pada śnieg, nie ma mrozu i nadziei, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Dlatego 1 listopada jedziemy do Finlandii, do Munio za koło podbiegunowe. Tam będę trenowała.

Plan przygotowań był inny niż w poprzednich latach. Trenowała pani m.in. w Zakopanem, w lipcu wyjechała do Nowej Zelandii na śnieg, a do Sierra Nevada poćwiczyć ma prawie 3 tys. metrów we wrześniu, a nie - jak wcześniej - w maju. Jest pani dobrej myśli?

- To były kosmetyczne zmiany. Pracy było dużo, jak zwykle. Nie zmienił się charakter treningów - wciąż wytrzymałościowy. Szukamy nowych rozwiązań. W Nowej Zelandii pracowaliśmy na śniegu, w Hiszpanii nie było dokuczliwych upałów, które panują w maju. No i jeszcze na trzech zgrupowaniach był z nami biegacz Maciek Kreczmer, który bardzo mi pomógł. Napędzał do roboty. Jestem mu wdzięczna. Gdy wychodziliśmy na trening, miałam zapał 15-latki, a on 20-latka i zaczynało się ściganie na wariata. Pomysł treningów z Maćkiem był wspólny - mój i trenera Aleksandra Wierietielnego. Mam nadzieję, że wszystkim wyjdzie to na dobre.

Biegi narciarskie to prosta dyscyplina. Na treningach trzeba przebiec swoje kilometry, na siłowni przerzucić kilogramy. Innej drogi nie ma. Coraz częściej zdarza się, że moje ciało mówi: "nie jesteś z żelaza", i dlatego było ciężko. W końcu jednak dorosłam do tego, by zrozumieć, że mam jedno ciało i zdrowie. Warto je czasem oszczędzić. Latem miałam kontuzję kolana. Przez wiele lat obciążeń i wysiłku doszło do zwyrodnień. Doktor Robert Śmigielski zrobił jednak czary-mary i jest w porządku. Ale i tak wiem, że od bólu nie ucieknę.

Trener Wierietielny podkreślał, że strzałem w dziesiątkę był wyjazd do Nowej Zelandii.

- Dwa razy dziennie na śniegu. Cisza, daleko od świata. Nawet sklepów nie było. Wygwizdów kompletny. Super. Przez miesiąc spokojnie trenowałam, biegałam na wysokości 1500 m, więc bez problemu robiłam zajęcia interwałowo-startowe, czego czasem mi brakowało. Zimą ze względu na starty nie ma czasu na treningi interwałowo-techniczne. Starałam się poprawiać zakręty i zjazdy. Pracowaliśmy nad szybkością. Tak naprawdę to w biegach trzeba udoskonalać wszystkie elementy: klasyk, łyżwa, podbiegi, zjazdy, siła, motoryka, szybkość, skręty itd. Z doświadczenia wiem, że najważniejsze jest zachowanie równowagi. Do jednych elementów ma się więcej talentu, do innych mniej.

Powiedziała pani: "W tym sezonie nie będę miała smyczy na szyi". Trener Wierietielny mówi, że pani nigdy nie odpuszcza.

- Mówiąc o smyczy, miałam na myśli to, że dotąd zawsze startowałam. Głupio było mi się wycofać czy poddać z powodu przeziębienia czy bólu. To nie idzie w parze z duchem sportu. W tym sezonie, jeśli moje ciało będzie wymagało szybkiej rekonwalescencji, to sobie na nią pozwolę. Na razie wiem, że nie pobiegnę w sprintach łyżwą po ulicach Düsseldorfu i Mediolanu. Nigdy tego nie lubiłam.

W tym roku nie ma imprezy głównej, co jest więc dla pani głównym punktem sezonu?

- Lutowy Puchar Świata w Szklarskiej Porębie. Wiadomo, co jest wybrukowane dobrymi chęciami, ale wtedy chcę być w najwyższej formie. Zawsze marzyłam, żeby pobiec na własnej ziemi, wśród swoich kibiców. Tego zazdrościłam rywalkom. W Polsce będę chciała pokazać swoje najlepsze bieganie na nartach. 10 km klasykiem to konkurencja, którą najczęściej w życiu wygrywałam i byłam na podium. Sprint łyżwą nie jest w moim wykonaniu rewelacyjny, ale powalczę.

Pani największa rywalka Norweżka Marit Bjorgen zapowiedziała, że chce wygrać Tour de Ski, najbardziej prestiżową i najlepiej opłacaną imprezę w biegach narciarskich. Pani triumfowała w dwóch ostatnich edycjach.

- Każdy, kto wystartuje, będzie chciał wygrać. Jestem jedyną zawodniczką, która ukończyła wszystkie edycje TdS, w których startowała. Tegoroczna będzie siódma. Wiem, jak jest ciężko, jak to boli być dziesiątą, czwartą czy nawet pierwszą. Nastawiam się na bardzo trudne dziesięć dni. Najważniejsze to uchronić się przed chorobą. W tej edycji dołożono nam jeden start. Ale akurat te 3 km klasykiem jest jakby dla mnie stworzone. Nie mam prawa narzekać, zobaczymy tylko, jak będę reagowała na wysiłek.

Główne aktorki sezonu?

- Będzie ich więcej niż tylko ja i Norweżki. Jest mistrzyni olimpijska Charlotte Kalla ze Szwecji czy była zdobywczyni PŚ Aino-Kaisa Saarinen z Finlandii. Świetnie wyglądają Niemki. To nie jest tak, że na świecie ścigają się tylko dwie czy trzy dziewczyny. Wiele ma talent i fantastyczne ekipy, które robią, co mogą, by osiągnąć sukces. Cztery lata temu Norweżek nie było na podium. Teraz są główną siłą dyscypliny. Sport się zmienia. Żałuję, że karierę skończyły Włoszki Arianna Follis, Marianna Longa i Magda Genuin oraz Słowenka Petra Majdić. Biegałam z nimi przez wiele lat. Ale ta pustka szybko się wypełni. Mam nadzieję, że wciąż będę w ścisłej czołówce.

Włoszki Follis i Longa skończyły karierę zaraz po końcu ubiegłego sezonu. Genuin spróbowała przygotowań, ale stwierdziła, że na nartach czuje się zmęczona i nieszczęśliwa.

- Wciąż jestem szczęśliwa, ale na biegi patrzę z innej perspektywy. Startuję od 12 lat i w każdym sezonie osiągałam lepsze wyniki niż w poprzednim. Nie wiem, jak zachowa się moje ciało i głowa, kiedy przyjdzie sezon, w którym nie spełnię przynajmniej części swoich oczekiwań. Wtedy może "szczęście pójdzie się pasać" i zachce mi się normalnego życia.

Presja będzie większa niż poprzednio?

- To pytanie do dziennikarzy. Chciałabym biegać na podobnym poziomie co w minionych latach, ale przed sezonem nigdy nie mogę określić, jak będę mocna na tle rywalek. Forma na razie jest ukryta. Organizm jest "przymulony", bo jest po ciężkich przygotowaniach. Zobaczymy, jak zareaguje w momencie zmniejszenia obciążeń treningowych.

To będzie pierwsza zima bez skoków Adama Małysza. Oczy wszystkich kibiców będą zwrócone na panią.

- Nie boję się. Jestem przekonana, że długo żaden polski sportowiec nie odczuje presji większej niż ta, która spadła na mnie podczas igrzysk w Vancouver. To, co się wtedy działo, było niewyobrażalne. Przetrwałam, zdobyłam złoto i najgorsze mam za sobą. Teraz może być tylko łatwiej.

Przed każdym sezonem pani i trener Wierietielny powtarzaliście, by - szczególnie na początku - nie oczekiwać zwycięstw.

- Niewiele się zmieniło, bo nie zmieniła się filozofia treningów w dwóch ostatnich miesiącach przygotowań. Miałam mnóstwo zajęć wytrzymałościowych i siłowych. Mięśnie są zmęczone. By odzyskały świeżość, trzeba im dać oddech, czyli zmniejszyć obciążenia.

16 października otworzyła pani przewód doktorski u profesora Szymona Krasickiego na krakowskiej AWF. Temat pracy "Wielkość i struktura obciążeń treningowych biegaczek narciarskich na tle ewolucji techniki biegu".

- Żeby było jasne: najważniejsze są igrzyska w Soczi w 2014 roku. Będę się starała jakoś pogodzić przygotowania ze sportem. Przepraszam, nie jakoś, tylko bardzo dobrze. Mam dużo zapału do nauki, ale najważniejszy jest sport.

Soczi może być metą pani kariery?

- Tak. I może początkiem czegoś dobrego... Życie pokaże.

Małe narody, wielkie sukcesy. Niezwykły ranking Wielkie sukcesy małych narodów. Niezwykły ranking

Więcej o: